Niniejszy serwis korzysta z plików cookies celem realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Informujemy, iż istnieje możliwość określenia warunków przechowywania lub dostępu do plików cookies za pomocą przeglądarki. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w plikach cookies wybierz opcję Zamknij. W przypadku, gdy nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia swojej przeglądarki.
Zamknij Polityka plików cookies
HelloZdrowie HelloZdrowie HelloZdrowie

Zdrowy styl życia

Miejscy emigranci: Scena piąta

Miejscy emigranci: Scena piąta
Ilustracja: Alicja Gapińska | www.gapinska.com

Drzewa powoli przeciągały swoje wymęczone śniegiem konary, a jazgot niezliczonych ptaków obwieszczał wszem wobec nadejście wiosny. Noc ponownie zaczęła pachnąć świeżą łąką. A więc pierwsza zima w górach za nami.

– Patrz, ale zrobiło się zielono na górce – prawie wykrzyczała Mała P., która w przeciwieństwie do mnie oczekiwała z niecierpliwością zakończenia zimy. Drzewa powoli przeciągały swoje wymęczone śniegiem konary, a jazgot niezliczonych ptaków obwieszczał wszem wobec nadejście wiosny. Noc ponownie zaczęła pachnąć świeżą łąką. A więc pierwsza zima w górach za nami. Nie daliśmy się jej, chociaż była wyjątkowo mroźna. Nauczyliśmy się oszczędzać na opale i wzmocniliśmy nasze chuderlawe, mieszczańskie ramiona częstym odśnieżaniem i noszeniem w chuście Julka podczas zimowych wędrówek do miasta.

Krzątałem się po ogrodzie, przygotowując dla chłopców piaskownicę, gdy Mała P. przybiegła w radosnych podskokach i roześmiana oznajmiła, że nie uwierzę, ale właśnie dostała pracę. Nie spodziewaliśmy się, że nastąpi to tak szybko. Julek skończył dziewięć miesięcy i plan był taki, że przynajmniej do roku Mała P. będzie w domu. Ale praca znalazła nas sama i trzeba było z tej możliwości skorzystać. Na prowincji nie ma zbyt wielkiego wyboru i wszelkie oferty rozchwytywane są jak ciepłe bułeczki. Do czasu naszej przeprowadzki Mała P. pracowała w firmie farmaceutycznej, w której wielki świat zapisany był w komórce i codziennie objawiał się w niezliczonej ilości rozmów. Teraz miał się skurczyć do wioskowej apteki, w której o wielkości decydował proboszcz, nauczyciel lub lekarz, a telefon zamilkł zdegradowany nowym abonamentem i rozżalony zakopał się w czeluściach torebki Małej P, niechętny komukolwiek.

Wraz z podjęciem decyzji o pracy zakończył się okres romantycznych, przedłużonych wakacji. Tak czuliśmy się po wprowadzeniu do domu. Ja zająłem się Julkiem, poszukując w międzyczasie opiekunki, a Mała P. stanęła twarzą w twarz z prowincjonalną rzeczywistością. Nie był to łatwy temat do zgryzienia. Właściciel apteki był biznesmenem, który wyczytał na forum internetowym, że apteka to złoty interes, i w ten sposób postanowił zrealizować swoje marzenie o Porsche.

Warszawskie korzenie Małej P. spowodowały, że od samego początku miała pod górkę. Najgorsze zmiany, wszystkie święta i dyżury w imię chrześcijańskiego miłosierdzia stały się jej domeną. Ale po roku mieszkania na naszym wzgórzu niestraszna jej już była żadna górka.

Zapytaj i podziel się wiedzą

Aby zadać pytanie musisz się zalogować
Wyślij