Niniejszy serwis korzysta z plików cookies celem realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Informujemy, iż istnieje możliwość określenia warunków przechowywania lub dostępu do plików cookies za pomocą przeglądarki. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w plikach cookies wybierz opcję Zamknij. W przypadku, gdy nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia swojej przeglądarki.
Zamknij Polityka plików cookies
HelloZdrowie HelloZdrowie HelloZdrowie

Zdrowe emocje

Po co nam ta monogamia?

Po co nam ta monogamia?
Ilustracja: Magda Danaj | www.porysunki.blogspot.com

Dlaczego częściej wybieramy monogamiczne związki, a nie całkowicie wolną miłość? Czy monogamiczny związek to gwarancja wiecznej szczęśliwości? Co zyskujemy, co tracimy? – z psychoterapeutą Pawłem Droździakiem rozmawia Agnieszka Zieniuk.

Agnieszka Zieniuk: „Małżeństwo monogamiczne powstało jako instytucja mająca zagwarantować mężczyźnie biologicznie własnych potomków, którzy mieli dziedziczyć po nim wartości duchowe i materialne (…)” – czytamy w „Seksuologii kulturowej” K. Imielińskiego. Emancypacja kobiet jest faktem. Po co nam więc monogamia dziś?

Paweł Droździak: Strasznie to męskocentryczne i przez to jednostronne. I smutne jakieś. Małżeństwo ma gwarantować coś mężczyźnie, a kobiety nic z tego nie mają? Czyli ani chcą tego, ani to lubią, ani o tym myślą, ani o tym marzą, ani im nie zależy, by to było? Ktoś, kto to napisał, raczej nie był kobietą i nigdy nie poczuł, że bycie kobietą może być fajne. Jest to jakaś część prawdy, ale gdyby to była cała prawda, większość filmów na „męski wieczór” i ukochanych przez mężczyzn książek rozrywkowych powinna kończyć się ślubem, a panie powinny przy tym ziewać. Tymczasem tak nie jest, a nawet bywa odwrotnie. To książki i filmy pisane głównie z myślą o kobietach często obracają się wokół tej tematyki. Czyli chyba jest ona dla odbiorczyń jakoś ważna?

No cóż. Odwieczne pytanie: zabawki dla dziewczynek to różowe lale, a nie samochody, bo dziewczynki kochają różowe lale? Czy też bawią się różowymi lalami, bo takie zabawki w dziale dla dziewczynek od X lat funkcjonują?

No tak. Oczywiście można sugerować, że to jest pranie mózgu robione kobietom i że wszelkie pragnienia, które są opisywane w tych dziełach, są tylko paniom przez te dzieła wdrukowywane, a wcale nie są autentyczne. Taka jakby fałszywa świadomość. Gdyby zacząć od tej myśli, byłby to dobry punkt wyjścia do rozmowy o tym, co w takim razie w ogóle jest u ludzi autentyczne. Pragnienie znalezienia jednego człowieka – miłości życia – i przeżycia tego życia z nim, jak rozumiem, autentyczne miałoby nie być. A może i nie jest? Zatem, co jest prawdziwsze? Pragnienie awansu? Podwyższenia kwartalnych wyników sprzedaży? Może tak. Ja nie wiem. Spytałbym kobiet, ale skoro ktoś twierdzi, że one od czytania i oglądania rzeczy, których tematyka skupia się wokół miłości, związków i małżeństwa, uwierzyły, że to dla nich ważne, choć wcale nie jest ważne, i ostatecznie przez to same już nie wiedzą, czego naprawdę chcą, tylko wierzą, że chcą tego, co im się tam przedstawia, to kogo pytać, czego one chcą naprawdę? Ktoś powinien wiedzieć. Tylko kto? Ktoś, kto umiałby przekroczyć wszystko, w czym go wychowano. Tylko kto to taki?

Jak dotąd, z tego, co wiemy, monogamia spełnia potrzeby kilku stron. Jej, jego, ich rodziców, ich dziadków, ich dzieci i ich wnuków. A także całego otoczenia. Każda ze stron ma inne potrzeby, rzecz jasna. Załóżmy, że z monogamii zrezygnujemy. Więcej: że zrezygnowali z niej już nasi rodzice. Gdzie byśmy wtedy mieszkali jako dzieci? Kto zrobiłby nam rano śniadanie i przygotował do szkoły? Rodzice? No tak, ale którzy to są? Przecież wyzwolona z monogamii matka wczoraj spędziła miły wieczór z Wieśkiem, przedwczoraj z Romanem, a dziś, nie wiedzieć czemu, obudziła się obok Beaty… I to jest na pewno fajne, ma mnóstwo zalet, o których nikt dorosły nie wątpi, tylko kto w tej sytuacji ma ci zapleść warkoczyki do szkoły? Skoro, dajmy na to, nie chce się nikomu. I co?

