Niniejszy serwis korzysta z plików cookies celem realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Informujemy, iż istnieje możliwość określenia warunków przechowywania lub dostępu do plików cookies za pomocą przeglądarki. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w plikach cookies wybierz opcję Zamknij. W przypadku, gdy nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia swojej przeglądarki.
Zamknij Polityka plików cookies
HelloZdrowie HelloZdrowie HelloZdrowie

Zdrowy organizm

10 sygnałów, że przesadzasz z dbaniem o zdrowie

10 sygnałów, że przesadzasz z dbaniem o zdrowie
Ilustracja: shutterstock

Analizujesz drobiazgowo każdy kęs, by przypadkiem nie zjeść czegoś niezdrowego? Uważaj! Możliwe, że dotknęła cię ortoreksja, czyli obsesja na punkcie zdrowego jedzenia. Oto 10 sygnałów, które świadczą o tym, że przesadnie dbasz nie tylko o dietę, ale o wszystko, co związane z dobrym samopoczuciem.

1. Wykorzystujesz każdą okazję, żeby się zważyć

Idziesz do znajomych. Zaglądasz do łazienki. A tam w kącie stoi ona. Waga łazienkowa. Co robisz? Jednym susem na nią wskakujesz, żeby zaspokoić swoją ciekawość: ile tutaj pokaże wskaźnik? Może mniej niż ten z mojej łazienki? („Moja waga wydawała się ostatnio zepsuta!”). W pewnym momencie słyszysz, jak gospodarze pytają zza drzwi: „Czy wszystko w porządku? Długo nie wychodzisz!”. „Tak, tak” – odpowiadasz, starając się jak najciszej zejść z wagi (oby to tylko nie zaburzyło pomiaru!), analizując w myślach to, co pokazała. Do tego zastanawiasz się, ile od pokazanej liczby kilogramów trzeba odjąć. Przecież masz na sobie ubranie! Jeśli coś takiego trafia się czasami – OK, nie ma problemu. Ale jeśli każdą okazję wykorzystujesz, żeby stanąć na wadze, a z basenu do szatni idziesz przez siłownię (bo tam stoi waga elektroniczna!), to… dobrze rozważ swoje ważenie! I może spróbuj czasem popatrzeć w lustro łazienkowe zamiast na wagowy wskaźnik. Z pozoru niewinna skłonność do kontroli wagi może z czasem przerodzić się w utrudniającą życie obsesję, o poważniejszych konsekwencjach, takich jak anoreksja, nie wspominając. Zamiast się histerycznie ważyć, zadbaj o sensowną dietę i postaw na aktywność fizyczną. A łazienkowej wadze daj wreszcie odpocząć!

2. Obliczanie liczby kalorii zajmuje ci więcej czasu niż samo jedzenie

Niby prosty twarożek z owocami na śniadanie. Ale… zaraz, zaraz! Truskawki w twarożku są dosyć kaloryczne. Podobnie biały ser: jest niby półtłusty, ale to cały czas nie to samo co chudy. Do tego trochę śmietany, no i ten wkrojony banan. Jest w nim potas, ale też trochę kalorii. Ile? To trzeba sprawdzić w specjalnych tabelach, które są w internecie. I w gazecie, która leży przy łóżku. „Trzeba też zweryfikować, czy na pewno w tym twarożku nie ukrył się gdzieś glutaminian sodu” – myślisz sobie. Obliczasz, analizujesz, wpisujesz w specjalny zeszyt, mija kilkanaście minut i… wreszcie zabierasz się do szybkiego spożywania (tak, spożywanie, to nawet nie jest jedzenie!). Warto przypomnieć sobie, że jedzenie to nie tylko kalorie i zaspokajanie głodu. Jedz, zamiast spożywać! Lunch z przyjaciółmi czy rodzinne śniadanie to także źródło przyjemności, więc nie psuj jej sobie tabelkami z kaloriami.

3. Gdy poznajesz nową osobę, automatycznie zastanawiasz się, jakie ma BMI

Kiedyś wątpliwości dotyczyły zupełnie innych rzeczy: „Ciekawe, czy ona ma chłopaka”, „Jak ona to robi, że zawsze jest świetnie ubrana”, „Ciekawe, czym się zajmuje? Architektka czy pracuje w reklamie?”. A teraz: „Niby jest szczupła, ale te biodra są zaokrąglone, kto wie, czy to nie jest nadwaga. Stawiam na BMI 25,5!” – analizujesz w myślach sylwetkę właśnie poznanej koleżanki. Stop! To może cię zmęczyć, zwłaszcza na plaży, gdzie ciał (i ich BMI!) będą dziesiątki. Po pierwsze, indeks BMI nie jest wyznacznikiem, któremu warto ufać ‒ to tylko proporcja masy ciała do wzrostu. Po drugie – człowiek to jednak nie tylko masa mięśniowa, tak dla przypomnienia...

4. Recepcjonistki z przychodni na twój widok reagują zdaniem: „No i co tam słychać od wczoraj?”

Kiedyś wizyta w przychodni była jak święto. Nie dlatego, że wyczekiwana. Po prostu zdarzała się rzadko. Kilka razy w roku. Sensowna profilaktyka. A teraz? Recepcjonistki reagują na ciebie jak na koleżankę z pracy. „To znowu pani?”, „Pan dzisiaj do kogo? Ostatnio odwiedzaliśmy okulistę i dermatologa, tak?” – pytają przy wejściu. Mało tego, ty znasz ich imiona i kojarzysz problemy ich dzieci w szkole oraz plany związane ze ślubem (dużo można usłyszeć, siedząc w poczekalni!). Panie z przychodni to świetne znajome, ale chyba lepiej zamiast po raz dwudziesty ósmy w tym kwartale sprawdzać swoje ciśnienie, popracować nad nim na siłowni. Albo podwyższyć je, wypijając dobrą kawę! Regularne dbanie o podstawowe badania jest bardzo ważne, bo nawet najprostsza morfologia może pokazać w porę, że dzieje się coś, z czym warto odwiedzić lekarza. Ale już morfologia robiona co miesiąc – ot tak, dla pewności – to przesada.

5. Czytasz etykiety tak jak codzienną prasę

Dymisje w rządzie? Wynik polskiej reprezentacji? Kurs euro w stosunku do złotówki? Nie masz o tym pojęcia. Gazety leżą nieprzeczytane. Portale informacyjne zniknęły z listy, które przeglądarka wybierała jako odwiedzane najczęściej, bo zastąpiły je portale z wiadomościami o kaloriach i dietach. Jeśli czujesz się na siłach napisać doktorat pod roboczym tytułem „Zawartość glutaminianu sodu w produktach z osiedlowego sklepu oraz w centrum handlowym. Analiza porównawcza” ‒ przystopuj. To może być droga donikąd, bo nie wydarzy się nic złego, jeśli czasem zjesz coś ze wspomnianym glutaminianem. Szkoda może też własnej pamięci i energii do ciągłego zapamiętywania, czego na etykiecie nie powinno być! Jasne, warto strzec się regularnego jedzenia spreparowanych mąk sojowych, które nadają smak mięsa, czy innych sorbinianów lub benzoesanów. Ale niech lektura etykiet nie będzie główną (i najdłuższą!) lekturą w ciągu dnia. I znów: niech nie odbiera czasu – i przyjemności – jakie możemy przeznaczyć na samo jedzenie!

Zapytaj i podziel się wiedzą

Aby zadać pytanie musisz się zalogować
Wyślij