Niniejszy serwis korzysta z plików cookies celem realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Informujemy, iż istnieje możliwość określenia warunków przechowywania lub dostępu do plików cookies za pomocą przeglądarki. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w plikach cookies wybierz opcję Zamknij. W przypadku, gdy nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia swojej przeglądarki.
Zamknij Polityka plików cookies
HelloZdrowie HelloZdrowie HelloZdrowie

Dobre rzeczy

Elektrownia na plecaku

Elektrownia na plecaku
W górach telefon to podstawowy środek bezpieczeństwa. No tak, ale nasze komórki mają słaby punkt - baterie. Trzeba je jakoś ładować, także z daleka od cywilizacji... Zdjęcie Wenger.com
Bez prądu w dzisiejszych czasach ani rusz, bo wiele urządzeń w naszych kieszeniach nie może się bez niego obejść. Gdzie szukać energii, gdy jesteśmy w podróży? Najlepiej elektrownię zabrać ze sobą...

Nic tak nie wkurza, gdy nagle i właściwie bez ostrzeżenia gaśnie ekran mojego Iphone'a - bateria odmówiła posłuszeństwa. A przecież kiedyś miałem taki telefon, który "trzymał" okrągły tydzień. Człowiek gadał i gadał, a gdy na wyświetlaczu była już tylko jedna migająca kreska (prawie zero prądu w akumulatorze), i tak dawało się jeszcze dzwonić przez kilkanaście czy wręcz kilkadziesiąt minut. A teraz co? Nic: dzień, góra dwa i koniec! I trzeba szukać kontaktu, z czym - w końcu jestem biegającym po świecie dziennikarzem - miewam pewne przygody. Baterie są jeszcze w aparacie (na szczęście ten wytrzymuje dłużej), od czasu do czasu sięgam po zasilany akumulatorami stareńki dyktafon (lepszy niż cyfrowe). Jest jeszcze laptop, do którego się tak przyzwyczaiłem, że bez "Stefana" (tak go ochrzciłem) nie ruszam się za próg redakcji i własnego domu. Słowem: prąd Jemielita mieć musi i basta. Skoro ja (i wy też na 200 procent, bo przecież trwa era tabletów, GPS-ów i empetrójek) jestem uzależniony od woltów i amperów, to gdzie ich szukać, gdy sieci z elektrowni w pobliżu naprawdę brak? Nie wyobrażacie sobie takiej sytuacji? No to przypomnijcie sobie ten ostatni wypadzik w Tatry (tu można wpisać dowolne inne góry)! Kto szukał kontaktu i go nie znalazł? A może spływ kajakowy Drawą (tu można wpisać dowolną inną rzekę) lub żagle na Mazurach (tu można wpisać dowolny inny akwen śródlądowy)? Były kłopoty? No to czas kupić sobie solidną ładowarkę słoneczną, np. dowolny z trzech modeli Wenger Portable Solar Charger. Mocuje się takie fotowoltaiczne "ustrojstwo" na plecaku, namiocie czy na pokładzie i dostajemy czystą energię wprost z nieba, dosłownie i bez przenośni. Ładowarka jest elastyczna (można ją zabrać ze sobą w postaci, powiedzmy, złożonej), wodo- i błotoodporna, lekka (w zależności od modelu 500-800 gramów) i banalnie prosta w obsłudze. Ot, rozkładamy część główną (ogniwo fotowoltaiczne), mocujemy go następnie w dowolnym miejscu (byle dobrze eksponowanym na Słońce), a potem jeszcze tylko mały przewodzik do dodatkowej baterii litowo-jonowej, która pełni rolę przenośnego magazynka z prądem (oczywiście jest w zestawie) i mamy własną mini-elektrownię. Producent obiecuje, że jednocześnie można ładować do pięciu różnych urządzeń, i że nie trwa to (w przypadku komórki) dłużej niż 2-4  godziny (zależy od modelu). Patent jest super, ale - uprzedzam - trzeba zapłacić. Najtańszy Wenger Portable Solar Charger (generuje moc 2.25 W) kosztuje w sieci 180, a najdroższy, model Pro 6.75 W, już 340 dolarów. Niemało, ale gdy kontaktu nie ma w pobliżu - bezcenne.

Ładowarka Wengera po rozłożeniu. Zdjęcie Wenger.com

Ładowarka przypięta do plecaka. Zdjęcie Wenger.com

Kompletny zestaw w akcji. Po lewej bateria fotowoltaiczna, niżej akumulator energii, z prawej - wiadomo - ładowany smartfon. Zdjęcie Wenger.com

Tagi: turystyka

Zapytaj i podziel się wiedzą

Aby zadać pytanie musisz się zalogować
Wyślij

Polecane wpisy

Najpopularniejsze wpisy

Poduszka outdoorowa

Rafał Jemielita

Rower dwuśladowy

Rafał Jemielita

Kajak z doładowaniem

Rafał Jemielita