Niniejszy serwis korzysta z plików cookies celem realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Informujemy, iż istnieje możliwość określenia warunków przechowywania lub dostępu do plików cookies za pomocą przeglądarki. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w plikach cookies wybierz opcję Zamknij. W przypadku, gdy nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia swojej przeglądarki.
Zamknij Polityka plików cookies
HelloZdrowie HelloZdrowie HelloZdrowie

Z czym do dzieci

Zanurz się w pasiakach

Zanurz się w pasiakach
Zdjęcie: archiwum własne
„On” jest już duży. Mój syn K. ma prawie 17 lat, a to w zasadzie oznacza (choć może nie wprost): „tato, przestań nudzić!”. Na szczęście jest jeszcze J. , czyli moja córka.

Ma jedenaście lat, a więc jest w wieku mało-nastoletnio-szkolnym. Takie dzieciaki są wciąż nastawione na zasysanie informacji. No i tu jednak jestem potrzebny, bo „ściąganie z komputera” to nie to samo, co tatusiowe starania. Dobra. Hasło na dziś to nauka. Mamy się uczyć, poznawać, zgłębiać i dowiadywać.  Centrum Nauki Kopernik? Hmm. Miejsce jest fajne, ale ile można tam spędzić czasu, ile razy przychodzić na to nurzanie w fizyce i chemii?  Trzy, pięć, dziesięć razy? No właśnie, później zaczyna robić się ciut nudno. No to co jeszcze zostało? Muzeum Techniki. Zaliczone wielokrotnie. Narodowe? Rozdeptane do bólu (polecam zwłaszcza mumie, bo dzieciaki wariują przy nich ze strachu i człowiek ma 10 minut dla siebie). Muzeum Powstania? Oczywiste, bo przecież wspaniałe, nowoczesne, multi-kulti, no i pradziadek zginął bohatersko,  więc kilka razy do roku jest „must see”. Jeśli doliczyć Łazienki, Starówkę oraz - ciekawe nie tylko dla tatusia - różne fajne miejskie zakamarki to można założyć, oczywiście z grubsza i bardzo upraszczając, że... Warszawa nam się wyczerpała.  Ale, ale! Macie przecież Kampinos, Twierdzę Modlin, zamek w Czersku, kajaki na Świdrze, szopenowską Żelazową Wolę i... Hmm. Byliśmy po pięć, dziesięć, pięćdziesiąt razy!  Gdzie reszta? Lista interesujących miejsc, gdy się człowiek zacznie nad nią poważnie zastanawiać i ją zgłębiać, jest stosunkowo krótka.
Przyszedł w końcu taki dzień, że inspiracji zabrakło. Zacząłem się wtedy przyglądać mapie (zawsze to robię, bo mapy są lepsze niż książki – pobudzają mocno wyobraźnię) i mnie olśniło. Jest jeszcze Łowicz!

Zdjęcie: archiwum własne

Kiedyś w Łowickie jechało się (i to nie tylko autokarem) kilka godzin, ale to już dawno i nieprawda. Od pół roku jest przecież autostrada i te niecałe 100 km (licząc od Warszawy) można pokonać w 45 minut. Nie przesadzam. Wskakujecie do samochodu i, już-tuż, Łowicz. Genialne.

Zdjęcie: archiwum własne

A może nawet powiem tak: GENIALNE, bo na miejscu jest tysiąc rzeczy do zobaczenia i do zrobienia. Po pierwsze Nieborów (pałac rodziny Radziwiłłów z najstarszym platanem w Polsce, który zasadzono w końcu XVIII wieku), po drugie tajemniczy park Arkadia (dotykać rzeźb antycznych nie pozwalają, ale da się wyszumieć), po trzecie – skansen ludowy w Maurzycach. W moich dziecinnych czasach, czyli w latach „siedemdziestych”, chyba go jeszcze nie było. Ale dzisiaj stoi tam ze 40 zabytkowych chałup, stary wiatrak i kościół, gdzie można się poczuć jak na filmowym planie. Mina dzieciaka, który ogląda kurne chaty (tato, a gdzie tu było centralne ogrzewanie?), nieufnie spoziera na strzechy (to im woda do środka nie leciała?) i patrzy na wiatrak ze zdziwieniem (to on robił prąd?) - bezcenna.

