Niniejszy serwis korzysta z plików cookies celem realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Informujemy, iż istnieje możliwość określenia warunków przechowywania lub dostępu do plików cookies za pomocą przeglądarki. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w plikach cookies wybierz opcję Zamknij. W przypadku, gdy nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia swojej przeglądarki.
Zamknij Polityka plików cookies
HelloZdrowie HelloZdrowie HelloZdrowie

Zdrowy styl życia

Wojna drzew z ozonem

Wojna drzew z ozonem
Źródło: unsplash

Są dwa ozony ‒ dobry i zły. Pierwszy unosi się na wysokości kilkudziesięciu kilometrów i chroni nas przed nadmiarem zabójczego nadfioletu. Drugi zbiera się przy powierzchni Ziemi i skraca nam życie. Z tym drugim można walczyć za pomocą drzew – ogłosili właśnie naukowcy.

Ozon jest odmianą tlenu – składa się jednak nie z dwóch, ale z trzech atomów tego pierwiastka. Jeden atom, a jaka różnica! Podczas gdy zwykły tlen jest gazem życiodajnym, ozon to trucizna, która przy sprzyjającej pogodzie powstaje z tlenków azotu emitowanych do atmosfery przez przemysł i pojazdy. W ciągu ostatnich stu lat koncentracja tego ozonu przyziemnego wzrosła na Ziemi dwukrotnie. Walka z nim przynosi ograniczony efekt – limity stężenia ustalone przez Światową Organizację Zdrowia są regularnie przekraczane w wielu miastach świata.

Przeprowadzono setki badań na temat wpływu ozonu na zdrowie ludzi. Wedle najnowszych doniesień trójatomowy tlen zabija co roku około 30 tys. ludzi w Europie i około 150 tys. ludzi na całym świecie. To jednak tylko czubek góry lodowej. Niektórzy badacze szacują, że liczba wszystkich poszkodowanych przez ozon jest dziesiątki razy większa. Uszkadza on dolne drogi oddechowe, wywołuje astmy i zaburza pracę układu krążenia. Z tego powodu jest też sprawcą szkód ekonomicznych – zwiększa absencję w pracy i szkołach, co z kolei obciąża systemy opieki społecznej i zdrowotnej. Jednym słowem, ozon w naszym ciele to wróg. Nie tylko zresztą tam. Odkryto bowiem, że gaz ten zmniejsza plony wielu roślin uprawnych, osłabia wzrost drzew, a także nasila efekt cieplarniany w atmosferze.

Jak więc pozbyć się tego wroga z powietrza, którym oddychamy? Dotychczasowa droga postępowania polega głównie na instalowaniu urządzeń wyłapujących związki azotu ulatujące z maszyn, urządzeń i silników. Ponieważ jednak wciąż ozonu w powietrzu przyziemnym jest za dużo, naukowcy rozglądają się nowymi pomysłami, najlepiej tanimi, aby szansa na wprowadzenie ich w życie była duża. Właśnie pojawiła się taka nowa idea. Jej autorem jest Timm Kroeger z wielce zasłużonej (i najbogatszej na świecie) organizacji ekologicznej Nature Conservancy. Pomysł można ująć jednym słowem: zalesianie.

Kroeger w obszernym artykule opublikowanym w prestiżowym czasopiśmie naukowym „PNAS” wylicza, ile dokładnie lasu potrzeba, aby usunąć z powietrza nadwyżki ozonu i tlenków azotu. Liczb nie będziemy przytaczali, ponieważ jego kalkulacje odnoszą się akurat do Houston – wielkiej aglomeracji w Teksasie, gdzie notorycznie przekraczane są normy zanieczyszczenia powietrza ‒ ale autor idei twierdzi, że można ją zrealizować praktycznie wszędzie na świecie. Pod jednym warunkiem: wokół zanurzonego w ozonie miasta musi wciąż istnieć znaczna przestrzeń wolna od zabudowy, którą można by zalesić i utworzyć w ten sposób zielony antysmogowy kordon bezpieczeństwa.

Koszt zalesień, a potem utrzymania lasu jest oczywiście znaczny, ale – wedle naukowca z Nature Conservancy – wciąż mniejszy niż koszt wyłapywania zanieczyszczeń za pomocą aparatury technicznej, szczególnie jeśli w tej kalkulacji uwzględni się inne „usługi ekosystemowe” świadczone ludziom przez przyrodę, takie jak rekreacja, pozyskiwanie drewna czy ochrona przeciwpowodziowa. ‒ Raz posadzony las służy nam przez dekady na dziesiątki sposobów – podkreśla Kroeger. Co racja, to racja.


Zapytaj i podziel się wiedzą

Aby zadać pytanie musisz się zalogować
Wyślij