Niniejszy serwis korzysta z plików cookies celem realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Informujemy, iż istnieje możliwość określenia warunków przechowywania lub dostępu do plików cookies za pomocą przeglądarki. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w plikach cookies wybierz opcję Zamknij. W przypadku, gdy nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia swojej przeglądarki.
Zamknij Polityka plików cookies
HelloZdrowie HelloZdrowie HelloZdrowie

Zdrowy styl życia

Deficyt przyrody – choroba cywilizacyjna naszych dzieci

Deficyt przyrody – choroba cywilizacyjna naszych dzieci
Zdjęcie: shutterstock
Autor przełomowej książki pt. „The Last Child in the Woods” Richard Louv utrzymuje, że przyroda jest dla dzieci kluczowa w rozwoju kreatywności oraz terapeutyczna w przypadku zaburzeń w zachowaniu i koncentracji.

Oto wyimek, który nas zachwycił i przekonał do czytania. „Znalazłem kiedyś fotografię małego chłopca o oczach rozbłysłych z radości i podniecenia. Chłopiec skacze i bryka po niekończącej się kalifornijskiej plaży. Za nim pienią się fale i kłębią czarne, burzowe cumulusy. Pod zdjęciem jest opis: »Ten chłopiec został zdiagnozowany jako hiperaktywny i wyrzucony ze szkoły. Jego rodzice nie mogli sobie z nim poradzić, ale zauważyli, że przyroda go zajmuje i koi. Latami prowadzili go do lasów, na plaże, wydmy i nad rzeki, by przyroda mogła robić swoje. Zdjęcie zostało zrobione w roku 1907. Chłopiec miał na imię Ansel Adams”.

Podwórko bez zieleni

Choć polskie miasta mają wiele terenów zielonych, przydałyby nam się odwiedziny Włóczykija rozprawiającego się z zakazami, którymi najeżone są chodniki i ścieżki. Większość z nich dotyczy właśnie zabaw dzieci – nie wolno kopać piłki, nie wolno jeździć na rowerach, w skrajnych przypadkach nie wolno nawet siadać na trawie. Na nowym osiedlu budynki stoją tak blisko siebie, że trzepaki już się nie mieszczą, a sąsiedzi zaglądają sobie do garnków. Jeśli zaś na osiedlu są drzewa, to często ogrodzone jak zabytki muzealne. Sytuacja na przedmieściach jest trochę lepsza, ale ogródki są dalekie od dzikich. Z biegiem lat przyroda oddala się coraz bardziej od naszych miast, a tym samym od naszych dzieci.

Tymczasem rośnie nasz lęk o bezpieczeństwo i zdrowie pociech. Mamy je zawsze w polu widzenia, żeby nic im się przypadkiem nie stało. Do tego dochodzi przepis prawny, który głosi, że dziecko poniżej dziesięciu lat ma być pod ciągłym nadzorem opiekuna lub rodzica – w przeciwnym wypadku podlega on sądowi rodzinnemu. To znaczy, że jeśli gotujesz obiad, podczas gdy twoje dziecko spada z drzewa w swoim ogródku, możesz być oskarżony/a o zaniedbanie. Jak tu więc mówić o wolnej, niekontrolowanej zabawie na świeżym powietrzu, którą pamiętamy z naszego dzieciństwa? Nawet jeśli dzieci mają gdzie się bawić, boimy się spuszczać je z oczu, chyba że siedzą bezpiecznie w swoim pokoju. Nic więc dziwnego, że dzieci coraz rzadziej wychodzą z domu.

Będą żyć krócej niż my?

Zdjęcie: shutterstock

O tym, że dzieci uzależniają się i są zahipnotyzowane przez media, wiemy doskonale, jednak skala zjawiska i jego skutki są wstrząsające. Z badań zrobionych pięć lat temu przez CDC (Center for Disease Control) wynika, że dzieci między szóstym a jedenastym rokiem życia w Stanach przed monitorem spędzają średnio 30 godzin tygodniowo. Aż 40 proc. z nich staje się telewidzami już w wieku trzech miesięcy! W Europie nie jest wiele lepiej. Niemal co drugie dziecko w Unii (43 proc.) w wieku od sześciu miesięcy do sześciu lat korzystało z komputera, z czego 16 proc. spędza przed komputerem średnio 50 minut dziennie. Dzieci w wieku do trzech lat przed ekranem (zarówno komputerowym, jak i telewizyjnym) spędzają średnio ponad 1,5 godziny dziennie, w kategorii wiekowej cztery-sześć lat ten czas wynosi niemal dwie godziny! W zeszłym roku AAP (American Academy of Pediatrics) oficjalnie opublikowało zalecenie, żeby dzieci poniżej dwóch lat nie oglądały telewizji wcale, a te powyżej dwóch lat nie więcej niż godzinę, góra dwie dziennie. Ich alarm wynika z tego, że problemy zdrowotne tych dzieci rosną. Dosłownie rosną! CDC podaje, że prawie 17 proc. amerykańskich dzieci cierpi na nadwagę. W Europie co czwarte dziecko jest otyłe, w Polsce w ciągu ostatnich 20 lat liczba dzieci z nadwagą wzrosła trzykrotnie.

