Niniejszy serwis korzysta z plików cookies celem realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Informujemy, iż istnieje możliwość określenia warunków przechowywania lub dostępu do plików cookies za pomocą przeglądarki. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w plikach cookies wybierz opcję Zamknij. W przypadku, gdy nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia swojej przeglądarki.
Zamknij Polityka plików cookies
HelloZdrowie HelloZdrowie HelloZdrowie

Zdrowe jedzenie

Marta Dymek – wege inspiracja bez końca!

Marta Dymek – wege inspiracja bez końca!
Marta Dymek | Fot. Zuza Krajewska
Pierwsza książka kucharska, „Jadłonomia”, sprzedała się w 250 tysiącach egzemplarzy, a pierwszy nakład drugiej, „Nowej jadłonomii”, wynosi 30 tysięcy i... już nie ma go w magazynie wydawcy. Co takiego ma w sobie wegańska kuchnia Marty Dymek, że pokochały ją tysiące lubujących się w mięsie Polaków?

O kulinarnych podróżach, wegetariańskich inspiracjach, o sukcesie wydawniczym i o zwyczajnym życiu z Martą Dymek rozmawia Anna Rączkowska.

Anna Rączkowska: Mam nadzieję, że masz udział w zyskach ze sprzedaży.

Marta Dymek: Chyba nie tak duży, jakby się mogło wydawać, ale to nigdy nie było dla mnie najważniejsze. Gdyby liczyły się dla mnie zyski, robiłabym inne rzeczy albo w inny sposób. Mogłabym obwiesić bloga (www.jadlonomia.pl) reklamami, mogłabym sygnować swoją twarzą różnego rodzaju produkty. Ale nie to jest dla mnie najważniejsze. Może zabrzmię naiwnie, ale wydaje mi się, że ludzie przez przypadek jedzą za dużo mięsa. Gdyby wiedzieli, co jeść, żeby je zastąpić, toby go jedli mniej. Dlatego właśnie prowadzę bloga, dlatego piszę książki. Bo wierzę, że ktoś, komu się pokaże, jak ograniczyć jedzenie mięsa, zrobi to. I jeśli tak się dzieje, to jest największy sukces i sens mojej pracy.

Piękna idea, ale z czegoś trzeba żyć. A ty jeszcze musisz mieć na podróże, podczas których zbierasz nowe przepisy i smaki. Czyli blog nie jest miejscem, na którym zarabiasz?

Długo się nad tym zastanawiałam, gdy jeszcze blog był mniejszy. Był taki moment, że na blogach pojawiło się mnóstwo banerów, konkursów, akcji sponsorowanych. Miałam poczucie, że wartościowe blogi na tym tracą. Że ich treści stają się mniej autorskie, takiemu blogowi mniej się ufa, bo nie wiadomo, czy to wszystko prawda. Dlatego zarabiam na innych rzeczach – prowadzę program w telewizji, warsztaty, publikuję w prasie, piszę książki i z tego staram się utrzymać. A blog to działalność pro bono. Nie chcę, żeby ludzie zrazili się do bloga, a przez to do kuchni wegetariańskiej i wegańskiej dlatego, że nie odpowiada im natłok reklam czy nieprzejrzysta strona graficzna.

Długo czekaliśmy na drugą książkę… Dwa lata?

Po pierwszej, ciepło przyjętej, wszyscy natychmiast zaczęli mówić: „Marta, bierz się za następną”. Mój wydawca, moi rodzice, mój chłopak, wszyscy powtarzali, że trzeba szybko wydać kolejną...

Kuć żelazo, póki gorące…

A ja trochę się tego bałam. Czułam, że skoro poprzednia została tak dobrze przyjęta, to na mnie spoczywa jakaś wielka odpowiedzialność. Chciałam, żeby „Nowa jadłonomia” była równie dobra, a może nawet lepsza. Wiedziałam, że musi mieć temat. Nie wierzę w książkę pod tytułem „Wegańskie przepisy znowu” albo „Jadłonomia 2”. Szukałam tematu, żeby mieć coś do powiedzenia. Uciekałam w drugą pasję, czyli w podróże. Z plecakiem, karimatą i namiotem, szukając tanich biletów. Oddalałam od siebie pytanie o powrót i zajęcie się książką. W trakcie podróży robiłam to, co lubiłam najbardziej na świecie, czyli jadłam i patrzyłam, co na całym świecie jedzą ludzie, kiedy nie jedzą mięsa. Jak przyprawiają, po jakie sięgają warzywa, co z nimi robią. Po półtora roku podróży uświadomiłam sobie, że to właśnie jest temat!

Co?

Pokazanie, że kuchnia wegetariańska i wegańska to nie jest wymysł hipsterów XXI wieku, co często się jej zarzuca. Ona jest wszędzie, na każdym kontynencie, czasem tylko ukryta. Jest też niekończącym się źródłem inspiracji nawet dla mnie samej. Podróże za każdym razem wybijały mnie z pewności.

Co masz na myśli?

Jak się prowadzi popularnego bloga, wydało się książkę, ma się program w TV, to można osiąść na laurach, stwierdzić, że już tyle o tym wszystkim wiemy, że niewiele więcej możemy się nauczyć. A te podróże za każdym razem były takim prztyczkiem w nos, dawały mi do zrozumienia, że ja jeszcze nic nie wiem i nie mam pojęcia o wielu rzeczach.

„Nowa jadłonomia” jest o roślinnych przepisach z całego świata. Nie wymagam jednak kupowania papai, ananasów i mango. Pokazuję, jak przyrządzić dania inspirowane kuchniami świata z tak prozaicznych warzyw jak seler, burak czy por.

Czyli przekładasz egzotyczne przepisy na nasze? Upraszczasz, dobierasz rodzime produkty.

