Przejdź do treści

Marta Dymek – wege inspiracja bez końca!

Marta Dymek | Fot. Zuza Krajewska
Podoba Ci
się ten artykuł?
Udostępnij bliskim
Najnowsze
Ewa Chodakowska
Ewa Chodakowska zachęca do badań piersi
Lizi Jackson-Barrett
Łysa Lizi Jackson-Barrett: Rok temu płakałam. Teraz czuję się świetnie
Masaż blizn. Mama Kosmetolog pokazuje jak go wykonywać prawidłowo
Zadbaj o własne piersi. Ruszyła kampania Fundacji Rak’n’Roll
doktor michał lipa przodem
Czy USG jest bezpieczne? Dr Michał Lipa uspokaja

Pierwsza książka kucharska, „Jadłonomia”, sprzedała się w 250 tysiącach egzemplarzy, a pierwszy nakład drugiej, „Nowej jadłonomii”, wynosi 30 tysięcy i… już nie ma go w magazynie wydawcy. Co takiego ma w sobie wegańska kuchnia Marty Dymek, że pokochały ją tysiące lubujących się w mięsie Polaków?

O kulinarnych podróżach, wegetariańskich inspiracjach, o sukcesie wydawniczym i o zwyczajnym życiu z Martą Dymek rozmawia Anna Rączkowska.

Anna Rączkowska: Mam nadzieję, że masz udział w zyskach ze sprzedaży.

Marta Dymek: Chyba nie tak duży, jakby się mogło wydawać, ale to nigdy nie było dla mnie najważniejsze. Gdyby liczyły się dla mnie zyski, robiłabym inne rzeczy albo w inny sposób. Mogłabym obwiesić bloga (www.jadlonomia.pl) reklamami, mogłabym sygnować swoją twarzą różnego rodzaju produkty. Ale nie to jest dla mnie najważniejsze. Może zabrzmię naiwnie, ale wydaje mi się, że ludzie przez przypadek jedzą za dużo mięsa. Gdyby wiedzieli, co jeść, żeby je zastąpić, toby go jedli mniej. Dlatego właśnie prowadzę bloga, dlatego piszę książki. Bo wierzę, że ktoś, komu się pokaże, jak ograniczyć jedzenie mięsa, zrobi to. I jeśli tak się dzieje, to jest największy sukces i sens mojej pracy.

Piękna idea, ale z czegoś trzeba żyć. A ty jeszcze musisz mieć na podróże, podczas których zbierasz nowe przepisy i smaki. Czyli blog nie jest miejscem, na którym zarabiasz?

Długo się nad tym zastanawiałam, gdy jeszcze blog był mniejszy. Był taki moment, że na blogach pojawiło się mnóstwo banerów, konkursów, akcji sponsorowanych. Miałam poczucie, że wartościowe blogi na tym tracą. Że ich treści stają się mniej autorskie, takiemu blogowi mniej się ufa, bo nie wiadomo, czy to wszystko prawda. Dlatego zarabiam na innych rzeczach – prowadzę program w telewizji, warsztaty, publikuję w prasie, piszę książki i z tego staram się utrzymać. A blog to działalność pro bono. Nie chcę, żeby ludzie zrazili się do bloga, a przez to do kuchni wegetariańskiej i wegańskiej dlatego, że nie odpowiada im natłok reklam czy nieprzejrzysta strona graficzna.

Długo czekaliśmy na drugą książkę… Dwa lata?

Po pierwszej, ciepło przyjętej, wszyscy natychmiast zaczęli mówić: „Marta, bierz się za następną”. Mój wydawca, moi rodzice, mój chłopak, wszyscy powtarzali, że trzeba szybko wydać kolejną…

Kuć żelazo, póki gorące…

A ja trochę się tego bałam. Czułam, że skoro poprzednia została tak dobrze przyjęta, to na mnie spoczywa jakaś wielka odpowiedzialność. Chciałam, żeby „Nowa jadłonomia” była równie dobra, a może nawet lepsza. Wiedziałam, że musi mieć temat. Nie wierzę w książkę pod tytułem „Wegańskie przepisy znowu” albo „Jadłonomia 2”. Szukałam tematu, żeby mieć coś do powiedzenia. Uciekałam w drugą pasję, czyli w podróże. Z plecakiem, karimatą i namiotem, szukając tanich biletów. Oddalałam od siebie pytanie o powrót i zajęcie się książką. W trakcie podróży robiłam to, co lubiłam najbardziej na świecie, czyli jadłam i patrzyłam, co na całym świecie jedzą ludzie, kiedy nie jedzą mięsa. Jak przyprawiają, po jakie sięgają warzywa, co z nimi robią. Po półtora roku podróży uświadomiłam sobie, że to właśnie jest temat!

Co?