Bez przesady! Mamy XXI wiek i istnieją środki antykoncepcyjne, prokreację można kontrolować. A przecież i tak zdecydowana większość ludzi nadal żyje w związkach monogamicznych. Jednak.

Czasem można rozwiązać problem przez jego skreślenie i współcześnie to właśnie czynimy. Dzieci przeszkadzają w korzystaniu z wszelkich uroków, jakie może dawać życie singla w świecie wolnym od przesądów, bo dzieci mają oczekiwania, potrzeby i przywiązują się beznadziejnie do ludzi, z którymi my czasem już się nie chcemy czuć związani. To stwarza kłopot i dlatego w świecie, w którym nasze potrzeby stawiamy na pierwszym miejscu, mamy tych dzieci nieco mniej. Prokreację można kontrolować i korzystamy z tego, bo to zwiększa przestrzeń naszej indywidualnej wolności. I bezpieczeństwo. Nikt przy zdrowych zmysłach nie rzuci się przecież w niekontrolowaną prokreację, jeśli nie ma choć podstawowej idei monogamii. Im mniej monogamii w środowisku, tym rozsądniejszym wyborem staje się kontrola prokreacji. Być samotnym rodzicem czwórki dzieci to zadanie wprost niewyobrażalne. To może zablokować aspiracje życiowe nawet najbardziej aktywnej osoby, po prostu przez ogrom pracy, którą trzeba tu każdego dnia wykonać. Dlatego potrzebny jest ktoś, o kim wiemy, że sobie pewnego dnia po prostu nie pójdzie. A im mniejsza pewność co do tego, tym mniej dzieci opłaca się mieć, bo ryzykuje się więcej. Jednak nawet mając jedno dziecko, bywa trudno, gdy jest się samemu. Jedna osoba może temu zadaniu podołać, ale ci, którzy tego spróbowali, wiedzą, że to niełatwe. Samotni rodzice często mówią o tym, że dobrze by było mieć kogoś, na kogo można by liczyć. Mieć drugiego rodzica do pomocy, a czasem prócz tego jeszcze czwórkę dziadków, to mieć do pomocy pięć osób. Tylko ci, którzy tego nie mają, potrafią docenić ten komfort. Bez monogamii trudno by było to utrzymać. Nawet dziadkowie – nasi właśni rodzice – stają się trochę mgliści i rozmyci, gdyby i oni chcieli zrezygnować z monogamii. Z pięciu osób do pomocy zostaje nam być może jedna – matka. Kto poznał na własnej skórze, jak potrafi funkcjonować trójkąt dziecko – matka – babcia w warunkach braku innych punktów odniesienia, ten rozumie w pełni, o co z tą monogamią chodziło.

No dobrze, ale przecież w naszej kulturze jest też mnóstwo osób, które dzieci nie mają i – co więcej – mieć ich nie zamierzają. I one także w większości pozostają w związkach monogamicznych. Dlaczego?

Monogamiczny związek dwojga zwolenników bezdzietności często cementują kobiety, bo to im w naszej kulturze łatwiej przyznawać się do miłości i głośno o niej mówić. Z czasem jednak i taka para wchodzi w fazę rutyny. Po co wówczas ze sobą są? Po części przez naśladownictwo, a po części dlatego, że chcą jakoś organizować sobie życie. Nie popaść w stan całkowitego nomadyzmu, jeśli to można tak określić. Czyli podtrzymują relację monogamiczną z podobnych powodów, z jakich chcemy mieć adres.

