Przejdź do treści

„Pierwszą fotografię świadomie opowiadającą o stracie zrobiłam rok po śmierci mamy. Przedstawiała puste łóżko, w którym zostało wgniecenie po jej głowie”. O terapeutycznej mocy fotografii opowiada Karolina Jonderko

Nina Harbuz i Karolina Jonderko / fot. Michał Dworczyk
Podoba Ci
się ten artykuł?
Udostępnij bliskim

– Przed śmiercią moich bliskich nie robiłam projektów o ludziach. Za bardzo się ich bałam, nie umiałam z nimi rozmawiać. Moje straty i żałoby otworzyły mnie na drugiego człowieka, na wymianę doświadczeń, na dialog. Teraz wszystko, co robię, jest o ludziach. Już się tak nie boję – mówi fotografka Karolina Jonderko.

 

Nina Harbuz: Wszystkie twoje projekty fotograficzne, które realizujesz, opowiadają o stracie i żałobie. Pierwsze zdjęcie powstało po tym, jak kilka miesięcy po śmierci twojej mamy przyśnił ci się wielki, pusty, niszczejący basen.

Karolina Jonderko: Ten basen istniał w rzeczywistości i stał się odzwierciedleniem moich ówczesnych przeżyć. Zawsze uważałam się za silną, twardą, o grubej skórze, którą trudno czymkolwiek urazić, a nagle okazało się, że jestem małą, wątłą istotą w obliczu śmierci matki. Czułam się wewnętrznie zrujnowana, a uczucia, których nie umiałam wtedy ani nazwać, ani wyrazić, były ogromne i mnie przerastały. Zawsze byłam introwertyczką, wówczas dużo bardziej zamkniętą w sobie niż jestem teraz, więc fotografia stała się ujściem dla emocji, o których nie mogłam z nikim porozmawiać. Niedługo po tym śnie, poprosiłam kolegę, który jest potężnym facetem, żeby wszedł do basenu i stanął na jego dnie. I nagle, widziany z tej nowej perspektywy, przestał być wielkim, silnym mężczyzną, a stał się wątłym, malutkim człowieczkiem. To ujęcie stało się reprezentacją mnie i tego, jak się wtedy czułam.

Jak rozumiesz ten sen?

Wydaje mi się, że to był sen o mojej bezradności wobec straty i żałoby. Okazało się, że w życiu stałam w takim pustym basenie i w ogóle nie umiałam pływać we własnym emocjonalnym świecie. A prawdziwy świat, który mnie otaczał, nie wspierał mnie ani nie pomagał, żebym lepiej sobie radziła. Tak było od pierwszego dnia, w którym umarła mama. Odeszła w domu po dwóch latach chorowania na raka kości. Przyjechało pogotowie, wzięli ją za ręce i nogi, dosłownie jak psa, wsadzili do czarnego worka, zasunęli go i zabrali. Wybiegłam przed blok, patrzyłam, jak odjeżdżają. Nie miałam siły ustać na nogach. Uklękłam i wyłam z rozpaczy. Sąsiedzi patrzyli na mnie z okien i żaden z ich nie zszedł. Po prostu patrzyli. Nigdy nie czułam się tak samotna, jak wtedy. To się zdarzyło 14 lat temu, a do dziś to pamiętam.

Płaczesz.

Płaczę, bo cały system związany z chorowaniem i umieraniem mamy był okrutny. Zawodził na każdym kroku. Przez cały ten czas mama była tylko numerkiem. Najpierw w szpitalu w Gliwicach, gdzie woziłam ją na onkologię. Siedziałyśmy razem po kilkanaście godzin na korytarzu. Po jakimś czasie, gdy nie byłam już w stanie patrzeć na innych chorych, w tym dzieci i ich bezradnych rodziców, czekałam na nią w aucie. Była też numerkiem w pogotowiu, gdy złamała kość udową. Przyjechali ratownicy medyczni i powiedzieli do mojej mamy: „Co się pani tak drze!?”. Dali jej silne leki przeciwbólowe i odjechali, a mama dalej krzyczała z bólu, bo przecież miała złamaną najdłuższą i najgrubszą kość w całym ciele. Nawet sobie nie wyobrażam, jak musiała cierpieć.

