Przejdź do treści

Komunikat w wersji meta

Komunikat w wersji meta
Ilustracja: Magda Danaj | www.porysunki.blogspot.com
Podoba Ci
się ten artykuł?
Udostępnij bliskim
Najnowsze
Meghan Markle i książe Harry
Meghan Markle podróżuje samolotem. Nasz ekspert odpowiada, czy latanie jest bezpieczne dla ciąży?
Główny Inspektor Sanitarny: teorie przeciwników szczepień to szarlataneria
Anja Rubik przekazuje 1000 książek „#SEXEDPL” do polskich szkół
Ewa Chodakowska
Ewa Chodakowska zachęca do badań piersi
Lizi Jackson-Barrett
Łysa Lizi Jackson-Barrett: Rok temu płakałam. Teraz czuję się świetnie

Stosujemy je wszyscy bez wyjątku. Czasem świadomie, innym razem nie. Nie da się ich uniknąć, ale warto mieć świadomość, że się nimi posługujemy. O tym, jaką rolę odgrywają w relacjach między ludźmi metakomunikaty, z psychoterapeutą Pawłem Droździakiem rozmawia Agnieszka Zieniuk.

Czym jest metakomunikat?

Wyjaśnię to na przykładzie. Proszę sobie wyobrazić spotkanie klasowe, po 30 latach. Spotyka się na nim dwóch panów, rozmawiają sobie i nagle jeden mówi do drugiego: „A gdzie zaparkowałeś?”. W jakiejś innej sytuacji to zdanie mogłoby być zwykłym pytaniem o to, gdzie zaparkowałeś – po prostu. Ale w tej sytuacji równie dobrze może to być pytanie o to, czy…

Masz samochód?

Dokładnie. I najlepiej od razu: jaki. I to już jest pytanie na poziomie metakomunikatu. Bo metakomunikat to jest cały kontekst związku i relacji z drugim człowiekiem. Gdy komunikujemy coś drugiej osobie, możemy robić to niespójnie. Mówię na przykład: „Lubię cię”, a mam przy tym postawę zamkniętą, albo ktoś mówi „świetnie się bawię”, a mina wskazuje na coś zupełnie innego. Treść jest niespójna z formą, więc komunikat jest podwójny. Jasne, że lepiej byłoby, w trosce o dobre relacje, nie komunikować niespójnie. Tyle tylko że sam fakt, że nadajesz podwójny komunikat, jest dowodem na to, że w relacji z osobą, do której taki komunikat kierujesz, ta podwójność istnieje. Sposób komunikowania, czyli „podwójne zachowanie”, jest więc tylko przejawem tego, że istnieje głębsza podwójność. Czyli tego nie da się zmienić, po prostu zmieniając zachowanie. To zachowanie ma przecież jakiś powód.

Każdy komunikat można podzielić na trzy warstwy: pierwszą jest treść, drugą forma, a trzecią: kontekst. Tę samą treść możesz wyrazić w różnych formach – i tu rodzi się pierwsza możliwość sprzeczności, poza tym tę samą treść możesz osadzić w różnych kontekstach. I to kolejna możliwość sprzeczności.

Wracając do naszego spotkania klasowego: ten metakomunikat może mieć jeszcze jeden poziom, głębszy. „Pytam, gdzie zaparkowałeś, bo przecież dokładnie pamiętam, jakim byłeś cieniasem i niedojdą życiową w podstawówce, więc pytam, czy to się zmieniło, czy czegoś tam się dorobiłeś, czy jest po staremu, dalej jesteś ofiarą losu i zasuwasz rowerem…”. Warstwa werbalna w tej sytuacji to: „Gdzie zaparkowałeś”, a metakomunikatem jest: „Pamiętam cię jako kompletną pierdołę”. Załóżmy, że w tej sytuacji zapytany się wzburza. I oczywiście sam nie wie dlaczego… Bo co obraźliwego jest w pytaniu: „Gdzie zaparkowałeś?”. Nic. Tyle że on odczytał metakomunikat. A że, dajmy na to, faktycznie nie zmieniło się wiele, oczywiście nie zaparkował, gdyż przybył tramwajem, więc w odpowiedzi zaczyna z emfazą opowiadać o – dajmy na to – niesprawiedliwości społecznej. I on też nadaje w ten sposób metakomunikat: „Wasz świat jest okrutny, ja jestem wyższy moralnie”. I w ten sposób można sobie metadyskutować do rana…

A w relacji z dzieckiem? Istnieją metakomunikaty rodzicielskie?

