Niniejszy serwis korzysta z plików cookies celem realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Informujemy, iż istnieje możliwość określenia warunków przechowywania lub dostępu do plików cookies za pomocą przeglądarki. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w plikach cookies wybierz opcję Zamknij. W przypadku, gdy nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia swojej przeglądarki.
Zamknij Polityka plików cookies
HelloZdrowie HelloZdrowie HelloZdrowie

Z czym do dzieci

Kawa dla położnej

Kawa dla położnej
Zdjęcie: archiwum własne
Mój ojciec zobaczył mnie pierwszy raz po kilku dniach od moich urodzin. Tak mi mówiono. Przyjechał pod szpital, a jedna z położnych przyniosła mnie do okna. I tyle. Kiedy wypisywano moją matkę ze mną ze szpitala, musiał za to podarować położnej kawę.

Nie pamiętam wielu chwil spędzonych tylko z ojcem z dzieciństwa. Zabrał mnie raz na Legię. I do wesołego miasteczka. Czas leci.

Kiedy dowiedziałem się, że sam będę miał syna, poczułem miękką chmurkę rozczulenia, która nas objęła i uniosła. Lecieliśmy z żoną na tej chmurce aż do porodu. Chodziliśmy na szkołę rodzenia, mimo że z góry wiedzieliśmy, że skończy się cesarką i na nic nam się zdadzą te ćwiczenia oddechów i zabawy na karimatach. Ale zależało nam na tym.

W dniu porodu poszliśmy rano na badania. Kazali nam wrócić po kilku godzinach. W domu zdążyliśmy jeszcze zrobić kilka zdjęć Wielkiego Brzucha, odebraliśmy zaległe awizo z poczty i wyprowadziliśmy psa na spacer. Potem wróciliśmy do szpitala. Izba przyjęć, wypełnianie kwitów, sala porodowa, gdzie za parawanem inna kobieta stęka już od kilku godzin. Ostatnie badania i jedziemy na salę operacyjną. To znaczy żona jedzie, pan poczeka na zewnątrz. Pan się ubierze w to zielone ubranko, założy pan ten czepek i pan tu zaczeka, my zawołamy.

Kiedy wszedłem na tę salę, żona już leżała. Nad brzuchem ustawili jej parawan. Mnie kazali usiąść na taborecie obok jej głowy, lekarze byli po drugiej stronie parawanu. Później się dwiedziałem, że kiedy mnie zobaczyła, przestała się bać. Przytomna, świadoma, słysząca lekarzy, którzy opowiadali sobie o planach na wieczór...

Sam poród trwał chwilę. W sali operacyjnej spędziłem nie więcej niż piętnaście minut. Naszego synka od lekarzy przejęła położna i przeniosła na bok, aby go umyć, zmierzyć i zważyć.

- Wszystko w porządku – te słowa były dla nas jak błogosławieństwo.

- Niech pan tu podejdzie, śmiało.

Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem Edka. Był drobny i nieporadny jak kijanka.

- Pan teraz zaczeka z dzieckiem na zewnątrz.

I tak mnie wystawiono z moim synem na korytarz. Ludzie się kręcili, a ja nie wiedziałem, czy mam się śmiać, czy płakać. Prawdę mówiąc, nie czułem nic. Coś tam do niego mówiłem, a jednocześnie pamiętałem, że przecież cała rodzina się denerwuje i trzeba do nich napisać, że wszystko w porządku. Stałem tak, nachylając się nad moim synem, który miał wtedy zaledwie kilka minut, i próbowałem rozstrzęsionymi rękami zrobić mu zdjęcie. To były moje pierwsze chwile z dzieckiem sam na sam.

Zdjęcie: archiwum własne

Przez pierwsze dwa tygodnie po porodzie moja żona niewiele mogła zrobić przy dziecku, poza karmieniem. Reszta, od przewijania, odbekiwania, po kąpiele była po mojej stronie. Jakiś tydzień po porodzie mieliśmy się zgłosić do neonatologa na kontrolę. Umówiliśmy dwie wizyty jednego dnia. Dla dziecka i dla mojej żony, do ginekologa. Tak się złożyło, że ta druga wizyta się przedłużyła i jak już przepuściłem wszystkie matki, czekające ze swoimi dziećmi w poczekalni, pielęgniarka w końcu spojrzała na mnie, pytając: „pan do nas?”. „Nie, skąd, ja tu tylko naprawiam rury, a to jest mój mały pomocnik” – pomyślałem.

- Mama zaraz do nas dojdzie, jest u ginekologa – powiedziałem na wejściu, bez szczególnego powodu. Chciałem nas wytłumaczyć, tylko sam nie wiem, dlaczego.

- Proszę rozebrać dziecko, ja panu pomogę.

- Dziękuję, potrafię.

- Proszę wyjąć pieluszkę tetrową, żona pewnie spakowała do torby.

- Nie mamy tetrowej, mamy flanelową – wiem, bo sam pakowałem tę torbę.

- W czym żona dziecko kąpie? Może pan widział?

- Sam dziecko kąpię. I wiem w czym.

To był pierwszy raz, kiedy zrozumiałem, że są wciąż jeszcze faceci, którzy najchętniej swoje dziecko zobaczyliby przez okno i położne, które wciąż za to dostają kawę. Gdybym wiedział, że ta rozmowa będzie tak wyglądać, powiedziałbym, że mama u kosmetyczki robi pazury.

Franciszek Skryty – urodzony na Grochowie, zamieszkały na Kabatach. Na co dzień traci zdrowie w korporacji. Prywatnie amator kwaśnych jabłek, ojciec Edka, mąż-niemąż Mamy Muminka. Cała trójka przynajmniej raz dziennie wyprowadzana jest na kabacki spacer przez psa Wermuta. Franciszek w wolnych chwilach nie gra na żadnym instrumencie, nie rysuje ani nawet nie lepi pierogów, za to trochę czyta, dużo słucha i czasem coś napisze.

Zapytaj i podziel się wiedzą

Aby zadać pytanie musisz się zalogować
Wyślij

Polecane wpisy

Tatusiowe hormony

Sandra Nowicka

Tata prawie w ciąży

Agnieszka Radziszowska

Najpopularniejsze wpisy

Zegar - czy to już pora?

Agnieszka Radziszowska

Gdy dziecko nie chce jeść

Agnieszka Radziszowska