Jest i inna kwestia. Wiele osób mówi, że nie chce mieć dzieci, bo ich partner nie chce mieć dzieci. Te osoby mówią, że mają preferencje podobne jak preferencje partnera, bo liczą na to, że kiedy on się przywiąże, związek okrzepnie, to te preferencje się zmienią. Czasem się tak dzieje, czasem nie. Bywa przecież i tak, że oczekiwanie na „dojrzenie” partnera trwa całe lata, a kiedy już wiadomo, że on nie dojrzeje nigdy, jest już dość późno i pojawia się obawa, czy warto szukać kogoś nowego i znów coś budować, czy może lepiej pozostać w tym, co jest, bo jest pewne, choć nieco rozczarowujące z punktu widzenia tych dzieci właśnie.

Według statystyk w tej chwili mniej więcej tyle samo nowych par się tworzy, ile się rozstaje. Czyli z punktu widzenia statystyki coś takiego jak rodzina na zawsze przestało istnieć.

Ale nadal dominuje model małżeństwa czy partnerskiego związku monogamicznego, choć przecież monogamia nie jest zgodna z naturą człowieka. Musi być jakiś bonus, jakiś profit.

Człowiek w ogóle jest sprzeczny z naturą. Pismo jest sprzeczne z naturą, mowa jest sprzeczna z naturą, hodowla, rolnictwo... To wszystko jest całkowicie nienaturalne! I podobnie jest z monogamią: monogamia jest elementem kultury, a kultura nie jest naturalna.

Dychotomia natura – kultura jest oczywiście jasna, tyle tylko, że jeśli wrócimy do korzeni, to okaże się, że we wszystkich możliwych systemach: w starożytnym Rzymie, Grecji, w Indiach czymś, co uzasadniało monogamię, były dziedziczenie i sukcesja. Tylko i wyłącznie!

Na powierzchni tak. Głębiej patrząc, chodziło o podtrzymanie jakichkolwiek stałych kategorii, które by określały pozycję ludzi w grupie. Ktoś jest ojcem dla kogoś, dla kogoś innego synem, dla jeszcze kogoś innego wnukiem. Inaczej zachowujemy się wobec wnuka, inaczej wobec dziadka, inaczej wobec teścia. To są pewne kategorie, które się nie zmieniają. Można przestać być dyrektorem, ale nie można przestać być wnukiem. Można być czyjąś dziewczyną i wówczas na przykład możemy się pocałować, albo można przestać być tą dziewczyną i już się nie całujemy. Ale ojciec z córką nigdy nie całuje się w ten sposób i to się nie zmienia w czasie. A w stadzie szympansów to już może być różnie.

Ale to znaczy, że jedynym celem uzasadniającym obowiązywanie monogamii jest organizacja życia w społeczeństwie.

Tak.

I dziś też tylko temu służy?

Służy temu, żeby przetrwać i wychować dzieci, które z kolei też będą zdolne urodzić dzieci, które będą zdolne przetrwać, ale głębiej patrząc, służy to przetrwaniu podstawowych kategorii myślowych tworzących kulturę. Umożliwiających nam myślenie.

A nie możemy sobie tego przetrwania wyobrazić w społeczeństwie, które nie organizuje się monogamicznie?

Oczywiście możemy próbować. Zresztą w zasadzie to robimy: przecież właśnie teraz jako społeczeństwo próbujemy tworzyć pewne alternatywne formuły, związki poliamoryczne, otwarte, monogamię seryjną, wielkoseryjną, monogamię wakacyjną, weekendową etc. Tylko że to ma swoje skutki. I znów wrócę: chodzi o dzieci. Jeśli kobieta rodzi dziecko, to nie ma wątpliwości, że to ona jest matką. Sytuacja jest oczywista. Relacja matki z dzieckiem jest biologiczna, ono wychodzi z jej organizmu, do tego może dojść karmienie piersią. To jest relacja naturalna. Nawet jeśli wyobrazimy sobie, że nastąpiłby jakiś globalny kataklizm, zbiorowe zatrucie wszystkich albo wirus i poziom inteligencji wszystkich ludzi spadłby o połowę, matka nie zapomni, które dziecko jest jej. Ale czy relacja dziecka z ojcem to przetrwa? Ona musi się opierać na kulturze. Co przede wszystkim jest potrzebne, by powstała relacja z ojcem? Pamięć. On musi pamiętać, z kim spał dziewięć miesięcy temu. I musi nadawać temu jakieś znaczenie. To wcale przecież nie jest oczywiste, jeśli monogamii nie ma. Cofnijmy się do czasów, w których ludzie są małpoludami. Skąd on ma wiedzieć, z kim kiedy spał? Czemu to w ogóle by miało dla niego być ważne? Przecież on może nawet nie pamiętać, co wczoraj jadł. Na przykład muszą istnieć jakieś imiona, żeby to wszystko uporządkować, żeby się nie pomieszało. Musi istnieć jakaś kategoria pamięci, żeby dziecko pamiętało: to jest ten facet, on jest moim ojcem. Matka także musi uporządkować rzeczywistość: na przykład czas, żeby wiedziała, że jest jakieś następstwo czasu pomiędzy relacją z mężczyzną a pojawieniem się dziecka. Nie wystarczy czysta biologiczna więź: pożądanie. Potrzebna jest cała struktura. Nazwy. To jesteśmy my, matka i ojciec, i mamy jakąś wspólną nazwę. Jak się urodzi dziecko, to tę nazwę pozna i będzie mogło powiedzieć, skąd jest. Bo nie tylko matka w takim stadzie małpoludów musiałaby wiedzieć, kto jest ojcem. Także otoczenie dzięki jakiemuś typowi nazw musi to pojmować. Jeśliby tak nie było, teoretycznie matka mogłaby oczekiwać wsparcia od dowolnego mężczyzny. I ten dowolny mężczyzna mógłby tej pomocy udzielić bądź nie, w zależności od wielu rzeczy. Na przykład od tego, czy ma ochotę.

