Niniejszy serwis korzysta z plików cookies celem realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Informujemy, iż istnieje możliwość określenia warunków przechowywania lub dostępu do plików cookies za pomocą przeglądarki. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w plikach cookies wybierz opcję Zamknij. W przypadku, gdy nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia swojej przeglądarki.
Zamknij Polityka plików cookies
HelloZdrowie HelloZdrowie HelloZdrowie

Zdrowy styl życia

Zakazane prezenty

Zakazane prezenty
Ilustracja: shutterstock

Są takie „prezenty”, których dziecko pod choinką znaleźć nie powinno. Na pewno macie swoje typy. O tym, co jej zdaniem z okazji Świąt dziecku podarować warto, a czego zdecydowanie nie, pisze dla nas blogerka Matka Sanepid.

Gdy moja starsza córka przed paroma tygodniami obchodziła swoje piąte urodziny, dostała pięć pudeł puzzli. Pięć prezentów z puzzlami na osiem ogółem. Była przeszczęśliwa! Codziennie, gdy tylko o 16.30 wpadnie do domu po powrocie z przedszkola, wyciąga swoje puzzle i układa zaciekle, dopóki nie ogłoszę, że już czas iść spać. Tymczasem moja koleżanka twierdzi, że jej córka po urodzinach była absolutnie nieszczęśliwa, bo dostała głównie puzzle. „Jak nie wiesz, co kupić, to kup układankę” - twierdzą niektórzy. Jak widać na moim i koleżanki przykładzie, zawsze jest 50 procent szans, że trafimy źle, unieszczęśliwiając malucha. Jaki z tego wniosek? Kto pyta, nie błądzi. Naprawdę nie zaszkodzi zapytać rodziców malucha, którego chcemy obdarować, na jakim dziecko jest etapie. Po prostu. Czy to czas puzzli, lal, resoraków. Kto pyta, ten wie, a kto wie, ten nie pudłuje!

Chińskie zło i nieszczęsne zwierzaki

Niezależnie od gustu i potrzeb dziecka jest jedna – moim zdaniem – uniwersalna zasada. Nie kupujemy zabawek made in China. Bo zdecydowana większość mam i tatów zgodnym chórem mówi: stop „chińszczyźnie”. I chociaż w Chinach produkowane są także markowe produkty, a ekipa dziennikarzy z programu „Top Gear” potrafi docenić nawet chińskie samochody, to jednak „chińszczyzna” kojarzy się mamom i tatom… z kiepskimi zabawkami. Kiepskimi, bo psującymi się nawet kilka minut po wyniesieniu ich ze sklepu, a nawet niebezpiecznymi, bo potrafią spłonąć, małe elementy odpadają i często trafiają do ust maluchów lub są wykonane z toksycznych materiałów. Niestety, właśnie takie zabawki najczęściej dostają nasze dzieci pod choinkę. Bo niedrogie, ogólnodostępne, kolorowe i - o zgrozo - grające! Jakoś dziadkowie i ciocie żyją w przeświadczeniu, że jak jeździ, świeci, gra, trąbi i kosztuje 5 złotych, to jest świetne. Tanie a dobre. I nawet obdarowane dzieci się z takich zabawek nie cieszą. Niektóre na dźwięk trąbek i klaksonów czują lęk, inne nie znoszą chodzących i szczekających bazarowych piesków, a plastikowy bębenek, który pęka po kilku uderzeniach pałeczką, potrafi wywołać więcej łez niż radości. To już lepsza byłaby wielka siata mandarynek… Przynajmniej zdrowe.

Prawdziwymi rarytasami jednak się nie powinno gardzić, a dzieci niektóre starań nie doceniają. Jedna z moich koleżanek dostała od babci kurę. Żywą. Babcia włożyła ptaszysko do jej łóżka, przekonana, że czyni dobrze, wszak jajka prosto od wolnowybiegowej kury są najlepsze. Dziewczynka jednak nie była ani szczęśliwa, ani nie bardzo rozumiała, z jakiej racji ma hodować kurę, skoro jajka można kupić w sklepie. Dodatkowo jej mama cierpiała na prawdziwą ptasią fobię i kury również w domu nie zniosła. Nie wiemy, czy kura znalazła inny dom, czy skończyła w rosole, ale to kolejny przykład na to, że zwierząt pod choinkę kupować się nie powinno.

Niestety, moje dzieci cierpią na przesyt zabawek lub na zbyt mały metraż pokoju, ale to akurat zdanie mojej starszej córki. Ja mam wrażenie, że one mają wszystko, co wypuścił rynek, niestety także ten z „chińszczyzną”. Od pewnego czasu jestem więc zwolennikiem zrzutek. Lepiej kupić prezent jeden, ale większy: niech to będzie trampolina, rower, hulajnoga, wielkie pudło klocków Lego, które są zabawką wszech czasów. Wystarczy udana rodzinna kooperacja, by dziecko było z prezentu bardzo zadowolone, a rodzicom nie pojawił się grymas na twarzy tuż po rozpakowaniu paki z niespodzianką. Naprawdę da się to zrobić. Polecam. 


Aleksandra Michalak - autorka bloga i książki pod tytułem Matka Sanepid. Matka samodzielna, trochę nieokiełznana, do bólu szczera. Zakochana w swoich dwóch córkach bez pamięci, jednocześnie pamiętająca o tym, że i ona jest ważna, i że czasami warto zapewnić sobie odrobinę świętego spokoju. Wrażliwa na krytykę, zmiany ciśnienia i wzrost podatków.


Zapytaj i podziel się wiedzą

Aby zadać pytanie musisz się zalogować
Wyślij