Przejdź do treści

Kobiece kosmetyki kiedyś i dziś

PRL kontra hi-tech
Zdjęcie: materiały prasowe
Podoba Ci
się ten artykuł?
Udostępnij bliskim
Najnowsze
Kampania Fundacji Arena i Świat
Wspaniałe bohaterki w kampanii „Badaj się i żyj pełną piersią. Nie daj się rakowi”
Agnieszka Hyży o macierzyństwie: wszystkie jedziemy na tym samym wózku!
Michał Lipa o dodatkowych kilogramach w ciąży. Ile może przytyć ciężarna?
Fryzjerka znalazła dziwną plamkę na jej głowie. Okazało się, że po 13 latach ma nawrót raka
szczepionka
Grypa – dlaczego się szczepimy?

Przegrzebywałaś kosmetyczkę swojej mamy w poszukiwaniu różnych cudowności? Jasne, że tak. Gdyby ona mogła wtedy przejrzeć Twój dzisiejszy urodowy niezbędnik, nie uwierzyłaby w to, co widzi.

W kosmetyczce mamy: krem Pani Walewska

Słynne niebieskie opakowanie kremu Pani Walewska swego czasu było tak zwanym kosmetykiem obowiązkowym i zdobiło półkę w łazience niemal każdej Polki. Pani Walewska to polska marka kosmetyczna inspirowana serialem „Napoleon i Marysieńka”, stworzona w Miraculum w 1971 roku. Wizerunek marki nawiązywał do postaci pięknej Marii Walewskiej – słynnej kochanki Napoleona – a słoik kremu (dla mniej spostrzegawczych) był w kształcie jego odwróconego kapelusza. Produkt był lekki i miał przyjemny zapach. Nie był wielofunkcyjny, jego zadaniem było nawilżenie skóry, lecz mimo to cieszył się ogromnym powodzeniem i można śmiało pokusić się o stwierdzenie, że dawał paniom poczucie pewnego rodzaju luksusu.

W kosmetyczce córki: Zastrzyk Młodości Vax’In for Youth Givenchy

Dziś zwykły krem to stanowczo za mało. Chcemy więcej, bardziej, szybciej i skuteczniej. No więc mamy: np. emulsję Zastrzyk Młodości Vax’In for Youth marki Givenchy, która ma być szczepionką przeciw nieubłagalnemu upływowi czasu. Głównym celem jest oczywiście przeciwdziałanie powstawaniu zmarszczek, a innowacjątechnologia Vax’In for Youth mająca dostarczać skórze małych dawek czynników stresogennych, dzięki którym, co udowodniono naukowo, skóra produkuje własne białka HSP70 zwalczające zmarszczki. Krem, który stresuje? Nic z tych rzeczy! Laboratorium Givenchy stworzyło pielęgnację bez poddawania komórek niepotrzebnemu stresowi. Po zaledwie sześciu godzinach produkcja białka HSP70 rośnie o 24 proc.

Jak wypada przy tym Pani Walewska? Niby słabo, ale dla tych, którzy nie ufają nowym technologiom, mamy świetną wiadomość: nieśmiertelny klasyk wciąż jest dostępny w sprzedaży w nieco nowocześniejszej odsłonie, i to w cenie 15 złotych. Tymczasem Fluid Givenchy Vax’In for Youth Zastrzyk Młodości można kupić w perfumeriach Sephora w cenie 400 zł.

PRL kontra hi-tech

Zdjęcie: materiały prasowe

W kosmetyczce mamy: pasta do zębów Nivea

Wydaje się wam, że marka Nivea zasłynęła w latach w 80. tylko dzięki słynnemu kremowi? Otóż nie. Niewiele mniejszym powodzeniem cieszyła się ponad 20 lat temu pasta do zębów w charakterystycznej niebiesko-białej tubce. Nie mylić ze zwykłą pastą do zębów! Ta bowiem oprócz swej pierwotnej funkcji doskonale sprawdzała się w takich rolach jak: lek na opryszczkę, środek do czyszczenia luster oraz srebra lub pasta do białych butów (np. adidasów lub trampek). Podobno pomalowane nią tenisówki wyglądały jak nowe, a ich biel widać było na kilometr. Jeśli zaś chodzi o skład, na tubce nie było za dużo do czytania. Znaleźć można było kredę, ale fluoru w niej nie było. Uniwersalne zastosowanie? Jak najbardziej, okazuje się jednak, że w smaku i konsystencji bliżej jej było do środka czyszczącego.

