Przejdź do treści

Syndrom MCS. Alergia na nowoczesność

Ilustracja: shutterstock
Podoba Ci
się ten artykuł?
Udostępnij bliskim
Najnowsze
Kampania Fundacji Arena i Świat
Wspaniałe bohaterki w kampanii „Badaj się i żyj pełną piersią. Nie daj się rakowi”
Agnieszka Hyży o macierzyństwie: wszystkie jedziemy na tym samym wózku!
Michał Lipa o dodatkowych kilogramach w ciąży. Ile może przytyć ciężarna?
Fryzjerka znalazła dziwną plamkę na jej głowie. Okazało się, że po 13 latach ma nawrót raka
szczepionka
Grypa – dlaczego się szczepimy?

Ból głowy wywołany zapachem farby, wysypka spowodowana kontaktem z detergentem, duszności pod wpływem ostrej woni dezodorantu, a do tego zmęczenie, zaburzenia koncentracji, zaniki pamięci. Na te i inne objawy uskarżają się osoby z syndromem MCS, czyli, mówiąc obrazowo, alergią na zdobycze cywilizacji.

MCS (multiple chemical sensivity) to nadwrażliwość na rozmaite bodźce chemiczne, których źródłem są zazwyczaj substancje syntetyczne. Od pewnego czasu określenie to bywa zastępowane inną nazwą: idiopatyczna nietolerancja środowiskowa (idiopathic environmental intolerance), w skrócie IEI. Jest ona pojemniejsza znaczeniowo, bo może objąć również elektrowrażliwość, czyli nadwrażliwość na pole elektromagnetyczne.

Szkopuł w tym, że w realność tych dolegliwości nie wierzy wielu lekarzy, a status wymienionych syndromów pozostaje kontrowersyjny od wielu lat. Ani Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), ani Amerykańskie Towarzystwo Medyczne (AMA) nie uznają ich za jednostki chorobowe. W Wikipedii zostały one sklasyfikowane jako diagnozy pseudomedyczne, a jako czynnik ryzyka wskazany został efekt nocebo – czyli negatywne przekonania co do stanu swojego zdrowia prowadzące do fizycznych objawów chorobowych. W świetle badań sprawa nie jest jednak jednoznaczna. Problem trudno zbagatelizować również w kontekście licznych świadectw osób cierpiących na schorzenia idiopatyczne.

Krótka historia MCS

Co ciekawe, temat nagłaśniany jest od dosyć dawna, bo od lat 40. ubiegłego wieku. Jako pierwszy zwrócił na niego uwagę Theron G. Randolph, amerykański lekarz i alergolog. Twierdził on, że zawarte w tworzywach sztucznych związki chemiczne nawet w ilościach uznawanych za bezpieczne mogą być szkodliwe dla naszego zdrowia. Kontakt z nimi może powodować alergie, które objawiają się przewlekłym zmęczeniem, spadkiem nastroju, upośledzeniem funkcji poznawczych, podrażnieniem, niepokojem, zwiększonym napięciem nerwowym i zaburzeniami zachowania.

Teoria Randolpha zdobyła wielu zwolenników i zaczęła żyć własnym życiem. Zespołowi objawów kojarzonych z narażeniem na „cywilizacyjne toksyny” nadawano rozmaite miana: od toksemii alergicznej, przez chorobę ekologiczną, rozstrój układu odpornościowego, zespół alergii totalnej, alergię uniwersalną, po chorobę środowiskową. Z czasem do symptomów wymienionych przez Randolpha dodawano kolejne, o bardziej „fizjologicznym” charakterze, takie jak przewlekły katar, częste biegunki, zaparcia, bóle mięśni i stawów, wykwity skórne, ucisk w klatce piersiowej i wiele innych niespecyficznych dolegliwości.

Kobiety bardziej (nad)wrażliwe

To przede wszystkim niespecyficzność objawów, czyli możliwość przypisania im rozmaitej etiologii, skazała koncepcje spod znaku MCS na „ironiczny dystans” ze strony świata nauki i medycyny. Jednak ten sceptycyzm zdaje się słabnąć, rośnie też liczba ekspertów zabierających głos na temat problemu. Dotychczas pojawiły się teorie wyjaśniające MCS/IEI zarówno w kategoriach reakcji alergicznej, jak i złożonego działania toksyn na organizm, uszkodzeń wywołanych w układzie nerwowym czy reakcji ze strony układu hormonalnego. Ze względu na wysoki wskaźnik depresji i zaburzeń nastroju u pacjentów z objawami ze spektrum MCS podejrzewa się również związek między chorobami psychicznymi a tym syndromem, choć brak jest danych przemawiających za zależnością przyczynową.

