Przejdź do treści

Książki najzdrowsze i najsmaczniejsze

Ilustracja: Dominika Czerniak-Chojnacka
Podoba Ci
się ten artykuł?
Udostępnij bliskim
Najnowsze
Kampania Fundacji Arena i Świat
Wspaniałe bohaterki w kampanii „Badaj się i żyj pełną piersią. Nie daj się rakowi”
Agnieszka Hyży o macierzyństwie: wszystkie jedziemy na tym samym wózku!
Michał Lipa o dodatkowych kilogramach w ciąży. Ile może przytyć ciężarna?
Fryzjerka znalazła dziwną plamkę na jej głowie. Okazało się, że po 13 latach ma nawrót raka
szczepionka
Grypa – dlaczego się szczepimy?

Przygotowywanie subiektywnego przeglądu wydanych w tym roku książek kulinarnych, które koncentrują się na zdrowym odżywianiu, ma dwa efekty uboczne. Człowiek ciągle chodzi głodny, a do tego już nie wie: jeść rano czy nie jeść? Liczyć makroskładniki czy dogadzać florze jelitowej?

Kryterium mojego riserczu było proste – ważne, by czytane publikacje miały jakiś walor prozdrowotny, a także by zawierały przepisy. Sporo tego typu publikacji ukazało się ostatnio w Polsce, było więc w czym przebierać. Dodam od razu, że nie uwzględniłam rozmaitych diet-cud proponowanych przez celebrytów, bo nadal nie nabrałam przekonania, że warto dawać wiarę koniunkturalnym przekonaniom kogoś, kto jest znany z tego, że jest znany. W zestawieniu pojawiają się więc tylko książki osób, które w ten czy inny sposób zawodowo związane są z karmieniem innych i gotowaniem.

Z wypisów czytelniczki książek kucharskich

Nie jestem fanatyczką, nie kupuję wszystkich nowości kulinarnych w ciemno, żeby mieć je na półce. Wybieram tematy i formy, które mnie interesują, chętnie sięgam po pozycje sprawdzonych szefów kuchni i utalentowanych blogerów, ale jeśli raz się zawiodę, nie daję autorowi drugiej szansy.

Z najnowszą modą na uwzględnianie w przepisach prozdrowotnych aspektów jedzenia mam jeden problem – teorii jest bardzo wiele. Często stoją ze sobą w sprzeczności, co daje kuriozalny efekt, gdy, mając je w pamięci, stoimy przed półką w sklepie spożywczym. Przez głowę przebiegają wtedy dziesiątki myśli: ajurweda odradza mi jedzenie gryki, podczas gdy teoria o wspieraniu jelit nakazuje przygotowywać z nią granolę. Psiankowate, szczególnie papryki, bakłażany i pomidory, wyglądają w książkach ulubionych blogerek bardzo atrakcyjnie, cóż, gdy po papryce odbija mi się cały dzień, co wskazuje na nasze słabe dopasowanie. Jak przy tym nie zwariować? Dochodzę powoli do wniosku, że wszystkie te wytyczne powinny zostać właśnie tym – wytycznymi. Wybierzmy sobie autora, któremu zaufamy, potrzymajmy się przez kilka tygodni właściwych dla jego wizji zasad i sprawdźmy, czy się z nami zgadzają. Jeśli tak – wspaniale, jesteśmy w domu. Jeśli nie, tym bardziej przyda wam się poniższa lista, w której premiery książkowe z 2017 roku uszeregowałam od najsmaczniejszych ze zdrowych po najzdrowsze ze smakowitych.


