Przejdź do treści

Życie bez odpadów

Źródło: materiały prasowe
Podoba Ci
się ten artykuł?
Udostępnij bliskim
Najnowsze
Meghan Markle i książe Harry
Meghan Markle podróżuje samolotem. Nasz ekspert odpowiada, czy latanie jest bezpieczne dla ciąży?
Główny Inspektor Sanitarny: teorie przeciwników szczepień to szarlataneria
Anja Rubik przekazuje 1000 książek „#SEXEDPL” do polskich szkół
Ewa Chodakowska
Ewa Chodakowska zachęca do badań piersi
Lizi Jackson-Barrett
Łysa Lizi Jackson-Barrett: Rok temu płakałam. Teraz czuję się świetnie

Najbardziej zaangażowani w życie zero waste, czyli bez odpadów, są w stanie wyprodukować rocznie tylko mały słoik śmieci. Co i jak możemy zrobić, żeby przestać produkować tony śmieci rocznie? Czy da się robić zakupy bez foliowych torebek? Co zrobić z obierkami? O tym wszystkim rozmawiam z Katarzyną Wągrowską, autorką książki „Życie zero waste”.

Od czego zacząć życie zero waste, czyli bez odpadów? Od czego ty zaczęłaś?

Kiedy dowiedziałam się o idei zero waste, pomyślałam, że to nie do zrobienia, dopóki mieszkam w bloku i nie mam ogrodu, w którym mogłabym zagospodarować odpadki organiczne, ani zwierząt hodowlanych, które mogłyby jeść resztki z talerza, co jest normalną praktyką na wsiach. Pomyślałam jednak, że mogę zredukować plastik na co dzień.

Ale na tym się nie skończyło?

Nie. Dowiedziałam się o metodzie domowego kompostowania, dostałam kompostownik i… naprawdę zaczęłam żyć „zero waste”. Odpadki organiczne lądowały w kompostowniku, przestałam kupować jedzenie w plastikowych opakowaniach. Zorganizowałam sobie zapas własnych pojemników i słoików, żeby chodzić z nimi do sklepów, choć na początku nie jest łatwo pamiętać o tym wszystkim, co trzeba zabrać ze sobą na zakupy.

Czyli zaczynamy od porzucenia foliowych siateczek? Teoretycznie proste.

Ale to duża zmiana mentalna, bo trzeba pamiętać, żeby ZAWSZE zabierać ze sobą torbę wielorazową na zakupy. Na początku nawet to mi nie wychodziło, bo zdarzają się zakupy spontaniczne.

Wiem, o czym mówisz…

Miałam kilka wpadek ‒ kiedy nie miałam przy sobie torby, a chciałam zrobić zakupy, pakowałam rzeczy po kieszeniach albo szukałam po sklepie kartonów, żeby te zakupy ze sobą zabrać. Było niewygodnie, ale nauczyło mnie to pamiętać o torbie. Zaczęłam nosić ze sobą plecak, bo do niego zawsze mogę spakować nie tylko torbę na zakupy, ale też metalowy bidon na wodę, pojemniki. To mój zestaw, który mam zawsze przy sobie.

Rezygnacja z foliówek i plastikowych opakowań to duży krok. Bo nie chodzi tylko o torbę na zakupy, ale również o to, żeby w sklepie kupować produkty na wagę i pakować je do czegoś innego niż foliówka. To może być wyzwaniem.

Ty czego używasz?

Mam woreczki z tkanin, niektóre uszyłam sama, inne kupiłam lub dostałam. Każdy ma swoją historię i to też jest miłe. Nauczyłam się, że warzyw i owoców wcale nie trzeba pakować w oddzielne siateczki, ziemniaki, cytryny i kalafior mogą być w jednej torbie, bo i tak potem będę je myła, obierała.

Nie jest łatwo kupić rzeczy na wagę, nawet w ekologicznych sklepach.

Łatwiej kupić rzeczy na wagę w dużych supermarketach, ale trzeba uważać, żeby nie wpaść w pułapkę kupowania rzeczy niepotrzebnych. W dużych sieciach dyskontowych właściwie nie ma nic na wagę poza warzywami. Ani serów, ani wędlin, ani nawet parówek. Dlatego warto się rozejrzeć za małymi sklepikami, targowiskami, straganami.