W kosmetyczce córki: BlanX Med Czysta Natura

Dziś jednak również mamy na rynku wiele past wielozadaniowych. Jedną z nich jest BlanX Med Czysta Natura, której główną funkcją jest przywrócenie zębom śnieżnej bieli, usunięcie opornego osadu oraz spektakularne uczucie świeżości. Dzisiejsze pasty są miętowe i mają niewiele wspólnego z dawnymi, niezbyt smacznymi produktami do mycia zębów o nieprzyjemnej konsystencji „kamienia”. Nowość marki BlanX Med ma jeszcze inne plusy – jest wyjątkowo bezpieczna, ponieważ: nie zawiera fluoru (jednak okazuje się, że bardziej szkodzi niż pomaga), nie zawiera również laurylu sulfatowego sodu (środek spieniający), parabenów i dwutlenku tytanu. Zamiast tego zawiera wyciągi roślinne z babki zwyczajnej, oczaru wirginijskiego oraz tymianku, które pomagają chronić zęby oraz dziąsła.

Gdyby zrobić „obiektywne” podsumowanie – przydatniejsza okazuje się pasta marki Nivea, która miała znacznie szersze zastosowanie w gospodarstwie domowym. Cena – 3,50 zł w porównaniu z 22 zł za pastę BlanX Med – daje wynik 2:0. Wygrywają klasyki.

PRL kontra hi-tech

Zdjęcie: materiały prasowe

W kosmetyczce mamy: mydło Biały Jeleń

Początki marki Biały Jeleń sięgają 1921 roku, kiedy to w Polsce Fabryka Przetworów Tłuszczowych Spółka Akcyjna w Trzebini rozpoczęła produkcję szarego mydła. Początkowo było produkowane w postaci połączonych kostek i wykorzystywano je głównie jako doskonały środek piorący. Ze względu na prostą recepturę mydło Biały Jeleń w okresie PRL-u było jednym z najbardziej znanych mydeł wykorzystywanych zarówno do celów higieny osobistej, jak i gospodarczych (jego popularność przebiło dopiero mydełko FA, które doczekało się własnego przeboju muzycznego). Dzisiaj Biały Jeleń to przede wszystkim seria hipoalergicznych kosmetyków i środków czystości, których receptura oparta jest między innymi na naturalnym mydle, bezpiecznych składnikach pielęgnujących oraz hipoalergicznych kompozycjach zapachowych. Mydło wciąż łatwo znaleźć, bo wygląda prawie tak samo jak 30 lat temu, a jego cena to jedyne 3,30 zł.

W kosmetyczce córki: wygładzająco-ujędrniający żel z minerałami i czarnym błotem z morza martwego marki Apis Natural Cosmetics

Kto dziś do kąpieli używa mydła? Prysznicowy must have naszych czasów to żel, i to najlepiej od razu peelingujący. Taki właśnie jest preparat Apis, który do tego wszystkiego zawiera „coś ekstra”. Jest bowiem połączeniem intensywnie nawilżających minerałów z Morza Martwego z odżywczym olejkiem kokosowym, peelingującymi drobinkami kokosa, ekstraktem ze słodkiej pomarańczy i marakui. Funkcja? Masuje, oczyszcza skórę z martwych komórek naskórka i zanieczyszczeń oraz wygładza i odświeża. Producent zapewnia, że pozwala doświadczyć wyjątkowej kąpieli w Morzu Martwym w domowym zaciszu, jedynie za 18,90 zł.