Zestawienie


1. Lina Nertby Aurell, Mia Clase „Food Pharmacy”

ogólne wrażenie:

Pięknie wydana książka dwóch szwedzkich blogerek jest zarazem najbardziej atrakcyjną, jak i najbardziej frustrującą z wymienionych tutaj pozycji. Coraz częściej polscy wydawcy przykładają duże znaczenie do urody i trwałości publikacji oraz do jakości fotografii, wciąż jednak rzadko udaje się to tak dobrze jak w przypadku „Food Pharmacy”. Tym bardziej irytuje jeden jej aspekt – ton języka. Trudno mi ocenić, czy w oryginale blog pisany jest w podobnie „równym” i ziomalskim stylu, wiem za to, że zupełnie nie licuje on z dystyngowaną estetyczną stroną wydawnictwa. Zgadzam się, że my – chłodni i zdystansowani mieszkańcy Północy – nie potrafimy zgrabnie rozmawiać o trawieniu i wypróżnianiu, co jest de facto wiodącym tematem tej książki. Nie kupuję jednak – i nie jestem w tym odosobniona – pseudowesołkowatych i wysilonych wstawek autorek, które mają chyba wyluzować czytelnika przed kolejną porcją wiedzy. Dopuszczam wszelako, że jest to wina tłumaczenia, bo również inne jego cechy pozostawiają nieco do życzenia – widać, że książkę tłumaczył ktoś, kto nie jest na bieżąco z językiem polskich publikacji kulinarnych, nie zna uzusu i zawartości polskich sklepów spożywczych (konia z rzędem temu, kto znajdzie w sklepie „wanilię w proszku” potrzebną w trzech z siedemnastu przepisów zgromadzonych w książce). Na koniec do spisu złośliwości dodajmy jeszcze, że „makaron noodles” i „orzechy cashews” tłumaczą się na polski, podobnie zresztą jak (o niespodzianko) „tradycyjna zapiekanka Janssons frestelse”, znana szerzej w polszczyźnie jako „pokusa Janssona”…

aspekt zdrowotny:

Większość z tych przewin możemy jednak wybaczyć przez wzgląd na zawartość merytoryczną książki. Lina i Mia serwują czytelnikowi spory zasób wiedzy o tym, jak i po co troszczyć się o florę bakteryjną jelit, a swój wykład prowadzą jasno i przystępnie. Podpierając się autorytetem niejakiego profesora Stiga Bengmarka, wieszczą długie życie w zdrowiu tym, którzy zastosują się do sześciu podstawowych zaleceń żywieniowych szczegółowo wyłuszczonych w osobnych rozdziałach. Ich stosowanie jest wyjaśnione i poparte badaniami lub tabelami, opatrzone odpowiednimi (wypróbowanymi) przepisami oraz, niestety, również wstawkami dialogowymi autorek. Przede wszystkim jednak Mia i Lina nie forsują za wszelką cenę swoich rozwiązań, pokazują drogę stopniowej przemiany czy wdrożenia swojej teorii i oferują własny przykład na poparcie tezy, że wszystkie zmiany są możliwe do wprowadzenia – choć nie wszystkie są łatwe. Nie wiem jak wy, ale ja nabrałam ochoty, by wdrożyć przynajmniej trzy z sześciu naczelnych zasad!

2. Jolene Hart „Eat Pretty. Jedz i bądź piękna”

ogólne wrażenie:

To jedna z tych pozycji, które sprzedają się na pniu, choć trochę nie wiadomo dlaczego. Sprzyja im układ gwiazd, a może po prostu chwytliwa kombinacja kilku czynników: nacisk na połączenia między zdrowiem, dietą a urodą, zaangażowana autorka, która sama bardzo potrzebowała zmiany, odnalazła więc swoją drogę na drugi brzeg życiowego Rubikonu i macha zeń teraz zachęcająco, odżywiona i piękna, a do tego ładna szata graficzna i dobry marketing. Ton „Eat Pretty” też czasem irytuje – jak cała newage'owa nowomowa, zachęcająca do tego, by być „najlepszą wersją siebie”. Ja czytam tego rodzaju wypowiedzi jako przepustkę dla szkodliwych konceptów służących powierzchownemu samodoskonaleniu – choć w tym przypadku można chyba przymknąć na nie oko, bo nie służą sprzedaży kosztownych kosmetyków, zabiegów czy diet, ale odkryciu odżywczych właściwości produktów i czynności, które każdy – każda – ma na wyciągnięcie ręki.