W relacji z dzieckiem posługujemy się właściwie wyłącznie metakomunikatami. Niestety. Jeśli mówimy do dziecka: „Wejdź na to drzewo, nie bój się”, to oczywiście jest w tym komunikacie jakieś niezadowolenie, że dziecko nie jest dość odważne. I oczywiście dziecko nie chce nawet próbować, bo to niezadowolenie nadane w metakomunikacie doskonale wyczuwa. Fajniej i bardziej motywująco byłoby powiedzieć, gdyby już na to drzewo zaczęło się nieśmiało wspinać: „Ojej, nie bałeś/bałaś się wejść na tę pierwszą gałąź!”. W sekundę dzieciak będzie na czubku. Bo tymi słowami nie tylko coś dziecku komunikujemy, ale też wywołujemy reakcję.

Inny przykład. Proszę się zastanowić, co to mogłoby znaczyć, jeśli matka mówi do córki: „Oczywiście, że możesz sobie sama wybrać szkołę”.

Na poziomie metakomunikatu najpewniej: „Oczywiście że nic sobie sama nie wybierzesz, bo ja wybiorę najlepiej”?

Oczywiście. Metakomunikat może być taki: „Przecież doskonale rozumiesz, że to, jaką szkołę wybierzesz, świadczy o całej naszej rodzinie, dlatego właśnie wybiorę ja, a właściwie ty wybierzesz, ale dobrze wiesz, co wybrać, żeby nas nie zawieść”…

A metakomunikaty w związku? Czy nie jest tak, że są w dużej mierze zamierzone, ale też wprowadzają sporo szumu w kanale komunikacyjnym?

Oczywiście, że wprowadzają szumy. Mogą być zamierzone, ale czasem są zupełnie nieświadome. I czasem po prostu nie może być inaczej. Ale to dlatego, że te „szumy” są już w naszej głowie, więc i w relacji. Metakomunikaty nie są ich przyczyną, tylko skutkiem! Weźmy taką sytuację: on mówi do niej: „Mogłabyś jakoś bardziej o siebie zadbać”. W najprostszym komunikacie on mówi do niej: zadbaj o siebie bardziej – cokolwiek by to znaczyło – i będzie super. Tyle że to niestety zwykle nie o to chodzi…

Metakomunikatem jest: nie dbasz o siebie wcale?

Gorzej. Bo być może prawdziwym znaczeniem jest „w ogóle mnie nie kręcisz”… Co to powoduje? Ona od razu traci jakiekolwiek pragnienie zadbania o siebie. Jest więc absolutnie gwarantowane, że im częściej będzie jej powtarzał: „Mogłabyś bardziej o siebie zadbać”, tym bardziej zniechęci ją do jakichkolwiek działań w kierunku zadbania o siebie.

I to jest sytuacja, w której metakomunikat doprowadza do tego, że osiągnięty zostaje akurat cel odwrotny do zamierzonego: ona definitywnie przestaje przecież o siebie dbać. Tak?

No właśnie niekoniecznie. Pytanie, czy ten facet faktycznie chciał osiągnąć to, co komunikuje. Bo może on, mówiąc: „Mogłabyś bardziej o siebie zadbać”, zupełnie nie chciał, by o siebie zadbała?

Jak to?