Żółty ser, wędliny, mięso kupujesz do swojego pojemnika?

Tak.

A w jaki sposób ci to sprzedawca waży?

To zależy od jego przyzwyczajeń. Ja od razu daję swoje pudełko, chcę, żeby sprzedawca wytarował wagę i bezpośrednio do pudełka położył ser, który chcę kupić. Potem zamykam pudełko i naklejkę naklejam na wieczko. Naklejka też jest odpadem, ale trudno jej uniknąć. Z tym pudełkiem idę do kasy. Tak samo jest z wędlinami i mięsem. Zdarza się, że niektóre stoiska i sklepy mają z tym problem, bo np. nie umieją tarować wagi i sprzedawca chce mi zważyć produkty na folijce, a potem przełożyć do pudełka. Ale to się mija z celem, bo ta folijka i tak potem ląduje w koszu. Ostatnio w supermarketach ekspedientki zaczęły mi odmawiać pakowania do mojego pojemnika, powołując się na regulamin. W innym sklepie tej samej sieci traktują mnie z większym zrozumieniem. Chciałabym, żeby zakupy do własnych opakowań były czymś normalnym, a nie dziwactwem i ewenementem, bo ruch zero waste jest w Polsce coraz potężniejszy i myślę, że ma potencjał konsumencki. Alejki z produktami na wagę przydałyby się w większej liczbie sklepów.

Niektórym ludziom wydaje się, że rzeczy, które można kupić na wagę, są brudne.

Większość z tych rzeczy i tak się gotuje, więc się wyprażą. Kaszę można przed gotowaniem umyć, podobnie fasolę. A z drugiej strony ‒ jaką mamy gwarancję, że produkty były czyste w momencie pakowania ich do foliowej torebki w fabryce? Różne historie na ten temat słyszałam od osób, które pracują czy to w masarni, czy w innych zakładach produkujących żywność. Zdarza się, że zasady higieny w takich miejscach są traktowane z przymrużeniem oka. Zawsze można też kupić rzeczy w papierowym opakowaniu, to jest druga opcja, w miarę optymalna.

Jakie są główne zasady zero waste?

5xR, czyli refuse, reduce, reuse, recycle i rot. Czyli odmawiaj, ograniczaj, używaj ponownie, przetwarzaj, kompostuj. Ale przede wszystkim powinniśmy się zastanowić, co tak naprawdę jest nam potrzebne do życia, jeśli chodzi o jedzenie, kosmetyki, odzież. Kupowanie nie powinno być spełnianiem konsumenckich zachcianek, bo życie nie musi polegać tylko na tym, że chodzimy do pracy, zarobione w niej pieniądze wydajemy na konsumpcję, a na koniec dnia idziemy spać. To by było strasznie smutne.

Ale tak lubimy wpaść czasem do centrum handlowego na spacerek…

Oduczyłam się tego, żeby mnie sklepy nie korciły swoimi witrynami. Bardzo rzadko kupuję ubrania, a jeśli już, to staram się kupować rzeczy polskich marek, które szyją lokalnie, z dobrej jakości materiałów, nie wykorzystują pracowników ‒ a tych nie ma w dużych sklepach. Korzystam z ubrań zdobytych na wymiankach odzieżowych, zabawki dostaję od znajomych, którzy już ich nie potrzebują. Odmawianie tego, czego nie potrzebujemy, jest kluczową sprawą, żeby sobie nie zagracić mieszkania, bo te graty, wcześniej czy później, staną się naszymi śmieciami.

Masz małą szafę?

Ona się cały czas zmniejsza. Regularnie wyrzucam, oddaję lub sprzedaję rzeczy. Ubrań mam coraz mniej. Dużą czystkę zrobiłam dwa lata temu, kiedy przeczytałam kilka książek o minimalizmie. Wtedy sprzedałam lub oddałam dziesięć dużych worków. Od tamtej pory moja szafa nie rośnie, a ciągle mam w czym chodzić i ciągle wydaje mi się, że mam za dużo ubrań. Cały czas jestem w procesie odchudzania szafy. 

Źródło: materiały prasowe

Chcesz dojść do określonej liczby ubrań?

