Niniejszy serwis korzysta z plików cookies celem realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Informujemy, iż istnieje możliwość określenia warunków przechowywania lub dostępu do plików cookies za pomocą przeglądarki. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w plikach cookies wybierz opcję Zamknij. W przypadku, gdy nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia swojej przeglądarki.
Zamknij Polityka plików cookies
HelloZdrowie HelloZdrowie HelloZdrowie

Dobre rzeczy

Daymak Beast: elektro-bestia

Daymak Beast: elektro-bestia
zdjęcie: www.daymak.com
Wehikuł na głębokie błoto i plażowy piach? Daymak Beast, który jest solidny jak czołg i wygodny na co dzień (napęd elektryczny). I można go naładować bez wtyczki oraz jeździć jak na rowerze...

Beast, czyli bestia. Fajnie się ten pojazd (formalnie e-bike, czyli elektryczny motocykl) nazywa! Oryginalnie "Beast" powstał w Kanadzie w zamyśle, że posłuży w terenie, ale gdyby trzeba to można nim wyruszyć również na miasto. Daymak łączy enduro ze skuterem, bo gdy się skończy piach i błoto, można nim legalnie wyjechać na asfalt lub – dzięki napędowi elektrycznemu – ruszyć choćby do centrum zwykle zamkniętego dla spalinowozów. Grube opony nie boją się kontaktu z krawężnikami, a mocna konstrukcja ramy wydaje się być na lata. Same zalety, ale... No, właśnie. Przecież takich maszyn jest wiele. Co w takim razie odróżnia "Bestię"? Dwie rzeczy. Pierwsza – mniej ważna - to napęd na łańcuch i dwa pedały. Gdy zabraknie prądu w akumulatorze, Daymakiem da się jechać korzystając z siły własnych nóg. Rzecz najważniejsza to czarno-niebieska skrzynka umieszczona pomiędzy przednim zawieszeniem i siodełkiem. Co to jest? Z grubsza przybliżając: baterie słoneczne. Jest ich kilka, więc akumulatory "Beasta" można ładować na każdym postoju, z daleka od gniazdek i źródła prądu z elektrowni. Wystarczy skrzynkę postawić na ławce i dać trochę czasu "luksom" ze Słońca. Proste? I fajne, bo ów panel energetyczny może też służyć do zasilania innych urządzeń wymagających prądu: telefonów, komputera czy aparatu fotograficznego (dwa ekstra gniazda USB).  Ile to kosztuje? Najtańszy model można zamówić za 1300 dolarów, a za model "Beast Ultimate" (topowy) trzeba zapłacić 3,5 tysiąca "zielonych". Chyba jednak warto, bo taka "bestia" ma aluminiową ramę (cały e-bike waży w związku z tym 55, a nie 75 kg), przejedzie nawet 50 km (najsłabszy model tylko 30 km) i ładuję się go dwie, a nie 6 godzin. Aha, na wyposażeniu jest też gniazdko prądu 110 woltów. W podróż czymś takim można zabrać choćby domową lampkę nocną...

zdjęcie: www.daymak.com

zdjęcie: www.daymak.com

zdjęcie: www.daymak.com



Tagi: rower, treningi

Zapytaj i podziel się wiedzą

Aby zadać pytanie musisz się zalogować
Wyślij

Najpopularniejsze na blogu

Poduszka outdoorowa

Rafał Jemielita

Kajak z doładowaniem

Rafał Jemielita

Rower dwuśladowy

Rafał Jemielita

Powiązane artykuły

Napęd do roweru

Zwykły człowiek w ciągu jednego dnia może pokonać na rowerze nawet sto kilometrów. Ale jeśli do roweru...
Zwykły człowiek w ciągu jednego dnia może pokonać na rowerze nawet sto kilometrów. Ale jeśli do roweru założy przyczepkę Ridekick – pojedzie jeszcze dalej i na miejsce dotrze mniej zmęczony. Małe oszustwo? Nie, raczej udogodnienie. Bo nawet najwytrawniejszemu cykliście należy się czasem chwila oddechu…

Pedelec - rowerowa teraźniejszość

Słowo rowerem się stało. To, co jeszcze kilka miesięcy temu nazywałem "przyszłością dwóch kółek", teraz...
Słowo rowerem się stało. To, co jeszcze kilka miesięcy temu nazywałem "przyszłością dwóch kółek", teraz zaczyna być coraz bardziej popularne. Rower z dopędem, często nazywany z angielska pedelekiem (od Pedal Electric Cycle), podbija ulice. Zdrowy (bo rower), a przy tym ułatwiający nam życie (bo pedałami kręci się lżej).

Justyna Kowalczyk i depresja w sporcie

Sport i depresja? To nie idzie w parze. Depresja i sportowy mistrz? Coś tu się nie zgadza, coś nie pasuje....
Sport i depresja? To nie idzie w parze. Depresja i sportowy mistrz? Coś tu się nie zgadza, coś nie pasuje. A jednak. Justyna Kowalczyk ma dość kłamstw i ukrywania smutku pod płaszczykiem złośliwego uśmiechu. Nie ona pierwsza i, pewnie, niestety, nie ostatnia.