Bo może jego celem nieświadomym jest, by ona rzeczywiście o siebie nie dbała. Bo jeśli nie będzie o siebie dbać, on nie będzie musiał konfrontować się z faktem, że nie ma ochoty na zbliżenie. A nie ma. Zablokowuje ją więc w tym punkcie, stosując sprytny metakomunikat, którego sam… nie widzi. Przecież faktycznie pozornie zachęcił ją, by o siebie zadbała… Prawdziwy metakomunikat jest nieświadomy.

Nie chcemy go nadać? Sam się nadaje?

Trochę tak. Płynie z nieświadomości. Proszę sobie wyobrazić, że zaprasza pani gościa, a w czasie jego wizyty przez połowę czasu odpisuje pani na SMS-y. Co pani komunikuje?

Znudzenie.

No właśnie, a przecież pewnie pani nie chciała… Bo metakomunikatem nie do końca można zarządzić poprzez akt woli. Dlatego metakomunikaty nas zdradzają. Jeśli np. ona powie do niego: „Za mało ze sobą rozmawiamy”, to niekoniecznie będzie znaczyło, że ma potrzebę rozmawiać więcej. Mogłaby przecież po prostu zacząć więcej rozmawiać, ale z jakiegoś powodu tego nie robi, tylko formułuje taki a nie inny komunikat. Jest oczywiste, że z takiego zarzutu: „Za mało rozmawiamy” żadna sensowna rozmowa w życiu się nie sklei, prawda? Więc może właśnie jej nieświadomą intencją jest de facto rozmawiać jeszcze mniej, rozluźnić kontakt, odepchnąć od siebie odpowiedzialność za tę sytuację, choć to brzmi paradoksalnie, bo pozornie w warstwie werbalnej domaga się akurat czegoś odwrotnego. Jeśli on powie: „Jest za mało seksu” albo – gorzej – „Jesteś za mało seksowna”, to oczywiście dostanie w efekcie tego seksu jeszcze mniej albo ona będzie jeszcze mniej seksowna. To pewne jak w banku. Pytanie, czy nie o to właśnie chodziło. O podświadome pragnienie nie zbliżenia, ale właśnie oddalenia się.

A może metakomunikaty czasem pomagają nam się zakamuflować? Na przykład w takiej sytuacji: jest planowana randka. Godzinę przed dzwoni on i oświadcza: „Wiesz, kochanie, to piwo pracowe się tak niefortunnie przedłuża, kupa znajomych wpadła niespodziewanie, czy to nasze dzisiejsze spotkanie moglibyśmy przełożyć na jutro?”. I ona, myśląc z zaciśniętymi zębami: „Nienawidzę cię, ty złamasie, siedzę tu wyperfumowana w pięknej sukience, jak śmiesz w ogóle do mnie z czymś podobnym dzwonić”, odpowiada: „Jasne, nie ma sprawy, nawet mi to na rękę, bo właśnie miałam ochotę sobie poczytać”…

Forma kamuflażu.

Komunikat w wersji meta

Czemu on ma służyć?

Gdyby powiedziała prawdę, jak bardzo się czuje zraniona czy wystawiona, toby się poczuła upokorzona. Wyszłaby na upokorzoną. Zdradziłaby się z tym, jak bardzo jej zależało… Że zależało jej bardziej niż jemu. To nawet nie metakomunikat, to po prostu ukrycie prawdy. Po to, by się nie zdewaluować.

No ale w ten sposób on nie zrozumie, że zachował się fatalnie, będzie myślał, że jest okej, że ona sobie czyta, a nie ryczy w poduszkę.

Tak, tyle że prawdopodobnie ona mu za to odda przy najbliższej okazji. Takie piwo kosztuje, więc od teraz przez tydzień będzie ją np. „bolała głowa”. Albo będzie „strasznie zajętą osobą”. To są pewnego rodzaju gry, już nawet nie metakomunikaty, którymi w ogóle świat jest przesycony…

A może lepiej wprost? Może lepiej właśnie nie metakomunikować, nie grać w nic?