aspekt zdrowotny:

Jolene Hart jak większość współczesnych doradców żywieniowych wiesza przysłowiowe psy na produktach zakwaszających, powodujących zapalenie i aktywizujących wolne rodniki. Na cenzurowanym są cukier, alkohol, gluten, produkty przetworzone, smażone, napoje gazowane, a nawet nabiał i pryskane warzywa czy owoce. W pierwszej części książki autorka wylicza błędy pielęgnacyjne współczesnych kobiet, w kolejnej – składniki pożywienia, które pomogą zadbać o różne aspekty naszej urody, w ostatniej zaś radzi, jak wprowadzić w życie te dość restrykcyjne zalecenia. Dobrym pomysłem jest podział na sezony dotyczący przepisów i wskazówek pielęgnacyjnych, dzięki czemu dostajemy kompleksowy plan odnowy. Na pytanie, czy tak szeroko zakrojony program zmian nie jest aby zbyt radykalny dla zwykłego człowieka, który ma pracę, dom, hobby, życie rodzinne i towarzyskie, każdy musi odpowiedzieć sobie sam.

podobne:

Julita Bator „Młodziej, piękniej, zdrowiej

Autorka bestsellera „Zamień chemię na jedzenie” sięga po modny temat zabiegów – zarówno dietetycznych, jak i pielęgnacyjnych – wspomagających urodę. Serwuje przy tym czytelnikom wiele wskazówek dopasowanych do pór roku, a także oferuje kompleksowy plan zmiany przyzwyczajeń.

Kasia Bem „Happy uroda

Znana czytelnikom Hello Zdrowie jogiczna przewodniczka w swojej drugiej książce serwuje sposoby na to, jak upiększać się od środka. Proste przepisy i pragmatyczne wskazówki będą całkiem przyjemną drogą do piękniejszego wnętrza – zarówno dosłownie, jak i w przenośni!

Emilie Herbert „Beauty & Food. Co jeść, by skóra stała się pełna blasku

Ładnie wydana książeczka idzie wyraźnie tropem wyznaczonym przez „Eat Pretty”, zawiera przy tym więcej ładnie sfotografowanych, kolorowych przepisów, które, odtworzone w domowych warunkach, będą świetnie prezentować się na Instagramie… 

3. Sandor Ellix Katz „Dzika fermentacja

ogólne wrażenie:

Sandor Ellix Katz jest jednym z największych pasjonatów kiszonek, jacy współcześnie chodzą po ziemi, a przy tym – jednym z największych autorytetów w tej dziedzinie. Nie na darmo znajomi nazywają go „Sandorkraut” [gra słów od angielskiego słowa „sauerkraut” – kiszona kapusta – i imienia autora – przyp. red.]. Szczęśliwie polscy wydawcy nadrobili w końcu zaległości i w ciągu kilku miesięcy wypuścili na rynek dwie istotne publikacje autora, który o skuteczności dobroczynnych bakterii zawartych w produktach fermentacji przekonał się na własnej skórze. Sandor Ellix Katz jest bowiem nosicielem wirusa HIV i to, jak dzisiaj żyje, w znaczący sposób wpłynęło na powstrzymanie postępów choroby (zainteresowanych jego historią odsyłam do króciutkiego dokumentu przygotowanego przez ekipę „New York Timesa”). Stygmat choroby, nawet trzymanej w ryzach, powoduje, że inaczej patrzymy na głoszoną przez niego „kiszonkową ewangelię”. W „Dzikiej fermentacji” Katz dopuszcza do głosu tradycje z rozmaitych zakątków świata, gdzie fermentuje się najróżniejsze rzeczy – np. zakwas z miłki abisyńskiej w etiopskim chlebku yndżera, jogurt w perskim napoju doogh czy jabłka w bardziej swojskim cydrze – często zapośredniczone w przekazach znajomych i przyjaciół. Opowiada też przy tym, jak mierzy się z widmem własnej śmiertelności. Nieźle jak na książkę kucharską, co? Przytacza też przepisy, które rozpisuje dokładnie na dni i akcesoria, co przy procesach tak mało w gruncie rzeczy kontrolowalnych jak dzika fermentacja bardzo się przydaje.