PRL kontra hi-tech

Zdjęcie: materiały prasowe

W kosmetyczce mamy: perfumy Być Może

Perfumy Być Może to jeden z najpopularniejszych polskich zapachów, stworzony w latach 70. Oryginalna kompozycja szyprowa, podkreślona świeżymi i zmysłowymi tonami, miała pozostawiać na ciele długotrwały i intensywny zapach. I do tej pory wszystko się zgadza. Zapach był wprawdzie duszący i bardzo intensywny, ale w erze, w której perfumy były dobrem luksusowym, nikt nie wybrzydzał. Produkt powstał zresztą z myślą o eleganckich i wymagających kobietach. Oczywiście stworzenie zapachu (o jakże tajemniczej nazwie Być Może…) było próbą dorównania zachodnim markom. Ten intensywny zapach łudząco podobny do szyprowych produktów z wyższych półek cieszył się ogromnym wręcz powodzeniem i, co ciekawe, do dziś całkiem nieźle się sprzedaje – w dodatku za jedyne 6 złotych za buteleczkę!

W kosmetyczce córki: Fame Lady Gagi

Ale cóż znaczy nieźle przy najnowszym zapachu Lady Gagi – Fame?! Podobno już w pierwszych dniach po premierze buteleczka sygnowana nazwiskiem gwiazdy sprzedała się rekordowo wysoko („6 milionów butelek w ciągu tygodnia sprawia, że Fame jest drugim najszybciej sprzedającym się w historii zapachem po No. 5 Chanel” – oznajmiła Lady Gaga na swoim koncie na Twitterze). Perfumy Lady Gaga Fame koncentrują się wokół trzech głównych akordów: ciemnego, zmysłowego oraz jasnego. Inspiracją dla ciemnego były trujące owoce belladonny. Bogaty akord zmysłowości przepełniony jest kapiącym miodem, szafranem oraz nektarem z moreli. Ostatnie, jasne tony to wonny bukiet zgniecionych kwiatów tygrysiej orchidei oraz jaśminu sambac. Co Fame ma w sobie niezwykłego? Zapach promowany jest pod hasłem „pierwszych na świecie perfum o czarnym kolorze”. Po rozpyleniu na ciało staje się jednak przezroczysty i nie zostawia plam. Formuła tej technologii jest w trakcie opatentowania i została zastosowana wyłącznie do produkcji zapachu Lady Gagi. – Zależało mi na tym, by z ciemnej otchłani wyłonił się zapach zmysłowości – zapewnia Lady Gaga. Za 100 ml tego zapachu trzeba zapłacić 300 zł.

PRL kontra hi-tech

Zdjęcie: materiały prasowe

W kosmetyczce mamy: tusz Celia

Maskara w pudełku? Tak – był czas, kiedy tusz do rzęs marki Celia nie miał sobie równych. Kremowa formuła z zawartością składników pielęgnacyjnych miała za zadanie pogrubiać i wydłużać rzęsy oraz nadawać im głęboki, czarny kolor. Tusz był w osobnym pojemniczku i wyglądał trochę jak dzisiejszy cień do powiek. Produkt można było uzupełniać, dokupując oddzielną tubkę ze specyfikiem. Szczoteczka była osobno. Do zestawu potrzebna była odrobina wody. Po użyciu tuszu Celii rzęsy miały stawać się idealnie od siebie oddzielone i maksymalnie wydłużone. Kosmetyk używany był zresztą również do robienia kresek na powiekach. Miał więc podwójną funkcję.

W kosmetyczce córki: maskara z samoobracającą się szczoteczką Diorshow

Jeśli chodzi o maskary – kosmetologia poczyniła krok wręcz milowy. Diorshow 360 to tusz, który rzęsy maluje… sam. Ma bowiem obrotową stylizującą rzęsy szczoteczkę, która kręci się sama, bo jest na baterie. Uwaga – przeznaczona jest dla kobiet poszukujących produktu „wszystko w jednym”. Co to oznacza? Że podkręca, wydłuża, pogrubia, doskonale rozdziela i w dodatku wszystko to robi za nas. Koszt tego superproduktu to 140 zł, tymczasem nieśmiertelna Celia, która wciąż jest w sprzedaży, kosztuje jedyne 6 zł.