Poprosiliśmy z tatą o pomoc zaprzyjaźnionego lekarza i dopiero on stwierdził złamanie i zarządził transport do szpitala. Gdy mama zaczynała chorować, miałam 20 lat, a 22, gdy umarła. Nie byłam przygotowana na takie zderzenie ze służbą zdrowia, która odziera człowieka z godności. Po raz ostatni moja mama była numerkiem na własnym pogrzebie. Razem z siostrą przygotowałyśmy podziękowania, które ksiądz miał tylko odczytać. To, co napisałyśmy, było ciepłe, zależało nam, żeby pożegnanie było czułe. Przyszła masa ludzi, bo mama uczyła dzieci gry na pianinie, była znaną osobą w Rydułtowach. Ksiądz wyrzucił z naszego tekstu wszystko, co było osobiste i wymienił jedynie nazwiska po przecinku, ograbiając nas z możliwości dobrego pożegnania mamy. Od siebie dodał zdanie: „Śmierć naszych rodziców przypomina nam, że i na nas wkrótce przyjdzie czas”. Nie było w tym obrządku nic ludzkiego.

Po śmierci mamy kurczowo trzymałam się myśli, że przynajmniej już nie cierpi, a cierpiała bardzo i my razem z nią. Słowa księdza sprawiły, że tylko bardziej pogrążyłam się w rozpaczy. Każdy kolejny pogrzeb, na którym byłam, wyglądał tak samo. A miałam tych pogrzebów sporo, bo w ciągu czterech lat zmarło siedem bliskich osób z mojej rodziny. Dwa tygodnie po śmierci mamy pojechaliśmy z tatą na kolejny pogrzeb, tym razem ciotki. W tym czasie prawie nie spałam, bo czuwałam w nocy przy tacie i sprawdzałam, czy oddycha.

Bałaś się, że on też umrze, że jego też stracisz?

W pewnym sensie tak się stało. Mamę straciłam dosłownie, a tatę symbolicznie. Dwa miesiące po śmierci mamy wyprowadził się z domu do nowej kobiety i zostawił mnie ze swoją matką. Babcia lubiła nazywać mnie plebsem, nieustannie powtarzała, że nic ze mnie nie będzie, a gdy po pogrzebie mamy weszliśmy z tatą do domu, zapytała, czy przywieźliśmy jej ciastka i szampana ze stypy. Z perspektywy czasu lepiej rozumiem ojca, czemu odszedł tak szybko. To był jego sposób na radzenie sobie ze stratą. Po dwóch latach spania na materacu, przy łóżku umierającej żony, nie chciał być sam. Ale gdy i jego zabrakło w moim życiu, poczułam się podwójnie opuszczona.

Potrzebowałam to wyrazić, więc poprosiłam go, żeby poszedł ze mną do zniszczałej Kopalni Ignacy w Rybniku, założył płaszcz mamy i pozwolił zrobić sobie zdjęcia. Miał reprezentować resztkę rodziny, która mi została. Wszystko inne, niczym ta kopalnia, obróciło się w ruinę. Tata wyglądał na tych zdjęciach jak przechadzający się duch. Po latach stało się coś pięknego – grube [kopalnia po śląsku – przyp. red.] odbudowano i odremontowano. Można ją zwiedzać. Nie upadła całkowicie, nie zrównano jej z ziemią. W tym roku odbył się w niej festiwal fotografii, na którym pokazywałam swoje zdjęcia. Pomyślałam nawet, że jej historia łączy się z moją. Fotografując w tamtym momencie ojca, myślałam, że już nic dobrego w życiu mnie nie czeka, a jednak muszę przyznać, że teraz jestem szczęśliwym człowiekiem.