aspekt prozdrowotny:

Wspomniana wyżej historia autora stanowi już wyraźny sygnał, że o zdrowie toczy się ta gra. Katz jest wielkim orędownikiem troski o florę bakteryjną jelit, jego książka dostarczy nam więc przepisów z każdej części świata, o ile tylko uwzględniają fermentację mlekową, alkoholową czy octową. Należy dodać, że niedawna polska publikacja jest uaktualnioną wersją książki sprzed piętnastolecia, Katz uznał bowiem, że jego zasób wiedzy od tego czasu znacząco się powiększył. Korzystajmy z niej więc ochoczo!

podobne:

Aleksander Baron „Kiszonki i fermentacje

Jeden z najbardziej oryginalnych warszawskich szefów kuchni pokazuje, jak zostać domowym fermentatorem. Szczęśliwie radzi nam także, jak potem skomponować dania z takich cudów, jak jarmuż fermentowany w maślance, kiszony pomidor czy zakwas na kaszy gryczanej.

4. Marta Dymek „Nowa Jadłonomia. Przepisy kuchni roślinnej z całego świata

ogólne wrażenie:

Wyczekiwana książka głównej polskiej promotorki kuchni wegańskiej musiała narobić szumu. Jak pewnie wiecie, już w pierwszych tygodniach sprzedaży wyczerpała nakład! Nic dziwnego – debiutancka „Jadłonomia. Kuchnia roślinna – 100 przepisów nie tylko dla wegan” wielu otworzyła oczy na to, jak proste i smaczne mogą być roślinne dania. Marta stawia sobie bowiem za punkt honoru, by przekonywać nieprzekonanych właśnie tymi dwiema cechami swojej kuchni: smakiem i skutecznością odtworzenia zapisanej na kartach jej książek formuły. Nie inaczej jest z „Nową Jadłonomią” – ładnym zdjęciom towarzyszą nieprzesadnie skomplikowane przepisy, które podzielono na wygodne kategorie: śniadania, małe dania, zupy, duże dania, desery i napoje. Czym w takim razie różni się druga książka od pierwszej? Tym, że jest zapisem podróży Marty i jej dogłębnych poszukiwań roślinnych przepisów na krańcach świata. Na szczęście nie oznacza to, że będziemy musieli zaopatrzyć się w dziesiątki egzotycznych warzyw i owoców – nie, poznane techniki Dymek stosuje do swojskich plonów polskiej przyrody. Jedyna inwestycja, której wymaga wdrażanie tych receptur, to przyprawy – ale te na szczęście nie kosztują bardzo dużo i starczają na długo.

aspekt prozdrowotny:

Wyrażony nie wprost – bo już zastosowanie tylu egzotycznych przypraw ma częstokroć walor odkażający i wzmacniający. Marta jest przy tym wielką orędowniczką kuchni opartej na świeżych, sezonowych warzywach i owocach, które, jak wiemy, powinny stanowić podstawę każdej zbilansowanej diety. Dodatkowo takie przepisy jak ten na wietnamskie naleśniki bezglutenowe, lekkostrawne ryżowe congee czy kojące masala chai z rumiankiem na wieczór pozwolą sprostać różnym potrzebom dietetycznym domowników lub gości.