Nie, ale wiem, że niektórzy potrzebują wyzwań, żeby mieć np. 50 albo 100 sztuk odzieży w szafie. Ja nie. Wdrożyłam zasady zero waste w innych dziedzinach życia i to mi na razie wystarcza. Nie potrzebuję kolejnego samoograniczającego projektu. Wystarczy, że w naszym domu nie używamy plastiku, kupujemy na wagę, mamy kompostownik, robimy własne kosmetyki, mydła, ja mam ograniczone potrzeby, jeśli chodzi o kosmetyki, dzieciom rzadko kupujemy nowe zabawki. Prosimy je, żeby regularnie przeglądały to, co już mają, żeby oddawały dalej to, czym się nie bawią. To mi na razie wystarcza, żeby nie zaśmiecać swojego domu, a potem świata.

O czym jeszcze warto pamiętać, kiedy chce się zacząć żyć zero waste?

Warto najpierw wyczyścić dom z tego, co mamy w nadmiarze. Żeby potem nie mieć dylematów związanych z wyrzucaniem. Chodzi o to, żeby zrobić przestrzeń. To jest też symboliczne tworzenie przestrzeni w głowie, w życiu. Kiedy pozbywamy się przedmiotów, oczyszczamy swoje myśli. Nadajemy sobie inną perspektywę widzenia tego, co jest dla nas ważne. Kiedy pozbywamy się rzeczy, zmieniamy nastawienie do rzeczy w ogóle ‒ przestajemy mieć do nich sentyment, przestają być dla nas ważne. Ważne staje się to, żeby żyć. I zastanawiamy się, co jest nam potrzebne do życia.

Tak było z tobą? Tak się poczułaś?

Kiedy ograniczyliśmy z mężem liczbę przedmiotów w domu, zaczęliśmy się zastanawiać, co chcielibyśmy robić w życiu oprócz tego, że chodzimy do pracy. I stąd wzięły się nasze pasje ‒ mój mąż założył swój browar, ja zaczęłam robić własne kosmetyki. A zaczęło się od tego, że chciałam po prostu sprawdzić, co potrzeba, żeby zrobić dobry krem do twarzy, potem zrobiłam mydło. Zaczęłam też działać w przestrzeni miejskiej, choć wcześniej wydawało mi się, że nie mam na to czasu. Kiedy wyrzuciłam nadmiarowe rzeczy z domu, kiedy przestałam się przejmować tym, co materialne, zaczęłam robić ciekawe rzeczy z innymi ‒ zapisałam się do kooperatywy spożywczej i działam w jej ramach, zaczęłam się interesować tym, jak prowadzić ogród permakulturowy, chociaż nie mam ogrodu, tylko balkon, poznałam, czym jest ogrodnictwo społeczne, i dowiedziałam się, że w Poznaniu mamy ogród społeczny, gdzie ludzie przychodzą i razem uprawiają grządki. Tam też jest kompostownik, do którego można się dorzucać. Redukcja rzeczy uwolniła u mnie potencjał, okazało się, że mam energię, żeby robić takie rzeczy.

Czy życie zero waste to oszczędność dla portfela?

Ponieważ zakupy robię w kooperatywie spożywczej raz w tygodniu, to już wprowadza pewną dyscyplinę budżetową, bo planuję posiłki na tydzień pod akurat dostępne warzywa sezonowe, dzięki czemu nie kupuję warzyw w nadmiarze. Nie kupuję słodyczy, bo są w zbędnych papierkach, wolę sama upiec ciastka, wodę pijemy z kranu…

Zrezygnowałaś z wielu rzeczy, jeśli chodzi o kosmetyki i artykuły drogeryjne.

W łazience mam chyba największe oszczędności. Robię własne mydła, zastępują mi one żele pod prysznic i czasem szampony. Uczyłam się sama, z blogów, strasznie mi się to podoba. Nie kupuję podpasek ani tamponów, bo mam kubeczek menstruacyjny i podpaski wielorazowe, nie kupuję płatków kosmetycznych, bo mam wielorazowe i rękawicę do mycia twarzy. Zamiast pasty do zębów używam proszku zrobionego z sody oczyszczonej, glinki i olejku miętowego, proszek do prania robimy sami z boraksu, sody oczyszczonej, olejków eterycznych, nadwęglanu sodu… Proszek do zmywarki też. Podłogę myję wodą z octem albo roztworem sody oczyszczonej zmieszanej z mydłem. Jeśli chodzi o sprzątanie, to na pewno mamy ekologiczny dom. Nie używam typowej sklepowej chemii i detergentów.