Jak sobie wtedy radziłaś z tymi stratami?

No właśnie słabo sobie radziłam. Pies pomagał mi się trzymać. Całą troskę, którą obdarzyłam mamę, przelałam na Tsunami. Była moim psem terapeutycznym. Strasznie ją kochałam i do dziś za nią płaczę. Do tej pory mam jej zdjęcia w telefonie. Ona też zachorowała na raka i dwa lata po śmierci mamy musiałam ją uśpić. A rok po Tsunami umarła moja ukochana babcia, matka mojej matki. Straciłam kolejne dwie najbliższe mi istoty i zaczęłam się zastanawiać, co komu po mnie? Po co się starać, skoro i tak wszyscy umrzemy? Przez kilka lat żyłam w całkowitym zawieszeniu, poddałam się, chorowałam na depresję. Bardzo pomogła mi psychoterapia, na którą w końcu poszłam, dzięki koleżance, która powiedziała mi o możliwości skorzystania z bezpłatnego wsparcia. Można czytać książki, artykuły w internecie, ale terapii to nie zastąpi. Pomogła mi zmienić nastawienie do samej siebie, do innych, pogodzić się ze stratą, uznać, że śmierć jest częścią życia. Ból nie zniknął i chyba nigdy nie zniknie. Często słyszałam, żebym dała sobie czas i wszystko się ułoży. Nie sądzę. Ból nadal jest, tylko nauczyłam się z nim funkcjonować. Nie jest już dominujący. To był proces, w którym bardzo pomogła mi fotografia.

Myślę, że w tym, co się stało, nie ma żadnego sensu. Kiedyś go szukałam, próbowałam znaleźć odpowiedzi na pytania: czemu ja? Czemu mnie to spotkało? Czemu aż tyle osób zmarło w tak krótkim czasie? Czemu jestem taka samotna? Donikąd mnie to nie zaprowadziło

Pamiętasz pierwsze zdjęcie, które miało wyrazić twoje uczucia po stracie?

Tak, pierwszą fotografię świadomie opowiadającą o stracie, zrobiłam rok po śmierci mamy. Przedstawiała puste łóżko, w którym zostało wgniecenie po jej głowie. Nad łóżkiem wisiał jej portret, namalowany przez wujka. Zatytułowany był „Nieobecność”. Mama na obrazie jest ładna, młoda. To było pierwsze czarno-białe zdjęcie, jakie zrobiłam. Wcześniej wolałam zdjęcia w kolorze.

Twój świat stracił koloryt, wyblakł.

Przez dwa lata robiłam czarno-białe zdjęcia. Aż zaczęłam studiować fotografię w Łódzkiej Szkole Filmowej i musiałam realizować zadania na zajęcia, a to wiązało się z koniecznością powrotu do koloru.

Twoja praca dyplomowa „Autoportret z matką”, zrealizowana cztery lata po śmierci mamy, przedstawia dziesięć twoich portretów, na których masz na sobie jej ubrania.

Gdy chorowała, a ja wychodziłam z domu, zawsze bałam się, że gdy wrócę, ona już nie będzie żyć. I tak się za którymś razem stało. Poszłam rano do sklepu po bułki, a gdy wróciłam, tata stał nad łóżkiem mamy i płakał. Pierwszy raz w życiu widziałam go ze łzami w oczach. Nie zdążyłam się z nią pożegnać. Chciałam to zrobić za pomocą zdjęć i jednocześnie dopełnić rodzinny album z fotografiami. Po śmierci mamy odkryłam, że przez 22 wspólnie spędzone lata miałyśmy tylko 23 zdjęcia razem, z czego większość była z okresu mojego dzieciństwa. Byłam zła i smutna, że tak mało wspomnień zostało uwiecznionych.