Jest bezpośrednie powiązanie między liczbą godzin, jakie dziecko spędza przed monitorem, a ilością jego tkanki tłuszczowej. Za to Światowa Organizacja Zdrowia alarmuje, że pokolenie dzieci prowadzących siedzący tryb życia jest pierwszym pokoleniem od czasów drugiej wojny światowej, które ma szanse żyć krócej niż ich rodzice. Z braku ruchu dzieci zaczynają chorować na dolegliwości niezakaźne związane z ciśnieniem, pracą serca, gospodarką hormonalną. Na takie dolegliwości umiera rocznie, w skali globalnej, aż 60 proc. ludzi. Jednak na zdrowiu fizycznym problem się nie kończy. Tym danym o bezruchu dzieci towarzyszą najbardziej niepokojące statystyki ze wszystkich: między 1998 a 2003 r. ilość leków antydepresyjnych przepisywanych dzieciom znacznie wzrosła, ale największy wzrost – aż o 66 proc. – odnotowano u dzieci w wieku przedszkolnym. Choć te dane pochodzą ze Stanów, wniosek, że między depresją a monitorowym trybem życia jest bezpośrednia relacja, wydaje się jasny.

Matka Ziemia kontra ADHD


Zdjęcie: Some rights reserved by Jonf728

Zmęczenie uwagi skupionej objawia się: impulsywnością, wzburzeniem, irytacją, brakiem możliwości koncentracji (zachowania typowe dla dzieci z ADHD!). Naukowcy Stephen i Rachel Kaplan z University of Michigan odkryli, że zmęczenie tego rodzaju ustępuje najszybciej w środowisku naturalnym. Ale uwaga! Louv przytacza przykłady badań nad dziećmi z ADHD – bardziej niż zorganizowany sport i plac zabaw dzieciom z ADHD potrzebna jest przyroda.

Zdrowym dzieciom, aby takie pozostały i pomyślnie się rozwijały, też potrzebna jest przyroda. Miejskich rodziców może poruszyć to, że osoby mające drzewo lub inny widok naturalny za oknem chorują prawie o 25 proc. rzadziej niż ci z miejskim pejzażem za szybą.

Ciekawa jest też teoria „loose parts” (luźnych części) brytyjskiego architekta Simona Nicholsona. Według niej stopień kreatywności każdego środowiska jest wprost proporcjonalny do liczby jego luźnych części. Zabawka skonstruowana z wielu ruchomych elementów, które dziecko może łączyć lub interpretować na wiele sposobów, jest otwartą formą. Mówiąc o luźnych częściach w przypadku parku, Nicholson ma na myśli trawę, krzaki, kamienie, drzewa, liście, fontannę itd. W lesie do tych części dochodzą woda, zwierzaki, konary i nieskończona ilość innych otwartych form dostarczonych przez przyrodę. Czyli plac zabaw z lasem przegrywa. A co więcej, dzieci na placach bawią się w krótkich zrywach – często przerywając zabawę i wymyślając nową. Tymczasem rówieśnicy na terenie zielonym dużo częściej konstruują długie fabularne sagi ciągnące wątek zabawy nawet przez wiele dni. Zauważono też, że dzieci bawiące się na zabawkach ustalają między sobą hierarchię opartą na sile fizycznej, zaś te eksplorujące tereny zielone wybierają sobie liderów na podstawie charyzmy i kreatywności w wymyślaniu pociągających form zabawy. Same korzyści! Poza ukąszeniem przez komara lub zadrapaniami nie ma minusów z zabawy na świeżym powietrzu.

Zdjęcie: okładka książki R. Louv'a

Tagi: przyroda, dziecko

Zapytaj i podziel się wiedzą

Aby zadać pytanie musisz się zalogować
Wyślij