Niniejszy serwis korzysta z plików cookies celem realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Informujemy, iż istnieje możliwość określenia warunków przechowywania lub dostępu do plików cookies za pomocą przeglądarki. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w plikach cookies wybierz opcję Zamknij. W przypadku, gdy nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia swojej przeglądarki.
Zamknij Polityka plików cookies
HelloZdrowie HelloZdrowie HelloZdrowie

Zdrowy styl życia

Miejscy emigranci: Scena czwarta

Miejscy emigranci: Scena czwarta
Ilustracja: Alicja Gapińska | www.gapinska.com

Cisza. Tutaj budzi nas CISZA. Przyzwyczajeni do łoskotu piętnastki, która z placu Narutowicza skręcała w Filtrową, byliśmy nią wstrząśnięci – że w ogóle się uchowała i jest w dzisiejszych czasach możliwa.

Przez pierwszy miesiąc traktowaliśmy ją jak relikt przeszłości, przypadkowo odkrytą skamielinę. W nocy wywoływała lęki, strasząc nas skrzypieniem i pękaniem drewnianych podłóg i belek nośnych domu. Nie zdążyliśmy się zorientować, gdy stała się naszym dodatkowym domownikiem. Na początku zimy byliśmy już z nią za pan brat.

Codziennym rytuałem stało się odprowadzanie Kaja do przedszkola. Bardziej niż niego uspokajało to nas, że w nowym miejscu nie dzieje mu się krzywda. Po ósmej zawijaliśmy małego Julka w ciepły kombinezon, potem do chusty i wędrowaliśmy całą rodziną na dół, by zdążyć na śniadanie w grupie maluchów. Droga na nasze wzgórze nie ma chodnika i wyłożona jest przedwojennym brukiem, po którym można by jeździć wózkiem, ale z oponami od traktora. Kaj już na pierwszy rzut oka odstawał od grupy. Długie, nigdy nieczesane włosy, język pozbawiony prowincjonalnej niepoprawności oraz mówienie do ciał pedagogicznych na ty. Tylko czekałem, aż dostaniemy wilczy bilet, ale wieści gminne szybko się roznoszą i myślę, że dyrekcja wiedziała, że warszawiaki zamieszkały na górce i w postaci Kaja wielki świat przekroczył progi małego, zapomnianego przedszkola. Ciekawość wzięła górę i wszystko z czasem rozeszło się po kościach. Kaj przestał wychodzić na dwór, tylko leciał na pole, w lot złapał, że ciało pedagogiczne lubi, jak się je tytułuje z przedrostkiem pani, a na jego włosy przestano zwracać uwagę. Chyba po tym, jak zobaczono ojca.

Po przeprowadzce postanowiliśmy, że nie kupujemy telewizora. Mała P. trochę się buntowała przy podejmowaniu tej decyzji, ale w końcu stwierdziła, że zobaczy, jak to jest. Przestaliśmy też kupować prasę codzienną. Krótko mówiąc, odcięliśmy się od rzeczywistości proszków, superoprocentowanych lokat, pigułek na grypę i rozwolnienie i wszelkiego szajsu dudniącego codziennie z telewizora. Fascynujące i pełne napięcia życie z naszych seriali oraz wszechobecna sensacja i celebryckie piękno wysłaliśmy na banicję do miasta. Rezygnując z prasy, odstawiliśmy na bok naszych polityków, Smoleńsk i wszelkie pierdoły, których nie można już było słuchać i czytać. Ale nie jesteśmy świrami. Medialny detoks pozwolił wrócić naszej rodzinie do korzeni radiowych. Mój tata, od zawsze pasjonat radiowy, na emeryturze przywraca do życia stare, lampowe odbiorniki. W prezencie na nowy dom dostaliśmy od niego odrestaurowanego telefunkena z lat pięćdziesiątych. Nie zaczniemy śniadania bez niego. Zasiadamy do stołu w momencie, gdy nagrzeją się lampy i odezwie się głos prowadzącego audycję w ukochanej przez nas Trójce, najlepiej jeszcze, jak jest to Mann. Tylko salonom politycznym mówimy nie i cenzurujemy je niczym chińskie Google. Odtąd zimowe wieczory trzaskają swoim ciepłem w rozpalonej kozie, grzeją ręce gorącym kubkiem herbaty z sokiem malinowym od pani Stasi (sąsiadki) oraz tulą uszy pięknym dźwiękiem starego radioodbiornika.

Zapytaj i podziel się wiedzą

Aby zadać pytanie musisz się zalogować
Wyślij