Po „Autoportrecie z matką” jest ich już 33. Opublikowałam je później w postaci albumu. Cykl pokazały też „Wysokie Obcasy”. Bałam się reakcji ludzi – czy w ogóle kogokolwiek zainteresują zdjęcia dziewczyny w ciuchach zmarłej matki? Pomyślałam nawet, że zostanę uznana za nienormalną. Tymczasem dostałam ogromną ilość wsparcia od osób, które przechodziły przez podobne doświadczenia straty i żałoby po bliskich. Patrząc na moje ujęcia, zobaczyli prawdziwą dziewczynę, w prawdziwych ubraniach jej mamy, która po raz ostatni próbuje otulić się czymś, co należało do zmarłej. To było dla nich poruszające i przyniosło wielu osobom ulgę, że nie są w swoim doświadczeniu sami. Zdałam sobie wtedy sprawę, że fotografia może być niezwykle silnym medium. Mama zapoczątkowała lawinę śmierci w mojej rodzinie, ale nie byłabym tu, gdzie jestem, gdyby to się nie wydarzyło. Pewna jestem, że sama z siebie nie zainteresowałabym się tematem straty.

Mówiąc to, chcesz nadać sens temu, co się wydarzyło?

Myślę, że w tym, co się stało, nie ma żadnego sensu. Kiedyś go szukałam, próbowałam znaleźć odpowiedzi na pytania: czemu ja? Czemu mnie to spotkało? Czemu aż tyle osób zmarło w tak krótkim czasie? Czemu jestem taka samotna? Donikąd mnie to nie zaprowadziło.

Moje doświadczenia pomagają mi teraz w opowiadaniu o stratach innych. Ten temat mnie interesuje, stał się częścią mnie, jest mi bliski, znam ten język. Choć moje kolejne projekty fotograficzne opowiadają o stratach, których osobiście nie doświadczyłam – zaginięcia bliskich, strata dziecka albo marzenia o dziecku, czy utrata ojczyzny, to jednak za każdym razem znajduję z moimi bohaterami nić porozumienia. Nie przychodzę do nich, bo chcę zrealizować projekt, który będzie chwytliwy, tylko zawsze dzielę się swoim doświadczeniem i jestem tych ludzi ciekawa. Gdy ich słucham, czuję, że nie jestem sama i mam nadzieję, że ja również mogę im coś dać. Choćby swoją obecność i chęć wysłuchania ich historii. Zdjęcia są dodatkiem.

W przypadku projektu „Lost”, o osobach zaginionych, bardzo często zdarza się, że rodziny, których bliscy nie wrócili do domu, są obwiniani o to, że tak się stało, bo „gdyby rodzina była dobra i szczęśliwa, to by do tego nie doszło”. Taka narracja często wybrzmiewa. Rodziny zostają same z ogromnym ciężarem. Cieszę się, że udało mi się odbić od własnej rozpaczy i znaleźć zdrowy sposób na radzenie sobie ze stratą poprzez fotografię, zamiast zatracać się w swoim bólu i pielęgnować go.

Gdy zaczęłam fotografować stratę, już niekoniecznie własną, ból zaczął znikać. Dokumentowałam proces straty i żałoby na zdjęciach i uchroniłam je od zapomnienia. To bardzo uwalniające

Wiesz, dlaczego to robiłaś?

Bo bałam się, że z chwilą, kiedy tak bardzo przestanie mnie boleć, to całkowicie stracę moją mamę, babcię, psa, ciocie, wujków. Że znikną z mojej pamięci, moich wspomnień, a za nic w świecie nie chciałam do tego dopuścić.

Tak jakby ukojenie bólu miało ich uśmiercić po raz drugi.

