Niniejszy serwis korzysta z plików cookies celem realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Informujemy, iż istnieje możliwość określenia warunków przechowywania lub dostępu do plików cookies za pomocą przeglądarki. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w plikach cookies wybierz opcję Zamknij. W przypadku, gdy nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia swojej przeglądarki.
Zamknij Polityka plików cookies
HelloZdrowie HelloZdrowie HelloZdrowie

Z czym do dzieci

Lato w mieście

Lato w mieście
Zdjęcie: archiwum własne

Szkoła się kończy, przyjaciele wyjeżdżają i nawet jak się rozstawi w ogrodzie pokaźnych rozmiarów basen, to i tak po pewnym czasie pluskanie się nudzi – wkracza do akcji laptop, wydębiane od nas iPhone’y i inne połykacze czasu. Potem i to nie wystarcza, więc brat z siostrą zaczynają się z nudów kłócić i przepychać – no i zawsze kończy się tak samo: Ludwik traci panowanie i staje się brutalny na miarę swoich ośmioletnich możliwości, Tola zaś na wszelki wypadek wpada w płaczliwą rozpacz, niewspółmierną do zebranych cięgów, za to efektowną. Słowem robi się piekło! Niech więc jadą, byle dalej i byle dłużej ich nie było: na wczasy, wizyty u dziadków i na kolonie. To ostatnie bywa ciekawym doświadczeniem. Kolonia, zuchowa w dodatku, ma posmak prawdziwej, samodzielnej przygody – jest czas na zakup mundurków (nawet zbuntowana Tola, obnosząca po szkole dumnie zdeptane conversy, dżinsy załatane naszywką White Stripes i wyciągnięty T-shirt z Ramones jakoś tak podejrzanie karnie pozwala kupić sobie mundurową spódniczkę i nawet ją nosi). O tym, na co się zanosi, świadczy determinacja, z jaką oboje ostrzą swoje victorinoxy, z którymi poczciwe, choć tępe jak pracownicy telemarketingu harcerskie finki nie mają przecież szans. Tola ma już zuchowe doświadczenie, za to dla Ludwika to debiut – pierwszy wyjazd bez rodziców, dziadków czy choćby rodziców kolegów albo innych znanych mu dorosłych. Ludwik jest twardy niemal do końca – czasami tylko zastanawia się, jak to będzie na kolonii, na której poza siostrą i jej dwiema postrzelonymi koleżankami nie zna nikogo więcej. Pęka dopiero ostatniego dnia, gdy plecaki już spakowane, victorinoxy naostrzone, a złożone w kostkę mundury czekają na poranną pobudkę.

– Tato, zdejmiesz mi go? – mówi zuch, wskazując na szafę. Siedzi na niej pokaźnych rozmiarów futrzany miś, relikt z czasów, gdy pluszaki płynęły do domu szeroką rzeką, znoszone przez krewnych i znajomych na imieniny, urodziny, a najczęściej bez żadnej okazji. Większość tego szmatexu poszła już dawno w świat w ramach walki o godną przestrzeń życiową dla dzieci pochłanianą przez wypełnione gąbką plusz i sztuczne futra. Ten miś jednak się ostał, bo był wielki i Ludwik zawsze miał do niego słabość. Wspiąłem się więc na szafę, by go zdjąć, a gdy się odwróciłem, Ludwik tulił się już do innego ocalałego z pogromu pluszaka, sporych rozmiarów białego konika z nosem i kopytami z beżowej flaneli. – A cóż ci się tak przypomniały te przytulanki? – zdziwiłem się. – Bo to są moi starzy przyjaciele i trochę o nich ostatnio zapomniałem – przyznał Ludwik, moszcząc się między miśkiem a pluszowym koniem w rozpaczliwej próbie zachowania w przeddzień wyjazdu na zuchową kolonię resztek przedszkolnego dzieciństwa. Nic z tego, zieleń wyprasowanych mundurów wzywała nieubłagalnie na służbę.

Odetchnęliśmy z ulgą, gdy autokar pełen zuchów i niewiele od nich starszej dzieciarni noszącej dumne miano kadry znikał za rogiem. Zgarnęliśmy kilku znajomych rodziców i mimo wczesnej pory rzuciliśmy się w wir życia, chwilowo pozbawionego rodzicielskich uciążliwości, do którego opisów wypadałoby zacytować znany przebój Kazika, oczywiście gdyby Kazik nie był tak irytująco mentorski i tak beznadziejny muzycznie!

W tym amoku z rzadka docierały do nas jakieś sygnały z kolonii. Zdawkowe telefony przynosiły relacje jakby wzięte z Open’era, a nie od harcerzy. - Tato, nauczyłam się „Seven Nation Army” White Stripes, słuchaj – wysapała któregoś dnia w słuchawkę Tola i zaczęła rzępolić coś, co z grubsza przypominało znany przebój Jacka White’a. – A Ludwik?! – starałem się przekrzyczeć akustyczną gitarę, mając jeszcze przed oczami tulone przez niego z niepokoju przed samodzielnością pluszaki. – Eeee, wiesz, dawno go nie widziałam, ciągle biega gdzieś z chłopakami – przyznała starsza siostra i szybko ucięła rozmowę, gnana przez koleżanki albo „kadrę”.

Poczułem, że podobnie jak oni nam, zajętym swoimi letnimi łajdactwami dorosłym, tak i my im wcale w tej chwili nie jesteśmy potrzebni. I choć w tym momencie korzystaliśmy z dobrodziejstw nieobecności dzieci na całego, latając po domu na golasa, kochając się w dowolnych porach dnia, sącząc prosecco od śniadania i wracając do domu nad ranem bez opamiętania, to jednak w tamtej chwili zrobiło mi się jakoś smutno. To była zapowiedź nieuchronnego: nasze dzieci przestawały być już dziećmi i powoli, choć nieubłaganie szykowały się do wyfrunięcia z gniazda. To miało jeszcze potrwać wiele lat, ale wiedziałem, że nic tego nie powstrzyma. – Zostaniemy sami – powiedziałem do Ewy – i co będziemy wtedy robić?

Zadałem to retoryczne pytanie, otwierając kolejną butelkę.

Jakub Mielnik jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika Focus i ojcem Ludwika i Toli.

Zapytaj i podziel się wiedzą

Aby zadać pytanie musisz się zalogować
Wyślij

Polecane wpisy

Najpopularniejsze wpisy

Gdy dziecko nie chce jeść

Agnieszka Radziszowska

Zegar - czy to już pora?

Agnieszka Radziszowska