Zdjęcie: archiwum własne

Zdjęcie: archiwum własne

Ludowo jest wszędzie dookoła. W samym Łowiczu też, gdzie dzieciaki należy zapędzić do miejskiego muzeum. Warto. Zwłaszcza, gdy organizują tam warsztaty twórców ludowych (latem w weekendy). Widok niezapomniany, gdy leciwe babuleńki (ale też i całkiem młode chłopaki) wycinają, haftują, rzeźbią w drewnie lub kleją gigantyczne, wieszane pod sufitem „pająki” (rodzaj ozdoby – poszukajcie w internecie). Dzieciaki mogą same spróbować cięcia-gięcia takiej papierowej materii, oczywiście pod kontrolą „specjalistek od rzemiosł ludowych”. Na próby rzezania w kawałku drewna nikt się nie zgodził, ale za to dali nam haftować na maszynie! Fajne. Dopiero na tych warsztatach dotarło do mnie, że moja mała J. może nie wiedzieć, że ubrania wciąż szyje się właśnie w ten sposób. Niby jej babcia ma maszynę i niby czasem coś na niej robi, ale – umówmy się – dla dzieciaków takie czynności jak naprawa czy tworzenie ubrań to teraz abstrakcja (od ciuchów są sklepy, a gdzie te kupują ubrania już nikt wie).  Na nasze warsztaty zaplątała się młoda Japonka. Czułem, że to biedne skośnookie dziewcze, podobnie zresztą jak moja „ Jot”, znalazło się w prawdziwym wehikule czasu. Bo ta maszyna była na zwykły pedał, bez prądu. Dorośli coś jeszcze mętnie wiedzą o prawdziwych Singerach sprzed wojny, ale w Japonii takich nie mają. No i dziatwa znad Wisły też już niekoniecznie... Muzeum miejskie jest teraz w remoncie i udostępniają tylko kilka sal. Ale i tak warto się po nich pokręcić. J. popatrzyła sobie na wycinanki, które mają po 50 lat. A potem, już w domu, było cięcie papieru aż miło. 

Zdjęcie: archiwum własne

W Łowiczu są dwa piękne stare rynki, mnóstwo malowniczych kamieniczek i kościół-katedra, w której na organach gra Jurek Filipowicz. Wirtuoz jakich mało, mówię Wam! Jak będziecie mieli trochę szczęścia, a Jurek, no i proboszcz – szef katedry – dadzą się przekonać, warto zobaczyć (i posłuchać) muzyka przy pracy. Nam było łatwiej, bo Jurek to kumpel (a zarazem wujek). Wpadliśmy na górę, a tam pulpit sterowniczy jak w jakimś archaicznym samolocie. J. nie wierzyła, że wujek gra i że to nie jest z magnetofonu. Jeśli nie wpuszczą was na górę – luz. Ale koncertu organowego nie odpuszczajcie.

Zdjęcie: archiwum własne

Jak już się nałazicie, hajda do „Muzeum Sromów”. Żadnych mi tu „kosmatych” myśli! Muzeum jest w miejscowości... Sromów, kawałek drogi między Łowiczem i Sochaczewem. A skąd przy drodze idiotyczna tablica? Komuś nie chciało się kombinować i zamiast umieścić na niej całą nazwę, zostawił informację tyleż lapidarną, co rozbawiającą ludzi. Skręcić w pola warto, bo sromowskie muzeum (istnieje od 40 lat!) jest odlotowe.  Powstało z pasji Brzozowskich do rzeźbienia. Przez wiele lat łowicka familia wydłubała w drewnie kilkaset figur, które są wystawiane w kilku pawilonach. Większość rzeźb jest ruchoma. więc gdy gospodarz wciśnie odpowiedni guzik, to w muzeum nagle „dzwoni , rusa się i bucy” aż miło. Fascynujące, tysiąc razy lepsze od ruchomej szopki u Kapucynów na Miodowej (w Warszawie). Moja córka oszalała. I pomyśleć, że to tylko godzinka drogi od domu, że machina czasu, że dookoła pięknie nawet zimą i że wszystko dzięki temu, że człowiek nie zapomniał, że mapa w domu zawsze się przyda...

 

Zapytaj i podziel się wiedzą

Aby zadać pytanie musisz się zalogować
Wyślij

Polecane wpisy

Murowaniec dla dwojga

Agnieszka Radziszowska

Biuro ojcowskich podróży

Agnieszka Radziszowska

Poszukiwacze skarbów

Agnieszka Radziszowska

Najpopularniejsze wpisy

Zegar - czy to już pora?

Agnieszka Radziszowska

Gdy dziecko nie chce jeść

Agnieszka Radziszowska