Zapytaj i podziel się wiedzą

Aby zadać pytanie musisz się zalogować
Wyślij
Pytania zadane przez innych użytkowników
Paweł Radnicki zapytał(a) 13 września 2016
Pytanie dotyczy artykułu Po co nam ta monogamia?
Monogamia jest istotna dla facetów kiedy: 1) zakochujemy się (facet zakochany w kobiecie jest o nią zazdrosny) 2) wyseksowaliśmy się już na maxa i nic więcej w tej materii nie da się zrobić 3) nie są samcami alfa Poczytaj sobie na Wikipedii o monogamii Monogamia to swego rodzaju kompromis pomiędzy bardziej i mniej uprzywilejowanymi mężczyznami – najbardziej uprzywilejowani mężczyźni nadal dostają najbardziej pożądane kobiety, każdy musi się jednak ograniczyć do jednej. Wyrównywanie szans w dostępie do władzy politycznej spowodowało zmniejszenie dysproporcji w liczebności posiadanych żon. Ukoronowaniem tego procesu są zasady „jeden człowiek – jeden głos” oraz „jeden mężczyzna – jedna żona”. Monogamia ma więc charakter demokratyzujący. Gdyby wiele kobiet zdecydowałoby się zostać żonami bogatych mężczyzn wówczas dla wielu biednych mężczyzn zabrakłoby partnerek, co zmusiłoby ich do życia w celibacie. W tym kontekście warto zauważyć, że jednym z najlepszych sposobów na umocnienie monogamicznego małżeństwa jest równiejsza dystrybucja dochodów. W chrześcijaństwie natomiast monogamię przyjęto we wczesnym okresie jego formowania się – kiedy było ono jeszcze tylko religią ubogich i kierowało swoje przesłanie głównie do mężczyzn pozbawionych majętności i władzy. W starożytnych czasach tacy faceci nie mieli dostępu do kobiet. Jedynie bogaci mieli. Tak więc jeszcze raz monogamia jest dla mężczyzn. Gdyby była poligamia to taki np. Ronaldo albo Justin Biber czy inny mieliby po 200 żon a Jaś Kowalski żadnej. Problemem jest to, że monogamia jest częścią naszej kultury a nie naszego DNA. A ponieważ na portalach wszystko się odbywa anonimowo to portalowe samce alfa na nowo tworzą swoje haremy i 95% kobiet zbiera się wokół 2% facetów a dla reszty nie pozostaje nic. Wadą monogamii jest natomiast to że kobiety w poszukiwanie partnera idealnego nie są w stanie podjąć decyzji: Monogamia łączy się z silną presją na poszukiwanie optymalnego kandydata (lub odpowiednio) kandydatki do małżeństwa. No i ten czynnik też dochodzi. Kobiety szukają tego idealnego a idealny facet to oczywiście ten 1% tych alfa no i wtedy robi się kicha.

Polecane Kroki do zdrowia

Przeżyj zdrowy tydzień

Długość trwania: 1 tydzień

Polecane artykuły

Toksyczne związki

Agnieszka Zieniuk

Top w kategorii