Niniejszy serwis korzysta z plików cookies celem realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Informujemy, iż istnieje możliwość określenia warunków przechowywania lub dostępu do plików cookies za pomocą przeglądarki. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w plikach cookies wybierz opcję Zamknij. W przypadku, gdy nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia swojej przeglądarki.
Zamknij Polityka plików cookies
HelloZdrowie HelloZdrowie HelloZdrowie

Zdrowy styl życia

Miejscy emigranci: Scena pierwsza

Miejscy emigranci: Scena pierwsza
Ilustracja: Alicja Gapińska | | www.gapinska.com

Sprzedaliśmy mieszkanie. Po miesiącu od wystawienia ogłoszenia pozostał nam miesiąc na spakowanie naszego dotychczasowego życia. Daliśmy sobie rok na wybudowanie domu. Jest kwiecień. W następne lato wyprowadzamy się.

Ustaliliśmy, że Mała P. kontynuuje pracę w firmie ze względu na większe zarobki, a ja poświęcam się budowie i robię zlecenia z domu. Na najbliższy rok zamieszkaliśmy u mojej siostry i jej faceta, na Ochocie, na ulicy Częstochowskiej. Miał to być nasz pierwszy krok w chmurach.

Rozpoczęło się wielkie pakowanie. Opuszczaliśmy nasz dotychczasowy dom w starej kamienicy na Filtrowej. Mieliśmy zostawić miasto, dzielnicę, których historia była naszą historią. Wyjrzałem smutno przez okno w stronę placu Narutowicza. Kościół św. Jakuba z bliznami odziedziczonymi po wojnie dumnie odpychał mnie wzrokiem. Już wiedział i potraktował nas jak zdrajców.

Z dnia na dzień przybywało nam kartonów. Zostawialiśmy całą kuchnię i meble w salonie. Cały ciężar przeprowadzki przejęły na siebie książki. Mały Kaj nie bardzo rozumiał zaistniałą sytuację, więc na wszelki wypadek nie rozstawał się ze swoim misiem.

Oczekiwana od dawna, zaskoczyła nas swoim przybyciem – ostatnia noc na Filtrowej. Długo nie mogłem zasnąć i snułem się po spakowanym w kartony domu. Już sam nie wiedziałem, czy dobrze robimy. Wyruszaliśmy w drogę, o której nikt nie mógł nam nic powiedzieć. Miała nas doprowadzić do nowej semantyki, ale równie dobrze mogliśmy skończyć na skraju przepaści. Nad ranem przyjechał samochód do przeprowadzki. Ponad trzydzieści lat życia zmieściło się w jednym średniej wielkości dostawczaku. Najbardziej zabolało ostatnie przejście po opuszczonych przez nas pokojach. Ciepło Małej P. i Kaja jeszcze tliło się w kuchni po wczorajszym posiłku. Pustka swoim ciężarem zabrała mi na dłuższą chwilę oddech. Stanąłem na środku. Zamarliśmy, patrząc na siebie po raz ostatni. Z tej niezręcznej sytuacji wyrwał nas łoskot przejeżdżającej Filtrową piętnastki. To było nasze pożegnanie. Zatrzasnąłem za sobą drzwi i zaszedłem jeszcze do Pana Janka. Przez lata czule opiekował się naszą kamienicą. Uściskaliśmy się serdecznie, po męsku. Spojrzał na mnie swoim zmęczonym wzrokiem, w którym żarzyły się iskierki przedwojennego andrusa. – Uważajcie tam na siebie i odwiedźcie mnie, jak będziecie tędy przejeżdżać – powiedział, coraz mocniej ściskając mi dłoń. Na odchodnym puściłem do niego oko, po czym zamknęły się za mną drzwi windy.

Zapytaj i podziel się wiedzą

Aby zadać pytanie musisz się zalogować
Wyślij