Niniejszy serwis korzysta z plików cookies celem realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Informujemy, iż istnieje możliwość określenia warunków przechowywania lub dostępu do plików cookies za pomocą przeglądarki. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w plikach cookies wybierz opcję Zamknij. W przypadku, gdy nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia swojej przeglądarki.
Zamknij Polityka plików cookies
HelloZdrowie HelloZdrowie HelloZdrowie

Z czym do dzieci

"W Witrynach Odbicia"

"W Witrynach Odbicia"
Zdjęcie: archiwum własne
Zaczęło się od tramwajów

Jako dwu-, trzyletnia dziewczynka Helena od lalek i placów zabaw wolała „bajaje”, którymi można było zwiedzać świat i badać jego granice, a dynamicznie zmieniający się za oknami krajobraz prowokował i dawał powody do nieskończonej ilości pytań (odpowiedzi często musiałem szukać w ajfonie). Od telewizora i kolorowych sklepów wolała „zamki” i „pałace” – zwłaszcza te, na szczyt których można wjechać windą, spojrzeć na ciągnące się po horyzont miasto i zadać serię trudnych pytań. Nie wydaje mi się to moją zasługą – od zawsze zdarzało jej się powiedzieć „moja Warszawa”.

Najtrudniejsze w „weekendowym ojcostwie” (mimo, że widujemy się często w środku tygodnia, czasem na chwilę, czasem z nocowaniem) wydaje mi się zrównoważenie „odświętności” naszych spotkań ze zdrową, naturalną normalnością. Wolę więc odkrywać z Heleną nowe spojrzenia na świat na lokalnym podwórku, niż nieustannie na siłę wyruszać na poszukiwanie nowych lądów. Zresztą najwyraźniej wolimy oboje.

Nasze wyprawy nie wymagają specjalnych przygotowań. Wybieramy ubrania, podsumowujemy cele (lody, smakołyki dla kota, kozie mleko), decydujemy pomiędzy pluszowym misiem a pluszowym kotkiem i sprawdzamy, czy w mamy w telefonie wolną pamięć (od niedawna Helena ma maila, na którego na bieżąco wysyłamy wspólnie zrobione zdjęcia). Zjeżdżamy windą, przechodzimy przez podwórko i doświadczamy świata w całej jego złożoności.  

Spacerujemy, rozmawiając o szczegółach napotkanych rzeczy, ludzi, miejsc. Ten gatunek podróżowania ustawia nas w pozycji obserwatorów, pozwalając patrzeć na rzeczywistość – w której oboje jesteśmy na co dzień zanurzeni – z pozycji turystycznych, może trochę flaneurowskich (flâneur – miejski obserwator w koncepcji Charlesa Baudleaire’a – przyp. red.). Wolny od obowiązków spacer poprzez otaczającą nas architekturę, życie społeczne i usługowe, witryny daje możliwość spojrzenia na otaczający nas świat z większym dystansem i w szerszej perspektywie. Każdy napotkany gołąb czy salon z sukniami ślubnymi naprowadza naszą trwającą od kilku lat rozmowę na tematy ważne i najważniejsze – w każdym detalu, którym się zajmiemy, potrafimy po chwili dostrzec jak w soczewce cały świat, ze wszystkimi jego dziwnymi zasadami i całą jego galopującą zmiennością.

Uczymy się nawzajem świata. Ja – na bieżąco próbując tłumaczyć i odpowiadać na wytrącające z poczucia naturalności i komfortu pytania; Helena – przypominając mi o niestandardowych perspektywach i kątach patrzenia na świat sformatowanych przez dwie dekady edukacji i pragmatyczny poznawczy konformizm. Dla mnie to ważna szkoła myślenia. Dla Heleny zapewne poczucie akceptacji i szacunku dla każdej jej wątpliwości związanej z paradoksami praktyk i norm społecznych; z całą dziwnością zastanej przez nią – często wewnętrznie sprzecznej – rzeczywistości. Na schodach pod kościołem przy Placu Zbawiciela rozmawiamy więc o stojącej tam od niedawna tęczy; o tym, czy każdy ma prawo decydować o tak mocnej ingerencji w miejską przestrzeń i od czego to może zależeć. Helenie podoba się tęcza, choć ma wrażenie, że jej miejsce jest gdzie indziej. „Powinna stać tam, gdzie jest brzydko”.

Lubię opowiedzieć jej o Odbudowie Stolicy, Makabi Warszawa, MDM-ie, Cricolandzie; w na szybko tynkowanych bramach pokazać jej starą Warszawę, z niemą godnością dogorywającą w izolacji od krwiobiegu współczesnego świata. To historia mojej Rodziny i moja własna, a więc także ważny element jej samoświadomości.

Czasami, żeby zobaczyć razem więcej, wystarczy zwolnić, wyłączyć telefon, zjeść coś słodkiego, szeroko otworzyć oczy i zacząć rozmawiać. A centrum Warszawy, które skupia w sobie wszystkie paradoksy różnych tymczasowych tożsamości tego miasta, może nawet większość paradoksów współczesnego świata, nadaje się do tego jak żadne inne miejsce na świecie („Śródmieście Południowe” – ZIP Skład). Dopiero poprzez wybudzające z umysłowej drzemki paradoksy widzimy całą niespójną kruchość życia miasta w każdej z jego warstw.

W drodze powrotnej Helenie towarzyszy zmęczenie, objawiające się nagłym atakiem tęsknoty za kotem. A mi cicha nadzieja, że jej podróż przez życie i świat, która zaczyna się na ulicach i podwórkach Śródmieścia Południowego, będzie równie fascynująca jak ta, którą Ryszard Kapuściński rozpoczął kiedyś w Pińsku – a później raz jeszcze, nieopodal nas, na Polu Mokotowskim w Warszawie.

Maciek Żakowski  - zajmuje się strategiami (marek, komunikacji, produktów, usług, przedsiębiorstw, w kulturze) oraz niestandardowymi przedsięwzięciami kulturalnymi i gastronomicznymi w Warszawie. Tata Helenki (lat prawie 6).

Tagi: kultura, dziecko

Zapytaj i podziel się wiedzą

Aby zadać pytanie musisz się zalogować
Wyślij

Polecane wpisy

Murowaniec dla dwojga

Agnieszka Radziszowska

Do rany przyłóż

Agnieszka Radziszowska

Szpitalne rękodzieło

kolektyw: Ewa Panewka i Wanda Dysk

Piaskownica testosteronu

Agnieszka Radziszowska

Najpopularniejsze wpisy

Gdy dziecko nie chce jeść

Agnieszka Radziszowska

Zegar - czy to już pora?

Agnieszka Radziszowska