Niniejszy serwis korzysta z plików cookies celem realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Informujemy, iż istnieje możliwość określenia warunków przechowywania lub dostępu do plików cookies za pomocą przeglądarki. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w plikach cookies wybierz opcję Zamknij. W przypadku, gdy nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia swojej przeglądarki.
Zamknij Polityka plików cookies
HelloZdrowie HelloZdrowie HelloZdrowie

Pudel na siłowni

Beata Sadowska. Bo bieganie bywa też trudne...

Beata Sadowska. Bo bieganie bywa też trudne...
Beata Sadowska i jej najtrudniejszy medal. Zdjęcie: Facebook / beatasadowska.com
Tym razem, dla odmiany, znana wszystkim, nie tylko z biegania Beata, popularnie zwana Sadzią. W Twoim Stylu zwierza się, dlaczego najsłynniejszy maraton nowojorski bardzo jej nie poszedł. A właściwie - nie pobiegł.

Do wyznań Beaty w Twoim Stylu a propos maratonu nowojorskiego mam jedno poważne zastrzeżenie - są za krótkie! I za dobrze (i za szybko) się czytają jak na materiał o tym, jak to Beata przez 30 km nie mogła dotrzeć do mety... A było tak. 

Pojechała do Nowego Jorku, bo wreszcie udało jej się znaleźć na liście startowej, co wcale nie jest takie proste. Chętnych jest kilkukrotnie więcej niż miejsc (w ubiegły roku maraton ukończyło ponad 50 tysięcy biegaczy!). Dlatego o tym, kto weźmie udział w tym maratonie decyduje losowanie. Albo wytrwałość - jeśli przez trzy kolejne lata wnosi się opłatę startową, za czwartym razem mamy zapewniony start. Beacie wreszcie się udało (nie tłumaczyła, szczęście czy wytrwałość), poleciała więc pobiegać za oceanem. Przypuszczała, że będzie ciężko (Tysio miał dopiero półtora roku, nie była ani odpowiednio przygotowana, ani wypoczęta), ale nie przypuszczała, że aż tak. Bo problemu zaczęły się już na dziesiątym kilometrze. Bardzo wcześnie, jak na maratończyka. 

Ja co prawda nigdy maratonu nie biegłam (trochę się boję, z rozmaitych powowdów), więc tak naprawdę nie wiem jak to jest, ale uważnie śledzę poczynania znajomych, którym pomysł zrobienia czterdziestki wpadł do głowy. Jeśli ktoś się do tego biegu przygotowuje, kryzys też przychodzi, ale po dwudziestym, trzydziestym kilometrze. Mówią, że nóżki robią się nagle takie, jakby to napisać, betonowe, każdy krok jest cierpieniem i próbą przezwyciężenia własnej słabości. Niektórzy zaczynają wówczas iść (nie wiem, czy da się potem z powrotem ruszyć do biegu), inni szurać. Szurała i Beata. Kolejno wymijały ją "zające" z oznaczeniami czasu na balonikach (biegną w określonym tempie, a czas dobiegnięcia do mety mają napisany na baloniku, króry im towarzyszy, np. 4h, 4:15, 4:30). Życiówka Beaty to 3:54, ale, jak sama mówi, wtedy nie było jeszcze Tysia... Teraz nie spała od roku, a i czasu, który można poświęcić na treningi gwałtownie ubyło. Na bieganie jeszcze była w stanie wykroić godzinkę albo dwie, ale już z ćwiczeniami na brzuch i kręgosłup ("core stability") było gorzej. I to właśnie nadwyrężony kręgosłup tak ją zawiódł. Rozbolał i odmówił współpracy. 

Ale żeby nie było - Beata do mety dobiegła. Dała radę, czas tym razem nie miał znaczenia. Ja się jednak pytam - czy to dobre? Czy to zdrowe? Czy skoro ciało mówi nam "nie biegnij, stań w tej chwili" powinniśmy go słuchać, czy nie? Czy pokonując własne słabości za wszelką cenę nie robimy sobie krzywdy? Kiedy maraton przestaje być wyzwaniem, a staje się gwałtem na własnym ciele? Kiedy?

Zapytaj i podziel się wiedzą

Aby zadać pytanie musisz się zalogować
Wyślij

Polecane wpisy

Najpopularniejsze wpisy