Niniejszy serwis korzysta z plików cookies celem realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Informujemy, iż istnieje możliwość określenia warunków przechowywania lub dostępu do plików cookies za pomocą przeglądarki. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w plikach cookies wybierz opcję Zamknij. W przypadku, gdy nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia swojej przeglądarki.
Zamknij Polityka plików cookies
HelloZdrowie HelloZdrowie HelloZdrowie

Zdrowy styl życia

Działkowanie na dziko

Działkowanie na dziko
Dzikie działki i dzikie zbiory! Zdjęcie: Dorota Białkowska

„Chodź z nami na dzikie działki!” – słysząc taką propozycję, myślałam, że chodzi o nocne zakradanie, podkradanie i ogólną konspirację. Nic bardziej mylnego! To zupełnie legalne korzystanie z raju owocowo-warzywnego w środku miasta. Wystarczy go tylko wytropić i ruszać na łowy!

Moda na działkowanie w nowym stylu wpisuje się w ogólny trend miłości do jedzenia i natury. Czujemy się coraz bardziej stłamszeni przez miasto i technologie, więc szukamy alternatywy. Powstaje mnóstwo kooperatyw spożywczych ułatwiających dostęp do ekologicznej żywności bezpośrednio od rolników. Dzikie działkowanie to kolejna alternatywa dla spragnionych natury mieszczuchów.  

W Warszawie jest ponad 170 ogrodów działkowych, co daje łącznie około 30 tysięcy pojedynczych działek. Czyli niesamowitą liczbę tajemniczych mikroogródków, a w każdym bajkowe altanki, rabatki, kwiatki i idealnie przystrzyżone trawniki! Żeby zostać działkowcem, trzeba być pełnoletnim, mieć stały meldunek (najlepiej w okolicy wybranego ogrodu działkowego), wykazać, że ma się wystarczające zaplecze finansowe, zapisać się do Polskiego Związku Działkowców oraz przejść 12-godzinny kurs przygotowujący do roli działkowca. Mogłoby się wydawać, że w tej sytuacji chętnych na miejskie ogrody jest coraz mniej, ale nic bardziej mylnego! Ceny działek są astronomiczne (od kilku do kilkudziesięciu tysięcy za te w najlepszych punktach miasta), coraz młodsi decydują się na ich kupno lub dziedziczą po swoich dziadkach i kontynuują ich pracę.

Niestety dla działkowców, miasto rozwija się szybko, deweloperzy prześcigają się w zdobywaniu lokalizacji, powstają nowe drogi i inwestycje budowlane, często kosztem ogrodów działkowych. Niektórych z nich nie udaje się uratować i są przeznaczane do zniszczenia. Mieszkańcy wynoszą się więc z przeznaczonych do likwidacji działek, pozostawiając domki i rośliny, które powoli dziczeją i rozrastają się w niekontrolowany sposób, ale nadal rodzą owoce. Można tam znaleźć nie tylko klasyczne drzewka owocowe, takie jak jabłonie, grusze, morele, brzoskwinie, wiele odmian śliw (od mirabelek po wielkie renklody), ale też porzeczki, agrest, jeżyny. Niezliczone ilości ziół i kwiatów, ale też topinambur, który świetnie sobie daje radę w dzikim gąszczu traw. To słonecznik bulwiasty, którego bulwy smakują podobnie do ziemniaków, ale są słodsze i w przeciwieństwie do ziemniaków nie zawierają skrobi, tylko inulinę – cukier bezpieczny dla diabetyków. Na działkach porzuconych niedawno znaleźć można jeszcze trochę warzyw – ale przeważnie zwierzęta trafiają na nie przed ludźmi. Informacje o dzikich działkach rozchodzą się przeważnie drogą pantoflową, istnieje kilka grup zorganizowanych m.in. na Facebooku.

O czym warto pamiętać przed wyprawą? Na łowy lepiej wybrać się w towarzystwie – zawsze jest bezpieczniej. Zbierać najlepiej tylko to, co znamy – unikać nieznanych gatunków roślin, żeby się nie zatruć. Poza tym warto zabrać ze sobą drabinę – najpiękniejsze, dojrzałe owoce zwykle rosną na czubkach drzew i bez drabiny ciężko będzie je zerwać. Taka wyprawa to nie tylko ekscytująca przygoda, ale świetny sposób na oszczędności w domowym budżecie. Wiecie, ile kosztowałyby nasze ostatnie łupy w delikatesach ekologicznych?

Podczas naszej ostatniej wyprawy zebraliśmy w pięć osób: 8 kg moreli, 5 kg śliwek, 2,5 kg jeżyn, 1 kg porzeczek, 1 kg gruszek, bukiet kwiatów. Wszystko w godzinę. A placek drożdżowy z morelami i jeżynami, które w spokoju dojrzewały w słońcu, był niesamowity!

Placek drożdżowy z morelami i jeżynami pod kruszonką:

CIASTO:
- 2 szklanki mąki
- 15 g świeżych drożdży w temperaturze pokojowej
- 2 łyżki stewii
- 70 g masła
- 1 szklanka mleka w temperaturze pokojowej
- owoce

KRUSZONKA:
- 2 łyżki stewii

- 5 łyżek zmielonych w blenderze płatków owsianych
- 2 łyżki mąki
- masło

Masło rozpuszczamy w rondelku, odstawiamy do ostygnięcia i mieszamy delikatnie z mlekiem. Drożdże rozcieramy z mąką, najdokładniej, jak tylko się da, dodajemy cukier i masło z mlekiem. Szybko wyrabiamy ciasto – początkowo się klei, ale po chwili staje się gładkie (najlepiej nie dodawać więcej mąki). Ciasto zostawiamy w natłuszczonej misce pod przykryciem przez mniej więcej godzinę (aż podwoi swoją wielkość). W międzyczasie robimy kruszonkę.

Wszystkie składniki kruszonki razem rozcieramy w misce, tak by powstały grudki. Tak przygotowane ciasto chowamy do zamrażarki.

Kiedy ciasto już wyrośnie, przekładamy je do średniej wielkości wysmarowanej tłuszczem tortownicy, układamy na wierzchu owoce, lekko je przyciskając, i zostawiamy na kolejne 45 minut do wyrośnięcia. Nagrzewamy piekarnik do 180 stopni, tuż przed wstawieniem ciasta do pieca posypujemy je kruszonką, pieczemy 45 minut. Smacznego!

Marta Wajda - artystka i projektantka, od 2 lat prowadzi firmę cateringową Made with Love, specjalizującą się w słodkościach i przetworach. Współtwórczyni pięciu edycji imprezy kulinarnej Urban Market.

Zapytaj i podziel się wiedzą

Aby zadać pytanie musisz się zalogować
Wyślij