W świetle badania opisanego w 2004 r. na łamach „American Journal of Public Health” MCS do pewnego stopnia może być dotknięty co ósmy mieszkaniec USA. Spośród 1582 ankietowanych mieszkańców Atlanty 12,6 proc. zadeklarowało, że cierpi z powodu nadwrażliwości na substancje chemiczne wykorzystywane w gospodarstwie domowym. Zgodnie ze statystykami California Department of Health Services za ten sam okres może być jeszcze gorzej: objawy MCS występują u 15,9 proc. badanych. Co ciekawe, według danych z obu źródeł na problem częściej uskarżają się kobiety. Wcześniejsze badanie, opisane w 1997  r. na łamach „Scandinavian Journal of Work, Environment & Health”, wykazało, że odsetek pań wśród osób cierpiących na zaburzenia typu MCS wynosi aż 80 proc.

Wyjaśnienie tkwi w hormonach?

Temat MCS podjął niedawno magazynVice”. Opisał on historię Nicole Parisi, plastyczki, która wskutek wieloletniego kontaktu z farbami, tuszami i rozpuszczalnikami zaczęła cierpieć na wiele objawów ze spektrum MCS, m.in. pieczenie oczu, bóle głowy, stany zapalne gardła, katar, duszności, a nawet omdlenia. Wszystkie te symptomy występowały u Paisi pod wpływem kontaktu z syntetycznymi substancjami i ostrymi zapachami nieorganicznego pochodzenia. Dolegliwość rozwijała się stopniowo, aż zyskała natężenie utrudniające normalne funkcjonowanie. Ostatecznie u Paisi zdiagnozowano syndrom MCS – choć, jak można się domyślać, nie była to diagnoza zgodna z normami AMA.

Podobnych przypadków jest znacznie więcej. Szczególnie na terenie Stanów Zjednoczonych, gdzie zjawisko jest jeśli nie najbardziej rozpowszechnione, to przynajmniej najbardziej nagłaśniane. Część badań poświęconych kwestii MCS/IEI sugeruje psychogenny charakter problemu. Jednak wypowiadający się w artykule dr Martin L. Pall sceptycznie podchodzi do tego wyjaśnienia. Ekspert, od wielu lat analizujący fenomen, twierdzi, że dotychczas nie wykluczono fizjologicznych przyczyn choroby. Wskazuje też na inne możliwe rozwiązanie: hormony, a w szczególności kobiece hormony płciowe.

Pall argumentuje, że liczba kobiet i mężczyzn, u których zdiagnozowano syndrom chronicznego zmęczenia (CFS), podobny w objawach do MCS, w wieku dojrzewania jest bardzo zbliżona. Natomiast po osiągnięciu dojrzałości w grupie badanych pojawia się radykalna dysproporcja: na cztery kobiety z syndromem CFS przypada tylko jeden mężczyzna. To wskaźnik zbliżony do tego, który cechuje MCS. Zdaniem Palla ta zależność podsuwa trop związany z funkcjonowaniem układu hormonalnego. Nawet jeśli takie wyjaśnienie jest daleko niepełne, to jednak może wskazywać kierunek przyszłych badań na temat schorzeń idiopatycznych.

Podoba Ci się ten artykuł?

Tak
Nie

Powiązane tematy

Zainteresują cię również:

Ciemna strona inteligencji emocjonalnej

Nie usuwaj migdałków! (Chyba że naprawdę musisz)

Tylko nie wstawaj lewą nogą

Dlaczego wciąż jestem singlem?

Piwko po treningu? Lepiej nie…

Dr Google cię nie wyleczy

Nie odkrywaj swojej pasji – stwórz ją

Inteligencja jako źródło cierpień

Depresja jako stan zapalny

Żywność przeciwko alergii

Przepis na lidera: skromność z… narcyzmem

Dbaj o zdrowie bez przesady