Przejdź do treści

Sharenting – dzieci na pokaz

Sharenting – dzieci na pokaz
Ilustracja: shutterstock
Podoba Ci
się ten artykuł?
Udostępnij bliskim
Najnowsze
Ewa Chodakowska
Ewa Chodakowska zachęca do badań piersi
Lizi Jackson-Barrett
Łysa Lizi Jackson-Barrett: Rok temu płakałam. Teraz czuję się świetnie
Masaż blizn. Mama Kosmetolog pokazuje jak go wykonywać prawidłowo
Zadbaj o własne piersi. Ruszyła kampania Fundacji Rak’n’Roll
doktor michał lipa przodem
Czy USG jest bezpieczne? Dr Michał Lipa uspokaja

Sharenting to już plaga. Chodzi o rodziców, którzy w portalach społecznościowych publikują mnóstwo zdjęć i innych informacji o swoich dzieciach. Niby nic, a jednak psychologowie już alarmują, że gdy dzieci podrosną, mogą nie być z tego zadowolone…

Słowo „sharenting” wzięło się z połączenia dwóch innych słów – „parenting” oznaczającego „rodzicielstwo” i popularnego na portalach społecznościowych czasownika „share”. Czy rzeczywiście jest się czego bać?

– Problem z sharentingiem polega na tym, że najmłodsi nie mają wpływu na internetową aktywność swoich rodziców. Na to zwracają też uwagę w jednej z ostatnich publikacji badacze z Uniwersytetu Michigan – mówi psycholog Grzegorz Tomkowicz. Kłopoty mogą się zacząć wtedy, gdy za kilka lat obecne dzieci same będą miały ochotę pojawić się w portalach społecznościowych. – Do tej pory trafiało się tam jako przysłowiowa czysta kartka. Większość z nas od podstaw budowała swój profil na takich portalach: wklejała zdjęcia, dodawała filmy. Czasem wymownie nic nowego nie dodawała – tłumaczy psycholog. – Współczesne dzieci, zakładając sobie konto w takim portalu, będą miały wielki bagaż wcześniejszych informacji. Będzie to bagaż niekoniecznie dla nich komfortowy – dodaje.

Psychologowie są zgodni co do tego, że rodzice szybciej uświadamiają sobie ewentualne zagrożenia związane z obecnością dziecka w internecie, gdy myślą o jego bezpieczeństwie tu i teraz. – Pojawia się wtedy strach przed niechcianymi kontaktami, zdradzaniem tajemnic rodzinnych czy spędzaniem zbyt długich godzin w sieci. To są bardzo realne, wręcz namacalne zagrożenia – mówi Tomkowicz. – Trudniej często wyobrazić sobie, co może się wydarzyć za kilka lat – dodaje. Doświadczenie pokazuje, że to, co już pojawiło się w internecie, zaczyna żyć swoim życiem, na które nie mamy już wpływu. – Umieszczane w internecie zdjęcia dziecka za kilka lat mogą zostać wygrzebane przez jego kolegów albo, w gorszej sytuacji, wykorzystane na ulotce, której rodzic na pewno nie chciałby zobaczyć. Takie historie niejednokrotnie się zdarzały – opowiada. 

Po co to robimy?

Sharenting – dzieci na pokaz

Ilustracja: shutterstock

Skąd bierze się w rodzicach chęć dzielenia się ze światem informacjami o swoim dziecku? – Może działać tutaj mechanizm znany z polskiej komedii „Poszukiwany, poszukiwana”, w której padło zdanie „Mój mąż jest z zawodu dyrektorem”. Widać było w nim wielką chęć ogrzania się w blasku małżonka, zrobienia na innych wrażenia, mimo że… nie posiadało się zasług, które takie wrażenie automatycznie by robiły – mówi psycholog. Czy podobnie jak „mąż dyrektor” nie są traktowane też dzieci?

Źródłem sharentingu i sięgania przez ludzi po historie, których bohaterami są ich dzieci, może być więc… przewidywalna, schematyczna rzeczywistość dorosłych. – Uważamy, że nie mamy czym się pochwalić na zdjęciach przed internetowymi znajomymi, bo nigdzie ostatnio nie wyjeżdżaliśmy i nie zmieniliśmy żadnego sprzętu w domu, a przypomina nam się, jak fajnie nasze dziecko bawiło się na placu zabaw lub jak ładnie tańczyło w przedszkolu. Do tego pojawia się duma rozpierająca rodzica! – przekonuje psycholog.

Jak sobie poradzić z niebezpieczeństwem sharentingu? Są dwa sposoby. Po pierwsze, warto przekonać siebie, że nawet zrobienie wrażenia na swoich e-znajomych nie jest warte ryzyka – przekonuje Grzegorz Tomkowicz. – Zrobienie wrażenia i otrzymywanie lajków trwa zwykle chwilę, a potem wszyscy o tym zapominają – poza tymi, którzy mogą z informacji i fotografii zrobić użytek. Warto zachować umiar i rozsądek. To banalna, ale chyba dobra rada – dodaje.

Druga porada jest dużo bardziej praktyczna. To instytucja Helpline, do której można zgłosić się w sytuacji, gdy ktoś wykorzystał zdjęcie naszego dziecka umieszczane w portalu społecznościowym, a my chcemy zainterweniować w tej sprawie. Bezpłatny numer telefonu do tej instytucji to 800 100 100 (helpline.org.pl). 

Podoba Ci się ten artykuł?

Tak
Nie

Powiązane tematy

Zainteresują cię również:

Jak zamykać sprawy?

Ile powinien trwać urlop?

Zerwij z „Czy zasłużyłem?”

Naucz się cieszyć sukcesem

Jak odpocząć w jeden wieczór?

Udawanie kogoś jest groźne

Dlaczego nie warto narzekać

Czy mówienie do siebie jest zdrowe?

Sztuka odpuszczania w 4 krokach

Jak rozpoznać narcyza?

5 rzeczy, za które polubią cię inni

Odkryj potęgę próbowania