Nie istnieje świat, w którym wszystko jest tylko i wyłącznie proste, bezpośrednie, szczere, a każda wypowiedź ma tylko jedno, zawsze takie samo znaczenie. A relacja damsko-męska jest pełna tego rodzaju zachowań, zagrań, chwytów – jakkolwiek to nazwiemy.

A kiedy wysyłanie metakomunikatów może być szczególnie szkodliwe, wręcz destruktywne dla związku?

Chyba wtedy, kiedy nieświadome zaczyna dominować. Wtedy, kiedy jesteśmy zupełnie nieświadomi jakiejś części siebie, a ona działa w naszym życiu. To nieświadome zawsze do nas wróci. Wyobraźmy sobie faceta, który żywi głęboką pogardę wobec kobiet, ale nie jest jej świadomy. Jest przy tym wobec kobiet uprzedzająco grzeczny i uprzejmy. A kobiety reagują na niego złością. Agresją, której on nie rozumie – jest przecież grzeczny, ba, szarmancki. A one jednak tę głęboką pogardę czują i oddają mu ją właśnie w formie ataku. Taki mechanizm dotyczy tysiąca sytuacji. Jeśli dostajemy jakiś zwrot od kogoś, którego nie rozumiemy, jakąś emocję naszym zdaniem nieadekwatną do sytuacji, to może oczywiście oznaczać, że ten ktoś jest wariatem i zachowuje się nieobliczalnie, nieadekwatnie właśnie. Ale może też być tak, że wysyłamy wcześniej jakieś emocje, cały zestaw, których sami nie do końca rozumiemy. Nie kontrolujemy tego, ale zdradzamy i tak, że jesteśmy podwójni. Niespójni wewnętrznie.

A co z sytuacją, w której komunikujemy na poziomie werbalnym jedno, a na poziomie emocjonalnym zupełnie coś innego? On pyta: „Może ci pomóc?”, a ona odpowiada: „Nie, dziękuję, poradzę sobie sama”. Jest to wypowiedziane przez zaciśnięte zęby. Przecież ostatnia rzecz, jaką zawiera ten komunikat, to obietnica, że ona sama sobie poradzi i że dziękuje za pomoc.

No jasne, bo ten komunikat sam w sobie może być karą. I taki też jest wówczas jego cel. Przekaz jest oczywisty: zawiodłeś mnie, nic już tego nie zmieni, czuj się teraz winny krzywdy, którą mi wyrządziłeś, tej winy nic już nie zmaże, niczego w tej kwestii nie da się już naprawić. Cel zostaje osiągnięty, gdyż on absolutnie czuje, że to jest kara. Ale to oznacza, że nie będzie już motywował czy zmuszał się do pomocy, bo jego rolą w tej chwili jest bycie winnym. Może oczywiście próbować narzucać się z tą pomocą, ale wyrok zapadł i prawdopodobnie im więcej będzie próbował, czując przy tym rosnące, z trudem ukrywane rozdrażnienie, tym bardziej prośby o powtórne rozpatrzenie wyroku będą odrzucane.

A czy ona, formułując taki komunikat, faktycznie tej pomocy nie oczekuje? Gdyby nie oczekiwała, powiedziałaby: „Daj spokój, naprawdę sobie poradzę, luz, dzięki”.

No właśnie, ona może oczekiwać czegoś zupełnie innego. Podkreślam – może, nie musi. Jest jakiś tajemniczy powód, dla którego ona zamiast wprost powiedzieć: „Pomóż mi” – jeśli tej pomocy oczekuje – formułuje coś takiego. Może na przykład jest przywiązana do wizji siebie jako samotnej, porzuconej, zdanej wyłącznie na siebie. Która cierpi, jest skrzywdzona, a świat wokół jest zły. Z czego ona czerpie pewną moralną satysfakcję. Dlatego nawet podświadomie dąży wręcz do sytuacji, w której ktoś (on) ją zawiedzie. Wtedy ona faktycznie może poczuć: ale z niego kawał… (wstawić według gustu) …a ja znowu sama, zawsze sama, całe życie sama, nikogo to nie obchodzi, i tak dalej. I tak się nakręca. I może być tak, że samo w sobie to nakręcenie się na własną niedolę jest większą satysfakcją, niż byłoby to, że ktoś by jej pomógł w jakiejś konkretnej czynności.