Tak, i dlatego nie pozwalałam temu bólowi znikać. Jednocześnie miałam poblokowane uczucia. Po śmierci ukochanej babci przestałam całkowicie czuć. Jakby mój mózg zadziałał obronnie, uznając, że ja już kolejnej żałoby nie pomieszczę w sobie. Zamroziło mnie na dwa lata. To był straszny czas, bo jak się nie ma się dostępu do własnych emocji, to tak, jakby się nie żyło. Świetnie, że nie doświadczałam smutku, ale radości też nie czułam. Byłam wewnętrznie martwa, pusta w środku.
Pierwszy raz popłakałam się w Indiach, gdy mężczyzna na targu wręczył mi odręcznie napisany na kartce rachunek. Kiedy w Polsce wybuchła wojna, moja babcia była w podstawówce i nigdy później nie wróciła do szkoły, więc całe życie miała dziecięcy charakter pisma. Ten Hindus miał dokładnie takie samo jak ona. Zobaczyłam te litery i coś się we mnie odkorkowało. Poczułam gigantyczny smutek i tęsknotę i rozpłakałam się. Pierwszy raz od dwóch lat, od czasu śmierci babci.

Podobna sytuacja zdarzyła się nie tak dawno temu, kiedy też nagle, pod wpływem wspomnienia, popłynęły mi łzy. Pojechałam na zaproszenie kolegi do jego rodzinnego domu, do Suminy, na obiad szykowany przez jego mamę. Przygotowywała kluski śląskie, roladę i modrą kapustę. I jak zobaczyłam, jak klei te kluski, to się uśmiechnęłam. Wszędzie w restauracjach robią z dziurką, a jej były bez – tak jak mojej mamy. A potem usiadłam do stołu, wzięłam pierwszy kęs i w szloch. Nie chodziło tylko o kształt klusek. Wołowina, sos, modra kapusta smakowały tak samo, jak u mamy. Tysiące razy od jej śmierci jadłam te potrawy, ale nigdy nie smakowały jak w domu. Dwanaście osób siedzących ze mną przy stole nie wiedziało, o co chodzi, a ja za bardzo nie potrafiłam im tego wyjaśnić. Po prostu tęskniłam za domem.

Chciałabym jeszcze wrócić do twoich projektów fotograficznych. Co ci daje opowiadanie o stratach innych – o zaginionych, weteranach wojennych, osobach po stracie dziecka?

Spotkania z tymi ludźmi są dla mnie najważniejsze. Rozmowy miały funkcję kojącą, bo odciągały mnie od własnego bólu. Tak to chyba działa, że jak zajmujemy się cudzym nieszczęściem, to nasze własne staje się znośniejsze. Może dlatego, że jest współdzielone? A może dlatego, że przy okazji coś dobrego się tworzy, powstaje sztuka? Pracując nad projektami „Lost”, o zaginionych „Little Poland” o polskich weteranach wojennych, czy „Reborn” o kobietach, które straciły własne dziecko lub nadzieję na nie, czułam się sprawcza. Wobec moich bliskich, ich chorowania, umierania byłam bezsilna, a tu czasem mogłam coś zrobić. Miałam poczucie misji, że jeśli np. opowiem o rodzinach zaginionych, przez co oni przechodzą, w jakiej pustce żyją, to może ktoś się dwa razy zastanowi, zanim ucieknie z domu. Mamie, babci, psu, ciociom, wujkom nie mogłam pomóc, życia też im nie przywrócę, ale mam nadzieję, że może dzięki mojemu projektowi ktoś wróci do domu i czyjaś historia zakończy się happy endem…

O tej pustce po stracie rodzin osób zaginionych opowiedziałaś, pokazując puste pokoje, w których nic nie jest zmieniane od czasu ostatniego pobytu człowieka, który nie wrócił do domu. Jakby ktoś zrobił w tym pomieszczeniu stopklatkę.