PRL kontra hi-tech

Zdjęcie: materiały prasowe

W kosmetyczce mamy: pomadka Celia z witaminą

I jeszcze jedno zestawienie klasycznego produktu Celii z Diorem (tym razem porównujemy produkty do makijażu ust).
Kiedy pomadka witaminowa marki Celia pojawiła się na sklepowych półkach, okazała się ogromnym kosmetycznym hitem. Łączyła bowiem w sobie dwie funkcje – upiększającą oraz pielęgnacyjną – i 20 lat temu była produktem dość innowacyjnym. Składała się z dwóch części – rdzenia oraz otoczki. Rdzeń (czyli ta część w środku) nawilżał i odżywiał skórę ust oraz miał chronić przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych. Natomiast otoczka nadawała piękny, długotrwały kolor. Produkt, który i teraz dostępny jest na rynku, zawiera sprawdzone składniki odżywcze – regenerujący olej z kiełków pszenicy z wit. E oraz nawilżająco-wygładzające ceramidy. Jego cena to 10 zł.

W kosmetyczce córki: Lip Maximizer Dior

Kolor i porcja witamin to dziś za mało. Szminka musi umieć więcej. Najlepiej tyle, ile błyszczyk marki Dior. Wygląda z pozoru dość zwyczajnie, ale w środku kryje się aktywny kolagen, który daje natychmiastowy efekt wypełniający (globulki wiążące wodę i globulki hialuronowe zagęszczają substancję międzykomórkową i zwiększają objętość, a żywica poprawia ukrwienie ust). Bazę stanowi mentol z dodatkiem mięty i wanilii, która zapewnia powiew świeżości. Poza tym naprawdę ładnie wygląda na ustach i długo się na nich utrzymuje. Kosztuje około 120 zł.

PRL kontra hi-tech

Zdjęcie: materiały prasowe

W kosmetyczce mamy: dezodorant Driada

Niewiele osób pamięta dziś czasy, kiedy na rynku było dosłownie kilka produktów przeciwdziałających poceniu się. Jednym z pierwszych był Antipotin marki Pollena Eva – jak czytamy na etykiecie: środek zapobiegający poceniu ciała i usuwający niemiłą woń potu. W pewnym momencie pojawił się legendarny dezodorant Driada – Fantazyjny Atomizer (ta nazwa naprawdę widniała na opakowaniu) wyprodukowany przez firmę Pollena Uroda. Nadruk na odwrocie głosił: „Dezodorant o zapachu fantazyjnym. Skutecznie dezodoryzuje, nie drażni. Zapewnia uczucie świeżości przy 2-3-krotnym użyciu w ciągu dnia. Opakowanie z rozpylaczem mechanicznym”. Zabrakło jedynie informacji: „Idealny na… pluskwy” (podobno nie miał sobie równych w ich zwalczaniu). Dziś, niestety, produkt nie do zdobycia!

W kosmetyczce córki: antyperspirant Garnier Mineral Intensive 72h Maximum Protection

Dziś zamiast Driady mamy do wyboru kilkaset nowych i znacznie bardziej obiecujących kosmetyków. Najpierw w reklamach dezodorantów oraz antyperspirantów producenci obiecywali 12-godzinną ochronę przed potem, następnie czas ten wydłużył się do 48 godzin, aż wreszcie przyszedł moment, w którym na opakowaniach zaczęła pojawiać się liczba 72 h. Nie bardzo wiadomo w tym wypadku, czy jest to powód do radości, czy wręcz przeciwnie… Nowy dezodorant Garnier Mineral Intensive 72h Maximum Protection ma właśnie taką funkcję, ale gdy spojrzymy na te 72 godziny z przymrużeniem oka, okaże się, że w swojej głównej roli jest naprawdę skuteczny. Zapewnia termoregulację skóry i reguluje szczytowe momenty pocenia w okresach intensywnej aktywności. Nie zawiera alkoholu i parabenów i z powodzeniem mogą go stosować osoby o skórze wrażliwej. Jego cena to 11 zł.

Podoba Ci się ten artykuł?

Tak
Nie

Powiązane tematy

Zainteresują cię również:

Jedzenie dla kształtów

Trenować przed czy po posiłku?

Uroda w pigułce

Obsesja na punkcie wagi?

Magia naturalnego oddechu

Odchudzanie – o czym musisz pamiętać?

Podejmij się wyzwania – Fitness challenge

Metabolizm – czym jest i co na niego wpływa

Otwórz klatkę – weź oddech cz. 2

Otwórz klatkę – weź oddech cz. 1

Mocny brzuch od A do Z – propozycja ćwiczeń

Łuszczyca pod kontrolą