Podobnie bywa ze słynnym: „Zrobisz, jak zechcesz”, „Rób, jak uważasz”. Przecież to chyba nigdy nie oznacza, że – istotnie – „uważam, że powinieneś/powinnaś postąpić zgodnie ze swoją wolą”.

No jasne, „rób, jak uważasz”, ale oboje wiemy, że jeśli „zrobisz, jak uważasz”, to skutki tego będą, jakie będą – w skrócie: będę cię mieć za idiotę, gówniarza, zawiedziesz mnie, skrzywdzisz dziecko niewinne itp… W związku z tym najlepiej, żebyś teraz wykazał, że uważasz to, co uważać powinieneś, czyli to, co ja uważam, że powinieneś uważać. O.

To nie lepiej zamiast „Rób, jak uważasz”, powiedzieć: „Nie rób tego, bo jak to zrobisz, to nastąpi Armagedon i moja złość zaleje wszystko”.

No ale przecież bezpieczniej dla siebie samego nie odkodować tego w sobie, nie przyznać się samemu przed sobą, że próbuje się komuś narzucić własną wolę: „Przecież ja nic nie mówię, czy ja coś mówię? Przecież ja nic, do cholery, nie mówię, mówię tylko, żebyś robił, jak uważasz…”. To jest też trochę robienie rozmówcy egzaminu, w którym samemu jest się sędzią, a to daje dużą przyjemność, satysfakcję, zwykle zresztą nieświadomą. To ja w takiej sytuacji wyznaczam pewne reguły, według których ktoś inny ma się wykazywać. I satysfakcja, jaką przynosi takie rozdawanie kart, jest większa, niż byłoby zadowolenie z tego, że ktoś podjął dobrą decyzję. Dlatego niełatwo się z tego rezygnuje.

Z metakomunikatów korzystamy także często, chcąc kogoś do czegoś nakłonić, przekonać. Ale ze skutecznością bywa różnie. Wyobraźmy sobie sytuację, w której ona chce go zachęcić do poszukania lepszej pracy, bo to, co robi obecnie, jest poniżej jego kwalifikacji, zasiedział się na mizernej posadce. Może powiedzieć wprost: „Wiesz, pomyślałam, że dobrze byłoby dla nas, dla ciebie, dla mnie, gdybyś poszukał lepszej pracy, bo…”. Ale może też, nie chcąc mówić wprost, zacząć inaczej: „Wiesz, spotkałam dziś kolegę z podstawówki. Wiesz, to nieprawdopodobne, jak on wysoko zaszedł, i to tylko dzięki własnej pracy. Imponujące!”. I co?

I nic. To znaczy jest całkiem prawdopodobne, że efekt będzie akurat dokładnie odwrotny do zamierzonego. Odpowiedź może być mniej więcej taka: „Aha, czyli imponuje ci to?! Jakiś chłystek, dorobkiewicz pnie się po szczeblach kariery w jakiejś (tfu!) korporacji, w ogóle nie zważając na głód w Afryce, a tobie to imponuje! To idź sobie do niego, proszę bardzo, idź sobie z nim rozmawiaj!”. A dlaczego tak właśnie będzie raczej na pewno? Bo ona, mówiąc w ten sposób, wysłała mu de facto komunikat kastrujący. Jesteś ofiarą losu, godnym politowania życiowym pierdołą. Czy tego chciała? Trudno powiedzieć. Mogła mieć najlepsze chęci. Ale wielu mężczyzn może to tak odebrać.

Czyli co, jednak wprost?

Dam przykład może trochę zaskakujący, bo z innej dziedziny życia, ale jest tu trochę analogii. Zastanówmy się, czy da się prostym, spójnym, zgodnym z rzeczywistością komunikatem wywołać u mężczyzny… erekcję. Taką komendą: „Niechaj się stanie teraz!”. No, nie można. To tak nie działa.