Po śmierci mamy długo nie zmieniałam wystroju jej pokoju. Każdy mebel, doniczka, wazon, książka pozostawały zastygłe, na swoim miejscu. Aż któregoś dnia moja siostra, która przyleciała do mnie w odwiedziny, zdecydowała, że trzeba tę przestrzeń przemeblować, żeby łatwiej mi się żyło. Pomogła mi zrobić remont i faktycznie poczułam ulgę. To miejsce stało się bardziej moje. Oswoiłam je. Zaczęłam się zastanawiać, czy w podobny sposób ludzie, których bliscy zaginęli, nie utykają w przestrzeniach własnych mieszkań. Czy ta niezmienność domowej scenografii podtrzymuje ich nadzieję na to, że członkowie rodzin kiedyś wrócą? I okazało się, że tak jest. Latami nic nie zmieniają. Zaczęłam fotografować te zatrzymane w czasie pokoje. Dla wielu był to moment przełomowy. Dostawali odbitkę i mówili: „OK. Teraz mamy to udokumentowane, pora coś tu zmienić”. To im pozwalało w jakimś stopniu pójść w życiu dalej.

Myślę, że właśnie to daje fotografowanie – zatrzymuje moment i pozwala ruszyć z miejsca. Tak jak mówiłam wcześniej, długo pielęgnowałam w sobie ból. Gdy zaczęłam fotografować stratę, już niekoniecznie własną, ból zaczął znikać. Dokumentowałam proces straty i żałoby na zdjęciach i uchroniłam je od zapomnienia. To bardzo uwalniające. Mam też poczucie wspólnoty z moimi bohaterami. Okazuje się, że jestem częścią grupy ludzi, którzy przeżyli straty. A są nas miliony. Przed śmiercią moich bliskich nie robiłam projektów o ludziach. Za bardzo się ich bałam, nie umiałam z nimi rozmawiać. Moje straty i żałoby otworzyły mnie na drugiego człowieka, na wymianę doświadczeń, na dialog. Teraz wszystko, co robię, jest o ludziach. Już się tak nie boję.

 

Szczegóły na temat warsztatu można znaleźć tutaj: www.konteksty.net/warsztat-psychologiczno-fotograficzny/

Karolina Jonderko – fotografka, absolwentka Warszawskiej Szkoły Filmowej i Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi. Ukończyła staż w biurze Magnum Photos w Nowym Jorku. Od 2011 miała dziewięć wystaw indywidualnych w Polsce. Laureatka nagrody World Press Photo w 2021

Zobacz także

Podoba Ci się ten artykuł?

Tak
Nie

Powiązane tematy:

Zainteresują cię również:

Coraz więcej z nas potrzebuje pomocy psychoterapeuty, ale obecnie dla wielu to luksus. Dr Agnieszka Mościcka-Teske mówi, jak skorzystać z psychoterapii, kiedy nas na nią nie stać

Kiedyś Zaborem straszono, dziś już nikt tego nie zrobi. O największym szpitalu psychiatrycznym dla dzieci i młodzieży w Polsce

„Zaburzenia odżywiania u dorosłych pociągają za sobą bardzo wysokie koszty w relacji” – mówi psycholożka Marta Cieśla

Jak oddać swoje ciało na cele naukowe? Prawniczka wyjaśnia krok po kroku, co trzeba zrobić

Jak oddać swoje ciało na cele naukowe? Prawniczka wyjaśnia krok po kroku, co trzeba zrobić

Psycholożka Katarzyna Binkiewicz

„Żałoba to nie tylko emocje. Strata to doświadczenie totalne i doznajemy jej na każdym poziomie naszego funkcjonowania” – mówi psycholożka Katarzyna Binkiewicz

„Latałam z wywieszonym jęzorem, nie lubiłam siebie i jeszcze sobie dowalałam, że jestem beznadziejna”. O wychodzeniu z depresji i pracoholizmu opowiada Dagny Kurdwanowska

„Będziemy odchodzić od technologii, a skupiać się na powrocie do naturalnego kontaktu człowieka z człowiekiem. Takie skin to skin w psychologii” – mówi psycholożka Monika Winek

Czy psychiatra współpracuje z egzorcystą? Na to pytanie odpowiada Monika Tucholska, czyli @mamapsychiatra / gettyimages