Pokazanie, że kuchnia wegetariańska i wegańska to nie jest wymysł hipsterów XXI wieku, co często się jej zarzuca. Ona jest wszędzie, na każdym kontynencie, czasem tylko ukryta. Jest też niekończącym się źródłem inspiracji nawet dla mnie samej. Podróże za każdym razem wybijały mnie z pewności.

Co masz na myśli?

Jak się prowadzi popularnego bloga, wydało się książkę, ma się program w TV, to można osiąść na laurach, stwierdzić, że już tyle o tym wszystkim wiemy, że niewiele więcej możemy się nauczyć. A te podróże za każdym razem były takim prztyczkiem w nos, dawały mi do zrozumienia, że ja jeszcze nic nie wiem i nie mam pojęcia o wielu rzeczach.

„Nowa jadłonomia” jest o roślinnych przepisach z całego świata. Nie wymagam jednak kupowania papai, ananasów i mango. Pokazuję, jak przyrządzić dania inspirowane kuchniami świata z tak prozaicznych warzyw jak seler, burak czy por.

Czyli przekładasz egzotyczne przepisy na nasze? Upraszczasz, dobierasz rodzime produkty.

Czasami to są delikatne zmiany, czasami luźna interpretacja danego przepisu, a czasami po prostu dostosowanie do naszych warunków. Staram się zachować kulinarną pokorę. Mam świadomość, że bycie wegetarianką czy weganką nie jest jedyną odpowiedzią na wszystkie problemy naszego świata i jedyną słuszną postawą, jeśli chodzi o gotowanie. Głęboko wierzę, że weganizm jest przepyszny, łatwy i prosty, ale też sensowny i zrównoważony. Mam świadomość, że gdybym była weganką, która na śniadanie je mango, a na deser papaję, i do tego samego zachęca czytelników, to byłoby bez sensu. Mnie taka postawa nie przekonuje, jest zbyt elitarna, kogo na to stać? Nie wszyscy mieszkają w Warszawie, poza tym kompletnie bez sensu kupować jagody goji, skoro można kupić jabłka i siemię lniane. To świetne, tanie, zdrowe i dostępne superfoods. Wiedziałam, że przy pisaniu tej książki muszę używać rzeczy tu dostępnych, bo inaczej to wszystko nie ma sensu.

Z jakich krajów mamy przepisy?

Od 18. roku życia, od kiedy notuję przepisy, odwiedziłam ponad 50 krajów. Zależało mi, żeby to była książka z przepisami z całego świata. Mój tato, też wegetarianin od pewnego czasu…

Ty go namówiłaś?

Sam się namówił, obserwując moje gotowanie i jedząc moje potrawy. Był zapalonym mięsożercą, nikt by go nie przekonał. Takich osób jak mój tata, które nie jedzą mięsa, ale chcą jeść prosto i swojsko, jest więcej. Dlatego w tej książce znajdziesz też gulasz węgierski z papryk, strogonowa z boczniaków i kiszonych ogórków, genialny wegański rosół gotowany na białej fasoli, sycący i rozgrzewający. Ale są też dania azjatyckie, porządne zielone curry, są też dania z Indii, mekki wegetarianizmu. Chciałam pokazać, że każdy znajdzie coś dla siebie – mój tato, który lubi kuchnię polską, i moje koleżanki, które przepadają za kuchnią tajską.

Śledzę twojego bloga i widzę, że bardzo ciągnie cię do Azji.

Kuchnia azjatycka jest inspirująca dla osób, które nie jedzą mięsa, bo kuchnia wegetariańska jest tam stawiana na piedestale. Z rozmaitych przyczyn, również religijnych. W Singapurze bardzo popularna jest tradycyjna kuchnia chińska, która podrabia dania mięsne. Nie ma autonomicznych dań wegetariańskich, tylko dania takie jak „wegetariańskie wołowina, wieprzowina, kurczak”. One są tak podobne w smaku i konsystencji do mięsa, że nam, wegetarianom, czasem wydaje się, że to mięso. Podoba mi się, że do niejedzenia mięsa można podchodzić w rozmaity sposób.

Gdy jedziesz na wyprawę, to robisz notatki? Na miejscu chodzisz na kursy gotowania? Czy po prostu jesz i kombinujesz, co to takiego i jak to odtworzyć?

