Niniejszy serwis korzysta z plików cookies celem realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Informujemy, iż istnieje możliwość określenia warunków przechowywania lub dostępu do plików cookies za pomocą przeglądarki. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w plikach cookies wybierz opcję Zamknij. W przypadku, gdy nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia swojej przeglądarki.
Zamknij Polityka plików cookies
HelloZdrowie HelloZdrowie HelloZdrowie

Rodzaj męski

Rzeczolubni

Rzeczolubni
Ilustracja: Ola Woldańska-Płocińska | www.slimaq.ovh.org

Czy można kochać rzecz? Taki, dajmy na to, samochód? Można! Na pewno znacie takich, co swoje fury kochają tak, że w ich cieniu giną nawet matki, żony i kochanki. Najciekawsze jest to, że oni wcale nie udają, bo mózg potrafi pokochać rzecz. Im większy grat – tym bardziej.

Na pierwszy rzut oka miłość do maszyny to coś dziwacznego, ale w rzeczywistości zdarza się często. Jest powszechna na przykład wśród amerykańskich Marines w Iraku i Afganistanie. Wraz z nimi „służy” prawie 30 tys. robotów. Pomiędzy jednymi i drugimi często rozwija się wyjątkowa więź emocjonalna. Dużo mówiono o Marinesie, który swojego robota zabierał na ryby i nie tylko do niego gadał, ale też pozwalał mu potrzymać wędkę. A to i tak nic, bo zdarzyło się, że jeden z żołnierzy przebiegł kilkadziesiąt metrów pod ogniem nieprzyjaciela tylko po to, by takiego robota uratować. Ryzykował przy tym własnym życiem. Choć pewnie obraziłby się za powiedzenie o nim per robot, bo jego przyjaciel miał imię. Tak samo jak miał je Boomer, któremu po „śmierci” koledzy z jednostki wyprawili solidny pogrzeb z 21-strzałowym salutem i przyznaniem Purpurowego Serca za rany odniesione w boju. Albo Scooby Doo, który był robotem saperskim. Kiedy wjechał na minę, uznano go za niezdolnego do służby i chciano odesłać na złom, ale jego operator nie pozwolił, by tam trafił. Zadbał o opiekę medyczną, a kiedy okazało się, że nie wystarczy go poskładać, to jeszcze o emeryturę w muzeum. Podobno o podjęciu próby poskładania Scooby'ego zdecydowały łzy człowieka, który nie mógł pogodzić się ze stratą przyjaciela.

Podobnych historii jest dużo, a wszystkie podobne. Są imiona, ludzkie cechy, obowiązkowo jest też płeć (ponoć single częściej mają roboty dziewczyny, a żonaci widzą w nich kumpli). A przede wszystkim jest to, że taki automat nabiera cech człowieka albo ukochanego zwierzaka. I choć tam widać to wyjątkowo dobrze – a też za sprawą wojskowych grantów badawczych rzecz jest dogłębnie zbadana – to wszędzie indziej też jest podobnie. Wystarczy tylko, by sytuacja była nieprzewidywalna (patrz: wojna) lub sama maszyna stroiła fochy. Jak komputer z Windows 98.

Grata teoria umysłu

Antropomorfizacje, bo tak fachowo nazywa się to zjawisko, komputerów badał m.in. zespół psychologów i neurobiologów z Uniwersytetu Chicagowskiego. Badacze wyliczyli, że liczba nawiązujących do ludzkich cech próśb oraz inwektyw, którymi obrzucamy nasze PC, najbardziej zależy od jego awaryjności. Im jest ich więcej, tym więcej człowieka w nim widzimy. Kiedy „pada” dość regularnie, to aż 80 proc. z nas zaczyna rozmawiać z nim jak z człowiekiem i prośbą oraz groźbą nakłaniać do poprawy i lepszego zachowania w przyszłości. Można oczywiście powiedzieć, że gadanie to tylko gadanie, ale na szczęście ten sam zespół psychologów i neurobiologów – panowie Waytz, Eppley i Caccioppo – nie poprzestał na powiedzeniu, że tak jest, ale wyjaśnił też, dlaczego tak jest - i nie jest to tylko gadanie.

Otóż za wszystko odpowiada jedna z naszych najważniejszych umiejętności – zdolność tworzenia tzw. teorii umysłu. Chodzi w tym dokładnie o to, że potrafimy wyjść z własnej perspektywy i wejść w cudzą. Dzięki temu potrafimy rekonstruować motywacje cudzych działań (to są właśnie teorie umysłu), a to nie tylko pozwala nam odnaleźć się w rzeczywistości międzyludzkich relacji, ale też zachować poczucie kontroli i tego, że rozumiemy, co i dlaczego się dzieje. Okazuje się jednak, że ten układ dość łatwo daje się wpuścić w maliny i aktywuje się nie tylko podczas kontaktu z ludźmi i zwierzętami, ale też w czasie kontaktu z maszyną. Zwłaszcza kiedy maszyna zachowuje się nieprzewidywalnie i trzeba szybko zrozumieć, o co też jej może chodzić.

Gadżetofile

W takich sytuacjach zaczynamy tworzyć jej teorie umysłu i przypisujemy ludzkie cechy. A jak coś ma ludzkie cechy, to może powstać emocjonalna więź. I dlatego właśnie więcej uczucia wzbudza w nas stary grat niż nowa bryka. Dlatego też zwykle jest to miłość trudna. Jednak tym – jeżeli tylko to uczucie daje nam trochę radości – nie należy się specjalnie przejmować. Bo i po co? Skoro jest miło, to i z gratem można spędzić trochę czasu sam na sam, i – bo ja wiem - polakierować mu odpryski. Co innego, kiedy uczucie występuje w skrajnej formie i zmienia się w obiektofilię. To uczucie do rzeczy o, hmm..., romantycznym, a niekiedy nawet erotycznym charakterze. Zdarza się rzadko, ale się zdarza. Są odnotowane przypadki głębokiej miłości żywionej do: laptopa, tokarki, maszyny obróbką-skrawaniem, WTC, muru berlińskiego, samochodu, telefonu, freesbe, kolejki górskiej, a nawet wieży Eiffla. W takim wypadku należy się udać do psychiatry. I to niezwłocznie. 


Zapytaj i podziel się wiedzą

Aby zadać pytanie musisz się zalogować
Wyślij

Polecane wpisy

Najpopularniejsze wpisy