5. Dominika Wójciak „Sezonowe warzywo. Wegetariańska uczta

ogólne wrażenie:

Bardzo lubię książki Dominiki Wójciak za ich apetyczne, udające się przepisy i czytelny podział. W „Sezonowym warzywie”, podobnie jak we wcześniejszych „Warzywie” i „Ziarnie”, autorka bierze na warsztat tylko garść składników: szparagi i fasolkę szparagową, pietruszkę, cebulę, ogórka, pomidor, paprykę, bakłażana i brukselkę. Wyczynia jednak z nimi tak cudowne rzeczy, że aż chciałoby się, by sezon na każde wymienione warzywo trwał w nieskończoność. Wszystkie przepisy są wegetariańskie, osobno oznaczono te bezglutenowe. Spróbujcie pohamować się przed przyrządzeniem wędzonego brownie z bakłażanem, tarty z pomidorami i brzoskwiniami albo labneh z karmelizowaną cebulą, soczewicą i jajkiem! (Nawiasem mówiąc, skoro o labneh mowa, mój jedyny zarzut wobec książek Dominiki dotyczy tego, że do czasu przyrządzenia danego dania nie jest doliczany czas przygotowania półproduktów – w tym ostatnim przypadku akurat soczewicy i labneh, na które świetny, ale nieco czasochłonny przepis znajdziemy w „Warzywie”).

aspekt prozdrowotny:

W tej pozycji jest go najmniej, chociaż Wójciak całą swoją działalnością robi wiele dla promocji kuchni wegetariańskiej i pokazania, że może ona dostarczyć pełnowartościowych, odżywczych i przede wszystkim rewelacyjnie smacznych posiłków. We wstępie do „Sezonowego warzywa” autorka podkreśla też, jak istotna dla pełni wartości odżywczych jest pora zbioru produktów, które trafiają na nasz talerz. „Warzywa to wdzięczny obiekt kulinarnych poszukiwań, o ile mają skoncentrowany smak, są świeże i wartościowe. By spełniały te warunki, trzeba je jeść o właściwej porze roku. (…) Jedzenie jarzyn zgodnie z kalendarzem ma jeszcze jeden plus: warzywa w sezonie rosną naturalnie, nie potrzebują mnóstwa nawozów wspomagających wzrost ani substancji konserwujących, których zadaniem jest zachowanie świeżości podczas przewozu. (…) Sezonowe warzywa są więc nie tylko smaczniejsze, ale i bezpieczniejsze dla zdrowia” – pisze. Niby to żadne odkrycie, ale wystarczyłoby, żebyśmy trzymali się tej prostej zasady przez cały rok, by nasz organizm zyskał bardziej zbilansowane źródła energii.

podobne:

Maia Sobczak „Przepisy na szczęście

Przepisy twórczyni bloga Qmam Kasze inspirowane są ajurwedą, czyli systemem medycyny indyjskiej. Subtelnie do niego nawiązując, Maia serwuje polskim czytelnikom przepisy, które tchną w ich organizmy równowagę, nie stroniąc przy tym również od zastosowania takich prostych a pradawnych technik, jak kiszenie. Ładne i apetyczne dania są więc równocześnie zdrowe i zbilansowane. 

Podoba Ci się ten artykuł?

Tak
Nie

Powiązane tematy

Zainteresują cię również:

Wyzwania domowych piekarzy

Tech-food – technologia wkracza do kuchni

Micha zdrowia

Kulinarne trendy 2015 – co pokochały nasze podniebienia?

Kulinarne trendy 2015 – co pokochały nasze podniebienia?

Miejski Przewodnik Kulinarny: Warszawa

Miejski Przewodnik Kulinarny: Warszawa

Kubek kawy

Kawa a jakość plemników. Okazuje się, że jest zależność!

Angelina Jolie najpierw szokowała, teraz ratuje życie

Strach przed bólem gorszy niż ból

Strach przed bólem gorszy niż ból

6 badań, dzięki którym diagnozujemy nowotwory

Nie odkrywaj swojej pasji – stwórz ją

Zdenerwowany? Zjedz coś

Fitness na zdrowe jelita