Niniejszy serwis korzysta z plików cookies celem realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Informujemy, iż istnieje możliwość określenia warunków przechowywania lub dostępu do plików cookies za pomocą przeglądarki. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w plikach cookies wybierz opcję Zamknij. W przypadku, gdy nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia swojej przeglądarki.
Zamknij Polityka plików cookies
HelloZdrowie HelloZdrowie HelloZdrowie

No to ładnie!

Berlin – stolica eko-mody

Berlin – stolica eko-mody
Bluzka marki Schmidttakahashi, Schmidttakahashi.de

Wyprawy do niemieckiej stolicy często kończą się frustracją. Nie tylko jest tam nieporównywalnie więcej czynników, które umilają życie konsumenta w nowoczesnej metropolii: butików, restauracji, barów, uniwersytetów, kin, muzeów, teatrów, księgarni i galerii. W dodatku jest też dużo więcej świadomości, jak korzystać ze świata w sposób odpowiedzialny. 

Prostym przykładem dowodzącym tej tezy jest chociażby liczba marek produkujących ciuchy eko, których zupełnie nie trzeba się wstydzić. W Polsce wciąż możemy policzyć je na palcach jednej, a w porywach dwóch rąk. W samym Berlinie godnych wzmianki eko-labeli jest, według tzw. „Księgi mody” („Modebuch) wydawanej co roku przez miejski dwutygodnik Zitty, 13, a na odbywających się w Berlinie dwa razy do roku eko-targach Green Showroom ostatnim razem naliczono aż 62 projektantów. By dostać się do tego grona, trzeba legitymować się certyfikatami eko lub też spełniać wymogi sprawiedliwego handlu i wspomagania lokalnych społeczności. Aż trudno wyobrazić sobie, ile w takim razie musi być w całych Niemczech marek, które stawiają choćby pierwsze kroki w kierunku bycia świadomymi i odnawialnymi biznesami!

Spośród wspomnianej trzynastki, wynalezionej przez magazyn „Zitty”, mnie najbardziej przypadła do gustu czwórka projektantów, reprezentujących trzy marki i rozmaite pomysły na to, jak uczynić modę bardziej odpowiedzialną.

Eugenie Schmidt i Mariko Takahashi to czworo sprawnych rąk i dwa kręgi kulturowe, których przedstawicielki spotkały się, by stworzyć coś unikatowego.

Mariko Takahashi i Eugenie Schmidt w obiektywie internetowego magazynu The Brander, źródło: TheBrander.com

Pomysł kryjący się za brandem Schmidttakahashi jest bardzo prosty: panie wystawiają w różnych miejscach na świecie kontenery, do których trafiają niechciane ubrania. Potem z wykorzystaniem pozyskanych w ten sposób materiałów szyją nowe rzeczy, nie wymazując jednak przeszłości swoich hybryd. Każdy zakupiony w sklepie Schmidttakahashi ciuch ma fotokod, którego odczytanie pozwoli dowiedzieć się, z jakich innych ubrań został stworzony. Te informacje znajdziemy też na stronie, w bardzo pomocny sposób prezentującej też „braci” i „sąsiadów” naszych spodni czy torebki – to inne ubrania z kolekcji, powstałe z tych samych wyjściowych „odpadów” lub podobne wzory wykonane z innych materiałów. Zainteresowani mogą też zobaczyć, kto i gdzie podarował marce dany ciuch. Niezwykle inspirujące i zarazem piękne!

Schmidttakahashi to także moda męska, źródło: Schmidttakahashi.de

Warstwy, asymetryczne kroje i lejące się materiały to niejedyne cechy wyróżniające ubrania marki Umasan na tle komercyjnej mody. Ich naczelną regułą jest całkowita rezygnacja z tkanin pochodzenia zwierzęcego, a więc nie tylko ze skóry i futra, ale także z wełny i kaszmiru.

Prochowiec na wiosnę i lato 2013, źródło: Umasan-World.com

Zamiast tych popularnych surowców, założony przez bliźniaczki Sandrę i Anję Umann label korzysta z tkanin pochodzenia roślinnego – takich jak konopie – i nowatorskich sztucznych włókien wytworzonych np. z... soi. Kolekcje Umasan inspirowane są naturalnym kształtem ludzkiego ciała, powstają bowiem ze znawstwem – nie tylko anatomii, ale również praktyki i nauk jogi, które zalecają troskę o ducha i ciało połączoną z filozofią nieagresywności wobec świata.

Płaszcz z bieżącej kolekcji Umasan, źródło: Umasan-World.com

Trzecia z wybranych marek, Mikenke, to efekt refleksji Rosy Gröszer, która wprowadziła w życie szereg zasad sprzyjających ekologicznej produkcji. Po pierwsze, jej ekscentryczne projekty powstają wyłącznie w Niemczech, co ogranicza ryzyko narażania szwaczy w dalekich krajach na wyzysk i minimalizuje koszty transportu.

Sukienka i pasek z bieżącej kolekcji Mikenke, zdjęcie: Franziska Prütz, źródło: Mikenke-Berlin.de

Po drugie, szyje wyłącznie z materiałów opatrzonych certyfikatami eko lub produktów małych europejskich manufaktur. Po trzecie zaś, i najważniejsze, stosuje charakterystyczny, trójkątny krój materiałów, będący nie tyle nawet „krojemu”, co sposobem składania i zaprasowywania fałd strojów tak, by zminimalizować odpady produkcyjne do zera. Zresztą spójrzcie sami: wszystkie wzory Mikenke w najnowszej kolekcji „Crash” mają wyrafinowane, spiętrzone geometryczne kształty inspirowane japońskimi kimonami.

Płaszcz-kimono i szorty z bieżącej kolekcji Mikenke, zdjęcie: Franziska Prütz, źródło: Mikenke-Berlin.de

Do kupienia w Berlinie, Hamburgu, Monachium i Bahrajnie.

 

Tagi: moda, ekologia

Zapytaj i podziel się wiedzą

Aby zadać pytanie musisz się zalogować
Wyślij

Polecane wpisy

Najpopularniejsze wpisy