Czy psychiatra współpracuje z egzorcystą? Na to pytanie odpowiada Monika Tucholska, czyli @mamapsychiatra

Polki umierają, choć nie muszą. Te same choroby w innych krajach europejskich są całkowicie uleczalne / unsplash

Polki umierają, choć nie muszą. Te same choroby w innych krajach europejskich są całkowicie uleczalne

Czy „depresja klimatyczna” istnieje? „Katastrofy pogodowe mogą poskutkować dużym kryzysem zdrowia psychicznego”

„Współuzależnienie nie zawsze znika po zakończeniu związku z osobą uzależnioną. I nie tylko wraz z nim się pojawia” – mówi terapeutka uzależnień Joanna Flis

7 skutecznych sposobów na przetrwanie kryzysu

„Prób samobójczych jest znacznie więcej wśród kobiet niż mężczyzn” – mówi dr Halszka Witkowska, suicydolog i pomysłodawczyni projektu „Życie Warte Jest Rozmowy”

„Wszyscy dookoła widzieli we mnie super towarzyską, zaradną dziewczynę. Nikt nie zdawał sobie sprawy, ile mojej uwagi zajmuje picie” – mówi Asia Skwierczyńska, znana jako Sober Polish Girl

„Można stworzyć szczęśliwy związek, udane małżeństwo, można pracować, tylko trzeba być uważnym”. O życiu z ChAD mówi Monika Kotlarek

Kampania "Nie osądzaj" MZ / mat. prasowe

„Nie osądzaj. Wspieraj osoby w kryzysie psychicznym. Zobacz człowieka” – mówią Julia Wróblewska i Sebastian Karpiel-Bułecka. Nowe spoty MZ powinien zobaczyć każdy z nas

„Ludzie się boją, że inflacja za chwilę sprawi, że zniknie nasze życie. To, które dzisiaj znamy”. O jej wpływie na nasze zdrowie psychiczne mówi psychoterapeutka Renata Składanek

„Niektórzy pacjenci życzą sobie, żeby w trakcie psychoterapii terapeuta coś z nimi skutecznie 'zrobił'. Terapia nie jest leczeniem zęba” – dr Krzysztof Ciepliński / pexels

„Niektórzy pacjenci życzą sobie, żeby w trakcie psychoterapii terapeuta coś z nimi skutecznie 'zrobił’. Terapia nie jest leczeniem zęba” – mówi dr Krzysztof Ciepliński

„Osoby, które są w stanie poświęcić wszystko, żeby osiągnąć cel, a przy tym są perfekcjonistyczne, mogą doświadczać depresji maskowanej”. O „korpoosobowości” mówi psycholożka Katarzyna Kawka

Nie żyje Olivia Newton-John. Gwiazda "Grease" od 30 lat chorowała na nowotwór

Nie żyje Olivia Newton-John. Gwiazda „Grease” od 30 lat chorowała na nowotwór

„Żeby pojawiło się wypalenie, wcześniej musiał wybuchnąć pożar. Wypalenie, depresja i zmęczenie to nie synonimy” – mówi Paulina Koszut

Dlaczego tak trudno reagować na mobbing, mówi psycholożka Karolina Ołdak /fot. Getty Images

„Wpojono nam, że trzeba dążyć do celu, nawet jeśli po drodze pojawiają się trudności”. Dlaczego tak trudno reagować na mobbing, mówi psycholożka Karolina Ołdak

Marysia Warych / fot. Jarosław Stróżyk

Marysia Warych: „Ludzie myślą, że mamy dwa tryby: albo nie możemy wstać z łóżka, albo mamy halucynacje i słyszymy głosy. Tymczasem choroba afektywna dwubiegunowa ma różne oblicza”

„W Polsce mamy tylko 1 594 Zespoły Ratownictwa na 37,5 mln ludzi i akurat żadnego wolnego obok ciebie”. Ratownik medyczny opisuje historię, której bohaterem może być każdy z nas