Niniejszy serwis korzysta z plików cookies celem realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Informujemy, iż istnieje możliwość określenia warunków przechowywania lub dostępu do plików cookies za pomocą przeglądarki. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w plikach cookies wybierz opcję Zamknij. W przypadku, gdy nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia swojej przeglądarki.
Zamknij Polityka plików cookies
HelloZdrowie HelloZdrowie HelloZdrowie

Rodzaj męski

Pies i kot na zdrowie dziecka

Pies i kot na zdrowie dziecka
Ilustracja: Izabela Dudzik | www.dewizka.tumblr.com
Najprostsza metoda, by zmniejszyć ryzyko astmy lub alergii u dziecka? Wziąć psa lub kota. I jak najwięcej wypuszczać go z domu.

Odkąd w XIX wieku odkryto, że choroby są wywoływane przez mikroby, a nie przez miazmaty, pielęgnowano przekonanie, że im bakterii w otoczeniu jest mniej, tym lepiej. Szczególnie dla małych dzieci, które nie mają jeszcze w pełni wykształconego układu odpornościowego. Teraz to przekonanie sypie się w gruz. Wszystko za sprawą medycznej rewolucji, która nabiera tempa od kilku lat, odkąd zwrócono baczną uwagę na dobre bakterie w naszym ciele oraz ich znaczenie w naszym otoczeniu i zaczęto zadawać nowe pytania – nie tylko o to, jak wpływa na nas ich obecność, ale też o to, jak wpływa na nas to, że ich brakuje.

A nowe pytania niemal zawsze przynoszą nowe odpowiedzi. Szczególnie kiedy są tak trafne jak to. Jest bowiem ostatnio tak, że poradziliśmy sobie z większością chorób zakaźnych, ale jednocześnie mocno wzrosła liczba chorób autoimmunologicznych – w tym alergii oraz astmy. Niektóre szacunki z USA pokazują, że na tę ostatnią może cierpieć ponad 10 proc. dzieci w wieku szkolnym. Wpływa na to zatrute środowisko naturalne i powietrze. Ale także brak bakterii.

Amisze i huteryci to dwie żyjące w USA społeczności, które zajmują się głównie rolnictwem i mają podobne geny – pochodzą od białych Europejczyków. Do tego mają podobną dietę i równie niski stopień narażenia na dym tytoniowy i zanieczyszczenia środowiska. To ich łączy. Różnią ich jednak co najmniej dwie rzeczy, które zwróciły uwagę badaczy z University of Chicago.

Pierwsza to odmienne metody hodowli. Amisze starym zwyczajem żyją ze zwierzętami i dzieci bawią się wśród krów, owiec, kóz, wpisz dowolne. Huteryci żyją wspólnie, ale zaadaptowali nowoczesność i przenieśli się do czystych domów, a gospodarstwa rolne przestawili na produkcję przemysłową. Kontakt ze zwierzętami, zwłaszcza jeśli chodzi o dzieci, mają więc bardzo ograniczony. Druga różnica jest taka, że u amiszów astma dziecięca występuje rzadko – cierpi na nią od 2 do 4 proc. populacji. U huterytów natomiast jest to choroba bardzo częsta i diagnozuje się ją u od 15 do 20 proc. z nich.

Badacze z Chicago uznali, że jedno i drugie może być powiązane, i postanowili to sprawdzić. W tym celu przebadali krew 30 młodych amiszów i 30 huterytów. Uwagę zwracali przede wszystkim na przeciwciała. Okazało się, że u tych pierwszych (żadne dziecko nie miało astmy) system immunologiczny cały czas wytwarzał sporą liczbę neutrocytów, które skutecznie zajmowały się nieustannie pojawiającymi się w organizmie bakteriami. U huterytów (sześcioro z nich cierpiało na astmę) neutrocytów było mało, dużo było innych – takich, które odpowiadają za reakcje alergiczne.

Streszczając wnioski: system odpornościowy amiszów trenował, więc działał sprawnie. U huterytów brak wprawy rozregulował celownik. Efekt to fałszywe alarmy i niecelne strzały. ‒ Alergie i astma to przykłady sytuacji, gdy nasz system immunologiczny strzela niecelnie. Alergia jest wtedy, gdy atakuje on coś, czego nie powinien atakować, bo jest źle wykalibrowany – opowiadał prof. Jordan Percia z Yale dziennikarce „New York Times”, która pisała o tych badaniach.

Nie znaczy to oczywiście, że mamy żyć jak amisze. Znaczy, że można zacząć wyciągać z tego wnioski. A te są takie – tutaj próba była mała, ale badań przynoszących podobne wyniki jest coraz więcej ‒ że wszyscy jesteśmy dziećmi ludzi, którzy przez 40 tysięcy lat dzielili dach nad głową ze zwierzętami, i nasz system odpornościowy jest do tego świetnie przystosowany. Nie jest natomiast przystosowany do warunków sterylnych, bo z takimi kontakt ma dopiero od dwóch, trzech pokoleń i chowanie w nich dziecka wprawdzie chroni je przed patogenami, ale jednocześnie rozregulowuje mu system odpornościowy. Ten strzela na oślep, co tworzy inne, często poważniejsze problemy.

Ludzie zajmujący się tematem podpowiadają doskonałą metodę na to, by wzbogacić florę bakteryjną w domach i problemów uniknąć ‒ a przynajmniej ograniczyć ich ryzyko. To domowe futrzaki. Przy czym – pokazują badania flory bakteryjnej w naszych domach – najefektywniejsze są psy, za nimi są koty wychodzące, a na końcu koty domowe. Coraz więcej wskazuje też, choć o tym już innym razem, że zwierzaki są naturalnym probiotykiem i doskonale wpływają na florę bakteryjną naszych jelit. A ta wpływa na naszą odporność, samopoczucie, a nawet lepszy humor.

 

Zapytaj i podziel się wiedzą

Aby zadać pytanie musisz się zalogować
Wyślij

Polecane artykuły

Najpopularniejsze na blogu