Ale ona nie chce wywoływać żadnej erekcji! Chce go skłonić i zachęcić do zmiany pracy…

Mechanizm jest analogiczny. Nie można się komunikować z człowiekiem jak z robotem, wydawać polecenia i oczekiwać, jak od robota, natychmiastowej na nie reakcji. To znaczy, jeśli chodzi o proste czynności, typu „podaj mi to pudełko”, to oczywiście można, ale jeśli chodzi o bardziej złożone sprawy, to to nie zadziała, bo żeby ktoś to wykonał, nie wystarczy mu instrukcja. Musi w nim samym pojawić się pragnienie. Żeby podać pudełko, nie muszę tego jakoś szczególnie pragnąć. Wystarczy, że się zgodzę i wiem, które to konkretnie jest pudełko. I już. Ale z szukaniem pracy jest inaczej. Tu trzeba mieć wewnątrz siebie pragnienie, ambicję, marzenie, chęć. To nie zadziała na zasadzie „wyślij CV tu i jeszcze tutaj”. To musi być tak, że on będzie p r a g n ą ł znaleźć pracę. No i tu jest ta analogia z erekcją. Człowiek nawet sam w sobie nie może tego „zarządzić” – chcę pragnąć i być nakręcony. Chcę mieć ambicję znalezienia pracy i być niesiony tą ambicją każdego dnia od czwartej rano. Ta ambicja albo jest, albo jej nie ma, podobnie jak erekcja. Co tym rządzi? Jaki jest „mechanizm”? Jaki „sposób”? Jakie zaklęcie? Chcę, żebyś miał ambicję? Chcę, żebyś miał erekcję? To tak nie zadziała.

Nie wystarczy samo zakomunikowanie żądania czy jakieś „asertywne komunikaty”. On musi poczuć się mocny i dopiero wtedy będzie wykazywał się szukaniem pracy. Nie wtedy, gdy ktoś mu powie: „Słuchaj, musisz, bo ja chcę, bo faceci moich koleżanek…”. W praktyce często mamy do czynienia z takim paradoksem, że im silniej komunikowane żądanie, tym większy opór. I czasem można się nawet zastanawiać, czy pod komunikatem „chcę, żebyś znalazł” nie ma przypadkiem czegoś podobnego, jak w tej sytuacji, kiedy on mówi: „Mogłabyś o siebie zadbać”. Tak naprawdę wcale tego może nie chcę, bo jak o siebie zadbasz, to będziesz za fajna i możesz mnie zostawić albo zobaczyć, że jestem kiepski. Tak naprawdę może wcale nie chcę, żebyś znalazł pracę, bo jak znajdziesz pracę, to będziesz mocny, a mocni mnie zawsze krzywdzili. Różnie z tym bywa.

Komunikat w wersji meta

Nie jestem przekonana… Ale co w takim razie konkretnie zrobić, powiedzieć?

A na przykład w ten sposób: „Wiesz, ja tak sobie myślę o tobie, że ty zawsze dasz radę. Kurczę, jak ty to robisz, zawsze jakoś potrafisz zarobić, obrotny jesteś taki. Jak ty to robisz?”. To oczywiście jest nieprawda, ba, wielkie kłamstwo. Bo on jest pierdołą i nic nie zarabia… Ale co z tego? W końcu jeśli ona z nim jest, to może dlatego, że go chociaż trochę lubi, nie? No to co jej szkodzi powiedzieć mu coś, co człowieka buduje, zamiast ciągle coś, co mu pokazuje, jak wiele mu brak? Czasem dominuje złość. Wtedy mówi się rzeczy, które są nieskuteczne. Żądanie nie wzbudza. Podziw ma ten potencjał.

No i to będzie skuteczne, motywujące?