Wyjazdy kulinarne to dla mnie praca. Z reguły zanim gdzieś wyjadę, już wcześniej staram się zapoznać z encyklopediami kulinarnymi tego kraju, żeby mieć ogólną świadomość tego, jak ta kuchnia wygląda. Staram się też poznać historię kraju, bo jest kluczowa – pomaga w zrozumieniu kuchni. Jeśli wiemy, co się w danym kraju działo, kto go najeżdżał i okupował, wiemy, jakie składniki i przyprawy będziemy mogli w tej kuchni znaleźć. Potem zagłębiam się w rozmaitych publikacjach, szukam najbardziej sztandarowych wegańskich dań z danego regionu, a następnie planuję podróż tropem tych dań właśnie. Dlatego te podróże są zaplanowane i ułożone dużo wcześniej. W krajach rozwiniętych, typu Korea czy Singapur, wspieram się aplikacjami na telefon: Snapchatem, Foursquare’em, Instagramem, HappyCow, a jeśli to Wietnam czy Kambodża, to raczej rozmawiam z ludźmi. I oni często potem przekazują mnie z rąk do rąk pomiędzy różnymi kucharzami, sprzedawcami i producentami.

A jak traktują to, że nie jesz mięsa, ryb, jajek? Koleżanki mi opowiadały, jak się z nich śmiano w Japonii, kiedy powiedziały, że szukają sushi bez ryb…

Podróże nauczyły mnie pokory i braku roszczeniowości. Po to właśnie robię risercz historyczny – on mi pozwala zrozumieć uwarunkowania kuchni, co się stało, że w danym miejscu istnieje kuchnia wegetariańska. I jak się nazywa. Np. Wietnam oferuje ogromną liczbę wegetariańskich dań i miejscówek, jeśli jednak pytając o nie, użyłabym określenia „wegetariańskie” czy „wegańskie”, nie zjadłabym nic. Po prostu w Wietnamie słowo „wegetarianizm” nic nie znaczy. Ale istnieje określenie „ciai iai”, które oznacza jedzenie postne bez mięsa, jajek i ryb, ale też bez czosnku i cebuli (jest związane z religią). Jeśli w komunikacji użyję tego określenia, każdy od razu wie, co mi podać. Dlatego trzeba się przygotować i pozbyć naszych wyobrażeń. Myślę, że tak samo w Polsce czułby się ktoś, kto by zapytał o jedzenie koszerne. Ktoś, kto nie wie, co to jest koszerne jedzenie, nie wie, czy ma je w karcie.

Bierzesz drugą walizkę na rzeczy, które przywozisz z wojaży?

Pakuję się do połowy plecaka – połowa jest właśnie na to, co chcę przywieźć. Ale nawet jak sobie przywiozę jakieś superprzyprawy, to nie chcę na nich opierać przepisów, bo to by było nieprofesjonalne. Moją pracą jest nie tyle smaczne gotowanie dla siebie, ile tworzenie przepisów, które pozwolą innym smacznie, łatwo i bez frustracji gotować. Jak coś przywożę, to raczej po to, żeby dać komuś w prezencie. Nie opieram na niedostępnych rzeczach przepisów, bo wtedy musiałabym zacząć przepis od: „Kup sobie bilet do Wietnamu…”.

Gotujesz jeszcze dla znajomych?

Bolesne pytanie. Mój blog wziął się z miłości do gotowania i karmienia znajomych. Bardzo to lubię. Ale na chwilę obecną mam tak dużo rozmaitej pracy, że tego czasu na gotowanie dla znajomych nie jest tak dużo, jakbym chciała. Ale zawsze, kiedy mam chociaż pół wolnej soboty, staram się przygotować jakieś obfite śniadanie dla przyjaciół, a po podróżach to właśnie oni są moimi testerami potraw przywiezionych stamtąd.

Czyli pewnie są niezadowoleni, że zrobiłaś karierę.

Pewnie trochę tak. Choć przy pracy nad książką moi przyjaciele mieli aż za dobrze. Ponad pół roku trwało finalne testowanie przepisów. Codziennie gotowałam po kilka, kilkanaście potraw, czasem je powtarzałam, np. przez dwa tygodnie robiłam tylko laksę, żeby osiągnąć smak idealny. Nie ma mocnych, nie zjadłabym tego wszystkiego, nawet ze swoim chłopakiem. Codziennie o konkretnej godzinie przychodzili przyjaciele z pojemniczkami, do których ładowałam im jedzenie na wynos. A następnego dnia przychodzili znowu.

Możemy się zakolegować? Chętnie pomogłabym przy kolejnej książce.

Bycie takim testerem to poważna sprawa. Czasami coś mi smakuje, bo byłam tam, na miejscu, pamiętam, mam skojarzenia, a im niestety nie. Recenzje przyjaciół, którzy mają wyrobione kubki smakowe, pomagają zejść na ziemię. Najsurowszym krytykiem jest mój chłopak, który jest ze mną już od wielu lat, bardzo dobrze je i jest rozpuszczony jak dziadowski bicz. Ale naprawdę mi pomaga, kiedy tak na wszystko kręci nosem. Muszę się bardziej starać, dopracowywać przepisy, bo on nie zaakceptuje byle czego.

I nie chcesz go zdzielić ścierką przez głowę?

Czasami bardzo bym chciała.

Myślisz o własnej knajpie?

