Przejdź do treści

Miejscy emigranci: Scena piąta

Miejscy emigranci: Scena piąta
Ilustracja: Alicja Gapińska | www.gapinska.com
Podoba Ci
się ten artykuł?
Udostępnij bliskim
Najnowsze
Niepożądany odczyn poszczepienny. Jak często występuje?
Mama Kosmetolog o bliznowcu – czym się charakteryzuje i jak powstaje?
Joanna Horodyńska
Karolina Gilon i Joanna Horodyńska zachęcają do badań piersi
magda gessler
Magda Gessler ambasadorką kampanii „Diagnostyka Jajnika”
Keira Knightley
Keira Knightley zakazała swojej córce oglądania filmów Disneya

Drzewa powoli przeciągały swoje wymęczone śniegiem konary, a jazgot niezliczonych ptaków obwieszczał wszem wobec nadejście wiosny. Noc ponownie zaczęła pachnąć świeżą łąką. A więc pierwsza zima w górach za nami.

– Patrz, ale zrobiło się zielono na górce – prawie wykrzyczała Mała P., która w przeciwieństwie do mnie oczekiwała z niecierpliwością zakończenia zimy. Drzewa powoli przeciągały swoje wymęczone śniegiem konary, a jazgot niezliczonych ptaków obwieszczał wszem wobec nadejście wiosny. Noc ponownie zaczęła pachnąć świeżą łąką. A więc pierwsza zima w górach za nami. Nie daliśmy się jej, chociaż była wyjątkowo mroźna. Nauczyliśmy się oszczędzać na opale i wzmocniliśmy nasze chuderlawe, mieszczańskie ramiona częstym odśnieżaniem i noszeniem w chuście Julka podczas zimowych wędrówek do miasta.

Krzątałem się po ogrodzie, przygotowując dla chłopców piaskownicę, gdy Mała P. przybiegła w radosnych podskokach i roześmiana oznajmiła, że nie uwierzę, ale właśnie dostała pracę. Nie spodziewaliśmy się, że nastąpi to tak szybko. Julek skończył dziewięć miesięcy i plan był taki, że przynajmniej do roku Mała P. będzie w domu. Ale praca znalazła nas sama i trzeba było z tej możliwości skorzystać. Na prowincji nie ma zbyt wielkiego wyboru i wszelkie oferty rozchwytywane są jak ciepłe bułeczki. Do czasu naszej przeprowadzki Mała P. pracowała w firmie farmaceutycznej, w której wielki świat zapisany był w komórce i codziennie objawiał się w niezliczonej ilości rozmów. Teraz miał się skurczyć do wioskowej apteki, w której o wielkości decydował proboszcz, nauczyciel lub lekarz, a telefon zamilkł zdegradowany nowym abonamentem i rozżalony zakopał się w czeluściach torebki Małej P, niechętny komukolwiek.

Wraz z podjęciem decyzji o pracy zakończył się okres romantycznych, przedłużonych wakacji. Tak czuliśmy się po wprowadzeniu do domu. Ja zająłem się Julkiem, poszukując w międzyczasie opiekunki, a Mała P. stanęła twarzą w twarz z prowincjonalną rzeczywistością. Nie był to łatwy temat do zgryzienia. Właściciel apteki był biznesmenem, który wyczytał na forum internetowym, że apteka to złoty interes, i w ten sposób postanowił zrealizować swoje marzenie o Porsche.

Warszawskie korzenie Małej P. spowodowały, że od samego początku miała pod górkę. Najgorsze zmiany, wszystkie święta i dyżury w imię chrześcijańskiego miłosierdzia stały się jej domeną. Ale po roku mieszkania na naszym wzgórzu niestraszna jej już była żadna górka.

Miejscy emigranci: Scena piąta

Zdjęcie: Wikipedia Commons

Skoro już obydwoje pracujemy, mieszkamy w naszych wymarzonych górach, mamy dwóch synów, dom i zasadzone drzewo – to by wypełnić stereotyp do końca, potrzebowaliśmy jeszcze samochodu. W końcu trzeba mieć styl. Przyzwyczajeni do miejskiego rozpasania, nieograniczonych tankowań firmowych pojazdów i stałych, tłuściutkich wpływów na konto, musieliśmy zejść mocno na ziemię i poszukać oszczędnego, rodzinnego pojazdu. Biorąc pod uwagę, że nasz status materialny mocno się zdewaluował i przypominał teraz książeczkę mieszkaniową PKO z dawnych peerelowskich czasów, nasz wybór padł na fiata cinquecento z roku 1997 za niebotyczną kwotę siedmiuset złotych w promocji z zestawem nowych opon zimowych. Jak się okazało, był to strzał w dziesiątkę. Samochód po liftingu teścia (który jest mechanikiem) wyglądał jak nówka sztuka prosto z fabryki. Od razu zyskał naszą wielką sympatię i poczułem się nawet lekko zazdrosny, gdy przyłapałem Małą P., jak czule głaskała go po masce. Dzięki niemu staliśmy się też rasowymi lokalsami.

Opuszczając rodzinne miasto, porzuciliśmy naszą tożsamość i przyłączyliśmy się do grona samowolnych repatriantów szukających własnego skrawka wolności. Przez sąsiadów jesteśmy już traktowani jak swoi, ale łatka warszawiaków pozostanie z nami do samego końca. Możemy chodzić w gumiakach, kosić pole, odśnieżać, rąbać drewno, jeździć Cienkim i z pozoru nie wyróżniać się od miejscowej ludności – dopóki nie zaczniemy rozmawiać. Zdradza nas język. Wśród górali rozbrzmiewamy niczym kronika filmowa naszym mazowieckim akcentem i poprawnością godną lektur szkolnych. Tutaj nikt tak nie mówi. W górach się ‚‚chowie’’, ‚‚farbi włosy’’, ‚‚chyta się’’, a formy typu ‚‚poszłem’’ czy ‚‚zdejm’’ są na porządku dziennym. Dlatego najwięcej uwagi skupiamy na Kaju, który przynosząc z przedszkola coraz to nowe zwroty i formy, przechodzi domową resocjalizację semantyczno-fleksyjną.

CDN… Następny odcinek już za tydzień!

Podoba Ci się ten artykuł?

Tak
Nie

Powiązane tematy

Zainteresują cię również:

Justin Bieber. Jak zachwyca, skoro nie zachwyca?

Justin Bieber. Jak zachwyca, skoro nie zachwyca?

Jamie Dornan. Witaj, panie Grey.

Jamie Dornan. Witaj, panie Grey.

Nagie ciała sportowców

Nagie ciała sportowców

Melissa McCarthy. Aktorka na plus.

Melissa McCarthy. Aktorka na plus.

Kamil Stoch - jak się robi mistrza?

Kamil Stoch – jak się robi mistrza?

Kate Winslet. Aktorka wyluzowana

Kate Winslet. Aktorka wyluzowana

Robert Korzeniowski pokazuje, jak dobrze chodzić

Robert Korzeniowski pokazuje, jak dobrze chodzić

Joanna od psów

Joanna od psów

Kate Upton. Czas na nią

Kate Upton. Czas na nią

Robert Lewandowski mistrzem Polski

Robert Lewandowski mistrzem Polski

Kamila Szczawińska. Modelki czasem wymiękają

Kamila Szczawińska. Modelki czasem wymiękają

Urban Market: palce lizać

Urban Market: palce lizać