Czasami to są delikatne zmiany, czasami luźna interpretacja danego przepisu, a czasami po prostu dostosowanie do naszych warunków. Staram się zachować kulinarną pokorę. Mam świadomość, że bycie wegetarianką czy weganką nie jest jedyną odpowiedzią na wszystkie problemy naszego świata i jedyną słuszną postawą, jeśli chodzi o gotowanie. Głęboko wierzę, że weganizm jest przepyszny, łatwy i prosty, ale też sensowny i zrównoważony. Mam świadomość, że gdybym była weganką, która na śniadanie je mango, a na deser papaję, i do tego samego zachęca czytelników, to byłoby bez sensu. Mnie taka postawa nie przekonuje, jest zbyt elitarna, kogo na to stać? Nie wszyscy mieszkają w Warszawie, poza tym kompletnie bez sensu kupować jagody goji, skoro można kupić jabłka i siemię lniane. To świetne, tanie, zdrowe i dostępne superfoods. Wiedziałam, że przy pisaniu tej książki muszę używać rzeczy tu dostępnych, bo inaczej to wszystko nie ma sensu.

Z jakich krajów mamy przepisy?

Od 18. roku życia, od kiedy notuję przepisy, odwiedziłam ponad 50 krajów. Zależało mi, żeby to była książka z przepisami z całego świata. Mój tato, też wegetarianin od pewnego czasu…

Ty go namówiłaś?

Sam się namówił, obserwując moje gotowanie i jedząc moje potrawy. Był zapalonym mięsożercą, nikt by go nie przekonał. Takich osób jak mój tata, które nie jedzą mięsa, ale chcą jeść prosto i swojsko, jest więcej. Dlatego w tej książce znajdziesz też gulasz węgierski z papryk, strogonowa z boczniaków i kiszonych ogórków, genialny wegański rosół gotowany na białej fasoli, sycący i rozgrzewający. Ale są też dania azjatyckie, porządne zielone curry, są też dania z Indii, mekki wegetarianizmu. Chciałam pokazać, że każdy znajdzie coś dla siebie – mój tato, który lubi kuchnię polską, i moje koleżanki, które przepadają za kuchnią tajską.

Śledzę twojego bloga i widzę, że bardzo ciągnie cię do Azji.

Kuchnia azjatycka jest inspirująca dla osób, które nie jedzą mięsa, bo kuchnia wegetariańska jest tam stawiana na piedestale. Z rozmaitych przyczyn, również religijnych. W Singapurze bardzo popularna jest tradycyjna kuchnia chińska, która podrabia dania mięsne. Nie ma autonomicznych dań wegetariańskich, tylko dania takie jak „wegetariańskie wołowina, wieprzowina, kurczak”. One są tak podobne w smaku i konsystencji do mięsa, że nam, wegetarianom, czasem wydaje się, że to mięso. Podoba mi się, że do niejedzenia mięsa można podchodzić w rozmaity sposób.

Gdy jedziesz na wyprawę, to robisz notatki? Na miejscu chodzisz na kursy gotowania? Czy po prostu jesz i kombinujesz, co to takiego i jak to odtworzyć?

Wyjazdy kulinarne to dla mnie praca. Z reguły zanim gdzieś wyjadę, już wcześniej staram się zapoznać z encyklopediami kulinarnymi tego kraju, żeby mieć ogólną świadomość tego, jak ta kuchnia wygląda. Staram się też poznać historię kraju, bo jest kluczowa – pomaga w zrozumieniu kuchni. Jeśli wiemy, co się w danym kraju działo, kto go najeżdżał i okupował, wiemy, jakie składniki i przyprawy będziemy mogli w tej kuchni znaleźć. Potem zagłębiam się w rozmaitych publikacjach, szukam najbardziej sztandarowych wegańskich dań z danego regionu, a następnie planuję podróż tropem tych dań właśnie. Dlatego te podróże są zaplanowane i ułożone dużo wcześniej. W krajach rozwiniętych, typu Korea czy Singapur, wspieram się aplikacjami na telefon: Snapchatem, Foursquare’em, Instagramem, HappyCow, a jeśli to Wietnam czy Kambodża, to raczej rozmawiam z ludźmi. I oni często potem przekazują mnie z rąk do rąk pomiędzy różnymi kucharzami, sprzedawcami i producentami.

A jak traktują to, że nie jesz mięsa, ryb, jajek? Koleżanki mi opowiadały, jak się z nich śmiano w Japonii, kiedy powiedziały, że szukają sushi bez ryb…

Podróże nauczyły mnie pokory i braku roszczeniowości. Po to właśnie robię risercz historyczny – on mi pozwala zrozumieć uwarunkowania kuchni, co się stało, że w danym miejscu istnieje kuchnia wegetariańska. I jak się nazywa. Np. Wietnam oferuje ogromną liczbę wegetariańskich dań i miejscówek, jeśli jednak pytając o nie, użyłabym określenia „wegetariańskie” czy „wegańskie”, nie zjadłabym nic. Po prostu w Wietnamie słowo „wegetarianizm” nic nie znaczy. Ale istnieje określenie „ciai iai”, które oznacza jedzenie postne bez mięsa, jajek i ryb, ale też bez czosnku i cebuli (jest związane z religią). Jeśli w komunikacji użyję tego określenia, każdy od razu wie, co mi podać. Dlatego trzeba się przygotować i pozbyć naszych wyobrażeń. Myślę, że tak samo w Polsce czułby się ktoś, kto by zapytał o jedzenie koszerne. Ktoś, kto nie wie, co to jest koszerne jedzenie, nie wie, czy ma je w karcie.

Zapytaj i podziel się wiedzą

Aby zadać pytanie musisz się zalogować
Wyślij