Przejdź do treści

Miejscy emigranci: Scena szósta

Miejscy emigranci: Scena szósta
Ilustracja: Alicja Gapińska | www.gapinska.com
Podoba Ci
się ten artykuł?
Udostępnij bliskim
Najnowsze
Kampania Fundacji Arena i Świat
Wspaniałe bohaterki w kampanii „Badaj się i żyj pełną piersią. Nie daj się rakowi”
Agnieszka Hyży o macierzyństwie: wszystkie jedziemy na tym samym wózku!
Michał Lipa o dodatkowych kilogramach w ciąży. Ile może przytyć ciężarna?
Fryzjerka znalazła dziwną plamkę na jej głowie. Okazało się, że po 13 latach ma nawrót raka
szczepionka
Grypa – dlaczego się szczepimy?

Jest bardzo ciepło i przyjemnie. Dla wychowanków warszawskich blokowisk, takich jak my, możliwość zjedzenia śniadania na własnym tarasie z widokiem na góry to euforia i rytuał, który w przeciągu zaledwie paru tygodni osiągnął status niepodważalnej, przekazywanej z pokolenia na pokolenie tradycji.

To właśnie dla takich chwil warto ryzykować, nie poddawać się i napierać na swoje marzenia. Nic nie jest w stanie zastąpić radości wylegiwania się na wygodnym leżaku z kubkiem kawy w ręku, z dobrą książką (rzadziej) lub własną pociechą na kolanach (notorycznie), gdy lekki wiaterek smyra nam przyjemnie stopy. Cudownie – żadnego pośpiechu, klaksonów, korków i ciągłego spoglądania na zegarek. A wieczory! To dopiero odjazd. Pod warunkiem, że uda nam się uśpić tych dwóch małych zbójów, którzy, nie wiedzieć czemu, właśnie na koniec dnia muszą rozgrywać swoje gonitwy, bitwy i awantury o kaczuszkę (kompletnie nieinteresującą w ciągu dnia), która przechodzi brutalną próbę mitozy, wspomaganą szarpaniem (każdy w swoją stronę) małych rączek naszych chłopców. Do tego dochodzą wzajemne nawoływania się na poziome decybeli koncertu deathmetalowego. Ale w końcu zasypiają, zamieniając się wraz z głębszym oddechem w dwa niewinne aniołki, strażników ciszy i spokoju. A zatem, gdy nam podczas tego nikczemnego procederu, jakim jest wyciszanie i usypianie gagatków, dane będzie zachować stan świadomości, możemy wyjść na taras i delektować się wieczorem.

Jeden z moich przyjaciół, którzy często nas odwiedzają, zostawił nam w prezencie prosty, zakupiony podczas podróży po Kambodży, hamak. W ten sposób kawałek materiału wprowadził okresowy stan podwyższonej gotowości bojowej u każdego z domowników rywalizujących o pierwszeństwo i wyłączność bujania. Waśnie zostały złagodzone zawieszonym na kuchennej ścianie rozjemczym ‚‚grafikiem bujania’’, który w klarowny i niepodważalny sposób ustalił, kto i kiedy może prawomocnie okupować bujadło oraz domagać się bezwarunkowych aktów dolewania herbaty, donoszenia słodyczy lub zmian płyty, właśnie przesłuchanej.

Miejscy emigranci: Scena szósta

Zdjęcie: shutterstock

Młodszy nicpoń wyrósł jak na drożdżach. Nim nastało na dobre lato, zaczął stawiać swoje pierwsze, mocno marynarskie, kroki. Nasza górska codzienność podążała wraz z nim. Początkowo niepewnie, obijaliśmy się od ściany do ściany, by w końcu stabilnie trzymać kurs i nawet samodzielnie zacząć schodzić po schodach.

Z większością sąsiadów byliśmy już na ty. Górkowej starszyźnie pomagałem przy pracach w stylu newschool – takich jak instalacja i podłączanie wszelkich dóbr cyfrowych – oraz w stylu oldschool – czyli w targaniu ciężkich siatek z zakupami na naszą górkę. W zamian zyskaliśmy sympatię poręczoną niezliczoną ilością jajek, soków malinowych i kompotów domowej roboty. 

Dom w górach działa jak magnes. Na naszych wszystkich znajomych. Odkąd zamieszkaliśmy na prowincji, staliśmy się bazą wypadową warszawskiej klasy średniej pokolenia trzydziestolatków. Cieszy nas to niezmiernie, tylko po paru miesiącach zmuszeni byliśmy wprowadzić manifest egzystencjalny dla odwiedzających naszą kolonię. Przyczyniał się do tego prawie każdy poniedziałek, gdy śniadanie witało nas racją żywieniową zapożyczoną bez przypału z sowieckich łagrów. Manifest w swojej formie nawiązywał do tradycji przedwojennej awangardy i zamykał się w jednym prostym, a jakże wieloznacznym stwierdzeniu: ,,gościu, żywisz się sam’’. Wbrew obawom Małej P nie obraziliśmy niczyich uczuć religijnych i zapowiadane pielgrzymki nie zostały odwołane. Kolejne turnusy dzieliły się między rodzinę a znajomych i zaowocowały zwiększoną ilością węglowodanów zostawianych u nas niczym myto pod postacią wszelakich ciast i słodkości. O alkoholu już nie wspomnę. Warto przy tym zaznaczyć, że prawie wszyscy odwiedzający deklarują z nami jedność i popierają decyzję oraz wyrażają stuprocentową chęć dołączenia, jak tylko osiągną jeszcze wyższy status materialny. Niewykluczone zatem, że na stare lata zmuszeni natłokiem warszawiaków zamieszkujących prowincję, będziemy musieli powrócić do opustoszałego miasta, by w spokoju kontemplować ostatnie lata życia.

Nastały wakacje. Dla nas to pojęcie mocno się zdewaluowało – mając pod nosem to, co kochamy, mamy przecież wakacje na co dzień. A zatem, gdy wszyscy jadą nad morze albo w góry w swoim wolnym czasie, my wyruszamy do Warszawy niczym marnotrawna dziatwa i przywracamy tymczasowo wnuków dziadkom. Radość jest wielka. Już bez obopólnej urazy Warszawa spogląda na nas, a my na nią. Trzymamy lekki dystans, ale szanujemy swoje postawy.

CDN… Ostatni odcinek za tydzień!

Podoba Ci się ten artykuł?

Tak
Nie

Powiązane tematy

Zainteresują cię również:

Justin Bieber. Jak zachwyca, skoro nie zachwyca?

Justin Bieber. Jak zachwyca, skoro nie zachwyca?

Jamie Dornan. Witaj, panie Grey.

Jamie Dornan. Witaj, panie Grey.

Nagie ciała sportowców

Nagie ciała sportowców

Melissa McCarthy. Aktorka na plus.

Melissa McCarthy. Aktorka na plus.

Kamil Stoch - jak się robi mistrza?

Kamil Stoch – jak się robi mistrza?

Kate Winslet. Aktorka wyluzowana

Kate Winslet. Aktorka wyluzowana

Robert Korzeniowski pokazuje, jak dobrze chodzić

Robert Korzeniowski pokazuje, jak dobrze chodzić

Joanna od psów

Joanna od psów

Kate Upton. Czas na nią

Kate Upton. Czas na nią

Robert Lewandowski mistrzem Polski

Robert Lewandowski mistrzem Polski

Kamila Szczawińska. Modelki czasem wymiękają

Kamila Szczawińska. Modelki czasem wymiękają

Urban Market: palce lizać

Urban Market: palce lizać