Niniejszy serwis korzysta z plików cookies celem realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Informujemy, iż istnieje możliwość określenia warunków przechowywania lub dostępu do plików cookies za pomocą przeglądarki. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w plikach cookies wybierz opcję Zamknij. W przypadku, gdy nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia swojej przeglądarki.
Zamknij Polityka plików cookies
HelloZdrowie HelloZdrowie HelloZdrowie

Z czym do dzieci

Sztuka przetrwania

Sztuka przetrwania
Zdjęcie: archiwum własne
„Kochanie, pamiętasz, jak ci mówiłam (tutaj bliżej nieokreślony czas, któremu jednak bliżej do trzeciorzędu niż do czasów nowożytnych), że w ten weekend wyjeżdżam SŁUŻBOWO?". Jasne, że nie pamiętam!

Żeby pamiętać, trzeba w ogóle mieć świadomość, że ktoś coś powiedział (prościej to ujmując: trzeba słuchać). Zdolność do słuchania kobiety nie jest moją mocną stroną i często przychodzi mi za to zapłacić. 

Płacę więc i tym razem, zostając całkowicie nieprzygotowany z córką na weekend. Przez „nieprzygotowanie” rozumiem: brak wsparcia rodziny, brak ustawki z najlepszymi znajomymi córki, by wspólnie przeżyć ten koszmar (tzw. akcja „na kukułkę”, o niej przy innej okazji), brak piwa w lodówce. 

Dwie pierwsze rzeczy jeszcze jakoś przeżyję: kochająca inaczej babcia uznaje, że już się nawychowywała w życiu dzieci, a znajomi chyba rozgryźli moje metody. Piwo samo się jednak nie przyniesie, a to oznacza konieczność wyjścia z domu wraz z latoroślą. Kocham lato, bo to oznacza, że jedyne, co trzeba nałożyć na dziecię, to majtki, kawałek szmatki zasłaniający pośladki i piersi oraz osłony na stopy (bez awantury się i tak nie obeszło – wyciągam więc z kieszeni „na loda”, zawsze działa). Przesądni zakładają pacholęciom jeszcze coś na głowę. Ich problem. 

Gdy już jesteśmy przy problemach: mój jest reprezentantem płci żeńskiej, ma trzy lata, nagłe zmiany nastrojów od histerycznej radości do radosnej histerii, przerost stopy i ambicji. Godzina obcowania z maleństwem zaspokaja miesięczny głód kobiecej irracjonalności.

Pora działać. Pretekst do wyjścia znaleziony, dziecko ubrane, zaszalejmy z dłuższym spacerem! Tylko gdzie? Źródłem wszelkiej zbędnej wiedzy w dzisiejszych czasach jest FB. I tym razem nie zawiódł – dwa tygodnie wcześniej widziałem tam zdjęcia koleżanki w kajaku. Jakoś tak mnie naszło na machanie wiosłem. Okazało się, że daleko nie trzeba jeździć – przed nami wycieczka na Szczęśliwice. Informacja dla 70 proc. mieszkańców miasta stołecznego – to taka część Warszawy w okolicach lotniska. Szczęśliwice zmieniły się ostatnio nie do poznania (nie do Wrocławia również – nadal są Szczęśliwicami)! Historycznie były wysypiskiem śmieci. Zaczynając od takiego stanu, ciężko o zrobienie czegoś gorzej. Tutaj ktoś się mocno postarał i Szczęśliwice w ostatnich latach stały się potężnym centrum rozrywki.

Zdjęcie: archiwum własne

Krótki wyciąg z atrakcji: 

  • Stok narciarski (taki z zielonych szczotek)… W wakacje nie widziałem tam narciarzy, sam nie jeżdżę, więc się nie wypowiadam.

  • Wózko-bobsleje, fajna jazda ze szczytu górki narciarskiej, superpanorama Warszawy. Dostępne dla dzieci od czwartego roku życia (ojej... „Popatrzy pan na córkę?”, „Tatuś zaraz będzie z powrotem”). 

  • Woda, a dokładnie dwa pseudonaturalne akweny (stare glinianki, głębokość do 12-18 metrów) połączone kanałem oraz świeżo otwarte baseny (po totalnym remoncie). Będąc przy temacie wody, wspomnę kajaki: człowiek z czółnami znajduje się przy mostku od strony ul. Włodarzewskiej. Ceny niewygórowane (5 złotych za 30 minut). W kajakach specjalne miejsce dla najmłodszych, czyli przygotowani na wszystko.