Z czego było najtrudniej zrezygnować?

Wydawało mi się, że będzie mi trudno zrezygnować z kupowania ubrań, bo lubiłam co sezon kupić sobie coś nowego. Ale jak już znalazłam lokalnych wytwórców, okazało się, że nie jest tak źle. Uważam, że lepiej kupić coś ponadczasowego i dobrej jakości niż stosy tanich rzeczy, które po miesiącu nie są już modne. Chciałabym kupować ubrania, w których chętnie chodziłaby moja córka za kilkanaście lat.

Z czego jeszcze chciałabyś zrezygnować?

Nadal mam problem z tym, co zrobić, jak dzieci nie dojedzą obiadu. Nie zawsze da się po nich dojeść, więc odpadki po nich najczęściej lądują w śmietniku, bo nie da się ich kompostować w moim kompostowniku.

A jak opanować dzieci i ich zamiłowanie do badziewka? Czyli tych najgorszych koszmarnych plastikowych zabaweczek?

Czasami im na coś takiego pozwalamy, a czasami zadaję im pytanie „jak długo będziesz się tym bawił? Do czego ci to potrzebne? Masz coś podobnego. Z czego jesteś w stanie zrezygnować, żeby mieć coś nowego?”. I dzieci same zaczynają się nad tym zastanawiać. Jeśli z dziećmi porozmawiamy, wytłumaczymy im, o co nam chodzi, one same są w stanie z wielu rzeczy zrezygnować. Ale nie chcę wprowadzać w domu ekoterroryzmu, żeby to nie odbiło się czkawką w ich późniejszym życiu.

Żeby nie stały się szalonymi konsumentami, bo matka na nic nie pozwalała?

Dokładnie tak. Ale mój pięciolatek rozumie, do czego służy kompost, po co są tam dżdżownice, rozumie, że jak idziemy ulicą, to sprzątamy śmieci, żeby na świecie było ładniej, rozumie, dlaczego nie kupujemy plastików i w jaki sposób one szkodzą światu. Staram się nauczyć dzieci zasady, żeby zostawić świat lepszym, niż go zastaliśmy, albo przynajmniej w takim samym stanie.

Mówi się, że kolejnym „R” zero waste jest repair…

Czyli zamiast wyrzucać, reperujemy. Albo się naucz i zrób to sam, albo poszukaj kogoś, kto ci to zrobi. To jakieś przełamanie w dzisiejszych czasach. Choć z drugiej strony – skoro kupujemy rzeczy kiepskiej jakości, to nie dziwi mnie, że nie chce nam się ich naprawiać, bo to się po prostu nie opłaca. Ja nauczyłam się szyć, żeby móc naprawiać i przerabiać różne rzeczy. Szyłam worki na prezenty, zamiast kupować papier, który się potem wyrzuci. Te worki są wielorazowego użytku. Jak się raz wejdzie na drogę życia bez odpadów, trudno z niej zejść… To duża zmiana mentalna, bo rezygnujemy z rzeczy, których nie możemy kupić bez odpadów. I nagle się okazuje, że jesteśmy w stanie zrezygnować z bardzo wielu rzeczy, żeby nie zanieczyszczać środowiska.

Rozmawiała Anna Rączkowska

Podoba Ci się ten artykuł?

Tak
Nie

Zainteresują cię również:

Angelina Jolie najpierw szokowała, teraz ratuje życie

Strach przed bólem gorszy niż ból

Strach przed bólem gorszy niż ból

6 badań, dzięki którym diagnozujemy nowotwory

Nie odkrywaj swojej pasji – stwórz ją

Zdenerwowany? Zjedz coś

Fitness na zdrowe jelita

Owoce i warzywa bez przemycania

Owoce i warzywa bez przemycania

Pies kontra upał. Jak pomóc zwierzakowi?

10 ekokosmetyków idealnych na lato

10 rzeczy, które czyścisz źle, za rzadko lub wcale

Mamo, mam coś w oku!

Tarta z pomidorami, ricottą i parmezanem