Niniejszy serwis korzysta z plików cookies celem realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Informujemy, iż istnieje możliwość określenia warunków przechowywania lub dostępu do plików cookies za pomocą przeglądarki. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w plikach cookies wybierz opcję Zamknij. W przypadku, gdy nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia swojej przeglądarki.
Zamknij Polityka plików cookies
HelloZdrowie HelloZdrowie HelloZdrowie

Zdrowy styl życia

Miejscy emigranci: Prolog

Miejscy emigranci: Prolog
Ilustracja: Alicja Gapińska | | www.gapinska.com

Z samego centrum Warszawy wynieśliśmy się na zadupie i od ponad roku mieszkamy w Beskidach, na niewielkiej górce w domu z wielkich marzeń. Jak to się stało, że nam się udało?

Wsparty o barierkę na tarasie naszego domu patrzę w niebo. Gapię się po prostu. Cisza. Czuję, że przyłapałem czas na gorącym uczynku. Już go nie gonię, już nie wprawia mnie w zadyszkę i nie dodaje mi lat w zdwojonym tempie. Zasiadamy razem na skrzypiącym fotelu i bez zbędnych ceregieli po prostu jesteśmy. Częstujemy się kawą i papierosami. Chłopcy i Mała P. śpią na górze.

Zbliżało się niedzielne popołudnie. Zbieraliśmy się do wyjścia, kiedy zadzwonił telefon. – Czy sprzedaż mieszkania jest nadal aktualna? – usłyszałem dziewczęcy głos. Rozmowa wydała mi się nierealna, a wszystko zadziało się jak w przyśpieszonym filmie. Dosłownie kilkanaście sekund i byliśmy umówieni na następny dzień. Dopóki nasza decyzja wisiała wirtualnie w powietrzu, była przez nas nonszalancko lekceważona, nie braliśmy jej tak naprawdę serio. A tu nagle zostało nam kilkanaście godzin i może nie być odwrotu. Mamy potencjalnych klientów na mieszkanie. Żadne z nas się nie przyznało, ale ciarki przeszły nam po plecach.

Moja wyprowadzka rozpoczęła się w 1988 roku na ulicy Marchlewskiego, która rok później była już aleją Jana Pawła II. Krótko mówiąc, korzenie sięgają komunizmu. Mieszkaliśmy wówczas z rodzicami pod numerem 63 i jesienią tego roku ojciec zabrał mnie na pierwszy męski wyjazd, nieopatrznie wybierając Tatry. Nieopatrzność ojca tak mnie urzekła, że od tamtej pory chodzę z głową w górach. Natomiast jego niefrasobliwość, wynikająca z tego, że trwał rok szkolny i było już dawno po wakacjach, poskutkowała całorocznym problemem z chemią, a głównie jej ciałem pedagogicznym w postaci pani dyrektor, która poczuła się wyjątkowo dotknięta moją nieobecnością na JEJ lekcjach. Odtąd słowo chemia wywołuje u mnie jednoznaczne skojarzenia z najeźdźcą znad granicy zachodniej ubranym w wysokie czarne oficerki, krótko przystrzyżoną fryzurą koloru blond i szarą spódnicą, na której brakowało tylko ciężkiego pasa z klamrą „Gott mit uns”.

Raz naruszone fasady edukacji sprawiły, że cały jej zbliżający się proces legł w gruzach. I nawet toczące się wówczas obrady przy Okrągłym Stole nie wpłynęły na moją postawę. Zacząłem ją równo olewać, co skutkowało ciągłym stanem wojennym – w domu – na przemian z zawieszeniem w prawach ucznia – w szkole. Furtka do lepszego świata miała zatrzasnąć przede mną swoje podwoje – jak mawiała nowa pani dyrektor – i to na moje własne życzenie. Życzeniem tym były GÓRY.

Zapytaj i podziel się wiedzą

Aby zadać pytanie musisz się zalogować
Wyślij