Nie wiem. Ale jeśli to nie będzie, to po prostu trzeba tego faceta natychmiast spakować. A jeśli ona nie jest w stanie zdobyć się dla niego już na żaden podziw, to może trzeba tu coś gruntownie przemyśleć? Może to chodzi o niego, a może w ogóle ona sądzi, że podziwianie mężczyzny jest w jakiś sposób dla niej ujmą? No, jeśli tak jest, to z jego pracy raczej nic nie będzie.

Ale to jednak jest manipulacja. Nawet jeśli skuteczna, to jednak manipulacja. Afirmacja, ale nieszczera. Czy to nie jest niebezpieczny poziom? Przecież nie można w ten sposób rozmawiać całe życie.

No oczywiście, jeśli uczynimy z takiej metody, z takich metakomunikatów podstawowy środek komunikacji, to ludzie zaczną się od siebie oddalać. Mężczyzna będzie żył w swoim świecie, a kobieta w swoim. I do tych światów nie będą mieli dostępu.

Ale czy to znaczy, że z metakomunikatów trzeba całkiem zrezygnować?

To nawet nie jest możliwe. Metakomunikatów nie da się wyeliminować, bo są częścią człowieka. Są ludzkie. Małpy ich nie znają… i właśnie na tym polega różnica między małpą i człowiekiem, że człowiek zna wieloznaczność. Język ludzi jest pełen niuansów i zawsze jeden komunikat będzie miał w różnych sytuacjach różne znaczenie. Ważne, by mieć tę świadomość: że jesteśmy niespójni. Bo sam metakomunikat często płynie z nieświadomości. Ludzie często zmniejszają swojego życiowego partnera, czynią go słabszym, bo się go boją. Mężczyzna czasem narzeka, że jego kobieta słabo wygląda albo nie chce z nim sypiać, a sam zrobił wszystko, by się czuła nieatrakcyjna, bo przy atrakcyjnej sam by się czuł nieatrakcyjny. Kobieta narzeka, że jej mężczyzna jest w czymś słaby, a sama go osłabia, bo się boi, że silny mógłby ją skrzywdzić. Narzekamy, że partner taki nudny i drobiazgowy, a sami go w to wpuszczamy, pozbywając się odpowiedzialności za cokolwiek. Narzekamy, że się ze wszystkiego wycofuje, a sami mu odbieramy wszelką inicjatywę. To dzieje się często właśnie poprzez metakomunikaty. One płyną z naszych obaw, które zwykle pozostają nieświadome.

Mnie się wydaje, że my używamy metakomunikatu, nawet się nad tym nie zastanawiając, najczęściej po to, by zakomunikować jakiś brak. Za mało czasu spędzamy razem, za mało uprawiamy seksu, za mało rozmawiamy. To wszystko są komunikaty o braku właśnie!

No tak, tylko że warto się zastanowić, czy komunikat o braku spowoduje jego wypełnienie. Bardziej niż komunikat w tej sytuacji przydałoby się stworzenie pewnego miejsca, przestrzeni na wypełnienie. Ludzie często w takich sytuacjach uciekają się nie tyle do metakomunikatu, ile do aluzji. Np.: „Ach, Jasio z Marysią to byli w zeszłym tygodniu w restauracji…”. I oczywiście ona do tej restauracji, albo do jakiejkolwiek innej, też chciałaby zostać zaproszona. Tyle że efekt może być na przykład taki: „A tak, słyszałem, otworzyli coś nowego”. Albo: „Tak, najwyraźniej mają za dużo pieniędzy”.

Kompletna porażka metakomunikatu w tej sytuacji…

Zgadza się.

To co, lepiej powiedzieć wprost: „Mam po dziurki w nosie żarcia w domu! Chcę pójść do restauracji i kropka”?

Ale ona najprawdopodobniej nie chce po prostu pójść i zjeść w restauracji. Ona chce, żeby on ją tam zabrał, zaprosił. Innymi słowy: ona chce, żeby w nim pojawiło się chcenie pójścia z nią do restauracji. Proszę się zastanowić, czy można np. asertywnie domagać się kwiatów. Asertywnie i skutecznie? I co więcej, czy można w ten sposób uzyskać zadowolenie z otrzymanych w wyniku tego kwiatów?