  • Place zabaw (kilka). Jak działa plac zabaw, nie trzeba nikomu tłumaczyć. Ja z dzieciństwa zapamiętałem na Szczęśliwicach betonową rurę do przechodzenia z lewa na prawo (w przypadku mańkutów z prawa na lewo). Szczęśliwie nikomu nie wpadło do głowy, żeby ją przy rewitalizacji usunąć. Nadal daje dużo przyjemności dzieciom i odpoczynku rodzicom (młodzież potrafi w niej zniknąć na 20–30 minut). 

Zdjęcie: archiwum własne

  • Siłownia pod chmurką, oblegana przez chłopców wyglądających zdecydowanie lepiej ode mnie, więc jeśli ktoś ma podobnie, proponuję wziąć głęboki wdech, przejść szybko obok i się nie kompromitować. 

  • Boisko do siatkówki plażowej, na którym nikogo nie widziałem, zawsze można wykorzystać jako olbrzymią piaskownicę (w dodatku jest ogrodzona). 

  • Duży betonowy plac idealny do nauki jazdy na wszelkich kółkowych urządzeniach (od deskorolki po motorower) z ciekawym dodatkiem w postaci pionowej ściany. Ściana ma podwójne zastosowanie – można od niej odbijać na różne sposoby piłki albo wjechać w nią rozpędzonym pojazdem kołowym! 

  • Jedzenie! Jest go dużo. Skorzystaliśmy z lokalu o abstrakcyjnej nazwie Pink Flamingo. Moje niewprawne podniebienie było zachwycone ilością jedzenia. Z młodzieżą było więcej problemu: prawdziwy amerykański hot dog przegrywa w porównaniu z tymi z CPN-ów (myślałem, że to ja jestem ignorantem, ale młoda mnie przebiła). Szczęśliwie na miejscu jest kot, który stanowi lokalne centrum grawitacji dla dzieci, oraz obsługa profesjonalnie radząca sobie z najmłodszymi (dają lizaki – wystarczy). 

O sukcesie odwiedzin parku świadczy to, że nie mogę się poskarżyć na dziecko. No i sam też się nie wynudziłem! Dzieciak po pięciu–sześciu godzinach zabawy padł w autobusie i obudził się na drugi dzień. 

Bardzo ważne informacje:

1. Przepisy nie zabraniają sprzedaży piwa osobom ze śpiącym dzieckiem na rękach.

2. Dziecko potrafi przeżyć noc bez kąpieli!

Marcin Bobowicz jest: Warszawiakiem, tak starym, że pamięta, gdy płakało się, dostając w szkole 2 (bo niżej już nic nie było), i widział na żywo kartki (takie na cukier, mięso i gorzałę). Facetem i nie zamierza nic z tym faktem robić, bo dobrze się z tym czuje. Ojcem (3,5-letniej Leny) i czuje się ojcem. Informatykiem i powoli o tym zapomina. Cholerykiem, ale walczy z tym.

Marcin Bobowicz lubi: ...generalnie po prostu lubi. Lubi bez wyciągniętego kciuka. Lubił, zanim pojawił się Facebook. Lubi: siebie, co pozwala mu skupić się na lubieniu innych. Muzykę i swoją trąbkę, na której nie umie grać (tego pewnie nie lubią sąsiedzi). Góry, z którymi powoli oswajam z nimi dziecko. Lubi, gdy się dzieje, bo jest jedna rzecz, której nie lubi - nudy i braku chęci.

Zapytaj i podziel się wiedzą

Aby zadać pytanie musisz się zalogować
Wyślij

Polecane wpisy

Z dziećmi na ptaki

Agnieszka Radziszowska

Murowaniec dla dwojga

Agnieszka Radziszowska

Biuro ojcowskich podróży

Agnieszka Radziszowska

Spacer z dodatkami

Agnieszka Radziszowska

Najpopularniejsze wpisy

Zegar - czy to już pora?

Agnieszka Radziszowska

Gdy dziecko nie chce jeść

Agnieszka Radziszowska