Na pewno nie w najbliższej przyszłości. Kiedy byłam nastolatką i zaczynałam uczyć się gotować, doświadczenie pracy w knajpach pokazało mi, jak diabelnie ciężka to praca, jak wielu wymaga wyrzeczeń. Przede wszystkim wymaga tego, żeby na kilka długich lat zostać w domu i doglądać restauracji. A mnie jeszcze nosi, jeszcze chciałabym się uczyć, szukać nowych rzeczy, smaków. Własna restauracja może jest pomysłem, ale nie na teraz. Na razie chcę pokazywać ludziom, że naprawdę można jeść mniej mięsa i samemu w domu gotować dobre wegańskie jedzenie.

Skąd w tobie ten zapał do edukowania?

Nie wiem. Gdy zostałam wegetarianką, a potem weganką, to jak każda neofitka miałam podejście agresywne, krzyczące. I okazało się, że ten sposób mówienia do ludzi jest nieskuteczny. Nikt nie chciał słuchać tej mojej prawdy objawionej, a tym bardziej nie chciał jej przyjąć. Im bardziej ja chciałam, tym bardziej oni nie chcieli i to był frustrujący czas. Zrozumiałam, że muszę zmienić taktykę – zacząć dobrze karmić, pokazać, że jedzenie wegetariańskie jest proste i smaczne. I że nie jest najważniejsze, żeby ludzie całkowicie wykluczyli mięso. Być może wystarczy, żeby je ograniczyli.

Ty zrezygnowałaś z mięsa, bo…

Bo go nie lubiłam. Miałam 16 lat i byłam zbuntowaną nastolatką. Od dziecka był problem, żebym zjadła szynkę czy kotleta. W wieku 16 lat odkryłam, że są wegetarianie, którzy w ogóle nie jedzą mięsa, i od razu stwierdziłam, że to coś dla mnie. Dopiero później zaczęłam się interesować kwestiami etycznymi czy zdrowotnymi. Szukać faktów i zdobywać wiedzę na temat, który od dziecka instynktownie czułam.

Czy Marta Dymek ma ulubione potrawy i przyprawy?

Ulubione danie trudno byłoby mi wybrać, bo ciągle się zmienia. Gdy wracam z Singapuru, mam jazdę na laksy i tego typu rzeczy. Gdy wracam z Sycylii, wypiekam podpłomyki, robię pizzę, szaleję z makaronami. Gdy w Polsce jest zima, to rozkochuję się na nowo w rozmaitych warzywnych, długo gotowanych gulaszach. Ale mam przyprawy, po które sięgam zawsze, np. pieprz świeżo mielony – moim zdaniem kompletnie niedoceniony. Kocham wędzoną paprykę. Jak ktoś mi tłumaczy, że musi jeść mięso, bo nic mu nie zastąpi tego smaku, to mu robię danie z wędzoną papryką i przyznaje mi rację, że pycha. Rozkochałam się w papryce gochugaru, koreańskiej królowej papryk, używanej do kimchi. Można już ją kupić u nas, a każde danie z papryką gochugaru jest przepyszne. Lubię polskie suszone grzyby i sos sojowy, bo one mają ten piąty smak – umami – bardzo ważny w bezmięsnym gotowaniu…

Dobra, wystarczy, zgłodniałam. Idę coś zjeść!

Podoba Ci się ten artykuł?

Tak
Nie

Zainteresują cię również:

Ewa Chodakowska

Ewa Chodakowska zachęca do badań piersi

Lizi Jackson-Barrett

Łysa Lizi Jackson-Barrett: Rok temu płakałam. Teraz czuję się świetnie

Tadeusz Witwicki

Rekonstrukcja piersi. Jak wygląda zabieg oraz jakie są największe obawy? Rozmawiamy z chirurgiem plastycznym

Zadbaj o własne piersi. Ruszyła kampania Fundacji Rak’n’Roll

Meghan Markle jest w ciąży. Poinformował Pałac Kensington

Marta Frej dla Hello Zdrowie!

„Jakby lekarz chciał mi powiedzieć, że jestem za młoda na raka”. Ania Domiańczyk o życiu z rakiem

Instalekarz Magda Krajewska: na studiach medycznych powinno być znacznie więcej psychologii

łysakoebita bez włosów po mastektomii

H&M wypuścił staniki dla kobiet po mastektomii

Dominika Gwit

Dominika Gwit – wiadomo już, jaki jest powód jej otyłości

Joanna Kulig na okładce francuskiego „Elle”

PARIS, FRANCE - SEPTEMBER 28: Lady Gaga attends the Celine show as part of the Paris Fashion Week Womenswear Spring/Summer 2019 on September 28, 2018 in Paris, France.

„Zanim skończysz to czytać, co najmniej sześć osób na świecie odbierze sobie życie”