Chyba nie…

Nie da się. Dlaczego? Bo kwiaty to to samo co pragnienie, kupowanie komuś kwiatów to nie jest behawior. Pragnienie otrzymania kwiatów to nie jest pragnienie, by ktoś wykonał behawior – poszedł do kwiaciarni i zakupił odpowiednią ilość badyli, lecz pragnienie, by w kimś się wytworzył impuls, który każe komuś te kwiaty kupić. Kwiaty są tylko dowodem czegoś. Ona najczęściej nie chce takiego czy innego bukietu, ona chce, by on chciał ją uwodzić.

Czyli nie da się tych kwiatów wyegzekwować po prostu?

Na pewno nie przez asertywną komunikację, bo tu zupełnie inne rejony. Trzeba zrobić coś, co sprawi, że on będzie chciał uwodzić. I na pewno nie mówiąc mu: „Wiesz, jakoś mnie już nie uwodzisz…”. No przecież on pod wpływem takiego komunikatu nie poczuje nagle palącej potrzeby uwiedzenia jej natychmiast…

No to jak? Jak zakomunikować ten brak – nie czuję się uwodzona?

Nie wiem, czy w ogóle należy komunikować brak. Proszę sobie wyobrazić sytuację, że siedzi pani w restauracji i bardzo by pani chciała, żeby jakiś facet na panią patrzył. A on nie patrzy. Siedzi i nie patrzy. I co, podejdzie pani do niego i powie: „Przepraszam pana, jakoś tak mi przeszkadza, że pan na mnie nie patrzy. Bo ja bym chciała, żeby pan patrzył, dobrze? Ja tu jestem umalowana, przygotowana, a pan patrzy na tę drugą panią. No przecież to niesprawiedliwe jest”. No przecież nie da się takich rzeczy wynegocjować! Można zrobić coś, by zwrócić na siebie uwagę, przyciągnąć go, ale nie drogą negocjacji. Kobiety pytają o to bardzo często; jak wzbudzić jego pragnienie. Ale nie pasywnie, stwarzając po prostu miejsce, przestrzeń, ale aktywnie – co mam zrobić, by on mnie pragnął/uwodził?

No, to mamy temat na kolejną rozmowę…

 

Paweł Droździak – psychoterapeuta, trener grupowy i mediator rodzinny. Współautor książki „Blisko, nie za blisko – terapeutyczne rozmowy o związkach”.

Podoba Ci się ten artykuł?

Tak
Nie

Zainteresują cię również:

Selena Gomez

Selena Gomez ma nieuleczalną chorobę. Jak przewlekłe choroby wpływają na zdrowie psychiczne?

Lizi Jackson-Barrett

Łysa Lizi Jackson-Barrett: Rok temu płakałam. Teraz czuję się świetnie

smutna kobieta

Czy kobiecy gniew może być zdrowy?

modelka Adwoa Aboah

Adwoa Aboah na instagramie: to są zdjęcia z czasu, kiedy próbowałam odebrać sobie życie

Smutna dziewczyna

Depresja a smutek. Jak je odróżnić? Ekspert odpowiada

śpiąca kobieta

Zbyt długi sen szkodzi naszemu mózgowi, podobnie jak zbyt krótki

Amy Steele z córką

Depresja poporodowa. Amy Steele: błagałam lekarzy, aby pozwolili mi umrzeć

Kobieta stojąca tyłem

Zaburzenia psychiczne: aż jedna czwarta Polaków może mieć z tym problem

Miejski jet lag, czyli problem ze snem. Jak temu zaradzić?

Para całująca się

Wielka Brytania: pary mieszane wkrótce będą mogły zawierać związki partnerskie

Chłopiec z autyzmem i dinozaur. Za tą sesją kryje się niezwykła historia

Katarzyna Miller: Brak edukacji seksualnej skazuje dzieci na wulgaryzm i pornografię