Przejdź do treści

Spędziła rok w parkach narodowych z rocznym synkiem. „Gdy się gubiliśmy, Odzio krzyczał: Znak!”

Olsza Grochowska z synkiem Odo - Hello Zdrowie
Olsza i Odo / Fot. Olsza Grochowska
Podoba Ci
się ten artykuł?

Macierzyństwo nie zatrzymało jej w domu. Olsza Grochowska, fotografka i mama Odzia, z aparatem w dłoni i synkiem na plecach obeszła niemal wszystkie parki narodowe w Polsce. – Każdy dzień sprawiał, że stopniowo zapominałam o stresach i problemach pozostawionych w Warszawie, a skupiałam się na tym, co kocham: lesie, fotografii, warunkach, przekraczaniu swoich granic. I w tym wszystkim byłam tylko ja i mój 11-miesięczny synek – opowiada. Rozmawiamy o jej projekcie, łączeniu roli mamy i artystki oraz próbach definicji samodzielnego macierzyństwa.

 

Paulina Dudek, Hello Zdrowie: Zaryzykuję stwierdzenie, że nie ma w Polsce drugiego takiego chłopczyka jak twój synek: ma na imię Odo i nim skończył dwa latka, odwiedził prawie wszystkie parki narodowe w kraju.

Olsza Grochowska: To połączenie – imienia i doświadczenia – chyba faktycznie jest dość wyjątkowe. Samo imię się zdarza. Nawet raz w Gorczańskim PN, gdy przystanęliśmy na kanapkę, Odzia zagadnął turysta: „Jak ci na imię?”. „Odo”. „O, a ja mam w szkole ucznia o takim imieniu”, odrzekł pan, który okazał się nauczycielem z południa Polski.

Skąd taki wybór imienia dla dziecka?

Odo to imię starogermańskie. Jest zromanizowaną formą imienia „Otto”, oznacza „dziedzictwo”. Kocham krótkie, międzynarodowe imiona, jak Jan, ale jako że pewien Jan był moją wielką miłością, to imię było stracone i musiałam znaleźć inne. Dla mnie Odo ma z jednej strony wielką siłę, a z drugiej jego zdrobnienie – Odzio – jest na maksa całuśne i przytulaśne. Zakochałam się w nim, gdy przypadkiem natknęłam się na Odo Bujwida (1857-1942), pierwszego polskiego bakteriologa.

Przez rok chodziłaś z Odziem po parkach narodowych. Dlaczego?

Chciałam zrealizować projekt fotograficzno-dźwiękowy w ramach otrzymanego stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Moim założeniem było pokazać namiastkę tego, jak mogłaby wyglądać przyroda, gdyby nie została poddana ingerencji człowieka. W wersji nieskażonej istnieje już tylko w parkach narodowych. Zamierzałam nagrać też nocne dźwięki parków, ale po kilku nocach, kiedy zostawiałam gdzieś rejestrator, ukryty, owinięty szalikami i rękawiczkami, żeby baterie nie padły od lutowego mrozu, okazywało się, że w nocy w parkach narodowych panuje głucha cisza, zwierzęta smacznie śpią. (śmiech) Wtedy zaczęłam nagrywać dźwięki za dnia. Niestety nie zawsze udawało mi się włączyć rejestrator dostatecznie szybko i np. w Białowieskim PN nie nagrałam odgłosu upadającego drzewa, a było to wyjątkowe.

Dlaczego wyjątkowe?

Bo nie poprzedziły tego żadne odgłosy cięcia czy rąbania, które zwykle kojarzymy z upadaniem drzewa. Był piękny kwietniowy dzień, natura po zimie budziła się do życia, ptaszki śpiewały i nagle trach! Bum! Zrobiło to na mnie olbrzymie wrażenie.

A propos smacznego spania: „Budzik dzwoni o 3 rano. Olsza wygrzebuje się z namiotu. Jej roczny synek śpi w ubraniach, gotowy do drogi. Jest cicho i ciemno, może uda się go nie rozbudzić”. Od początku planowałaś, że zabierzesz Oda, czy to była konieczność?

Odo od początku wpisywany był w plan projektu, choć miało to troszkę inaczej wyglądać. Ale w międzyczasie życie zweryfikowało niektóre założenia, napisało swój scenariusz i dobrze się stało. W lutym wyruszyliśmy w naszą pierwszą podróż we dwoje, starym osobowym autem. Pierwszy był Świętokrzyski PN, bo blisko z Warszawy, a ja nie wiedziałam, jak będzie, i musiałam się dopiero sprawdzić. Wynajęłam pokój w Dyrekcji Parków Narodowych. Później pojechaliśmy do Ojcowskiego, a następnie na samą północ – do PN Bory Tucholskie i na wschód – do Białowieskiego. Od maja spaliśmy już w namiocie.

Katarzyna Boni - Hello Zdrowie

Wtedy, w samochodzie, było w tobie więcej ekscytacji czy obaw?

Zaczynając podróż, byłam w kiepskim stanie, czułam się słaba fizycznie i psychicznie. Dosłownie bolała mnie każda komórka ciała. Trwał luty, miałam ciężki czas, dużo stresów, przez które nie mogłam spać, chaos w głowie. Pamiętam, że całą drogę słuchałam podcastów o objawach depresji i płakałam. Potrzebowałam pobyć z dala od ludzi, blisko natury, skupiając się na rzeczywistości tu i teraz.

Nie miałaś myśli, że może lepiej zrezygnować?

Oczywiście, że się bałam. Kiedy składałam wniosek o stypendium, Odo miał 6 miesięcy, a gdy mieliśmy wyruszać – prawie rok. To olbrzymia różnica, z której jako nowo upieczona mama nie do końca zdawałam sobie sprawę.

Dodatkowo, przygotowując się do projektu, spotkałam się z Michałem Słodowym, który na Instagramie prowadzi konto @parki_narodowe_w_polsce. Ostrzegł mnie, że aby robić w parkach zdjęcia, muszę mieć zgodę każdego z nich, a niełatwo się z nimi skontaktować. Napisałam więc w tej sprawie do Ministerstwa Ochrony Środowiska, ale odpowiedź długo nie przychodziła. Przeliczyłam też finanse i wiedziałam, że podróże będę musiała przeplatać projektami zawodowymi, wracając co jakiś czas do domu.

Fot. Olsza Grochowska

To wszystko brzmi dosyć logicznie i łatwo, ale u mnie dochodziła jeszcze całodobowa opieka nad bobasem. Nagle zrozumiałam, że biorę na siebie dużo i przestraszyłam się, czy dam radę. Wtedy usłyszałam od mamy: „Spróbuj. Najwyżej zrezygnujesz i wtedy będziemy myśleć, co zrobić”.

No i pojechałam. Już po pierwszej dobie w Świętokrzyskim PN wiedziałam, że to najlepsze, co mogłam dla siebie w tym czasie zrobić. Każdy dzień sprawiał, że stopniowo zapominałam o stresach i problemach pozostawionych w Warszawie, a skupiałam się na tym, co kocham: lesie, fotografii, warunkach, przekraczaniu swoich granic. I w tym wszystkim byłam tylko ja i mój 11-miesięczny synek. Nie istniało nic poza tym.

Odzio miał superwygodnie i sobie spał, gdy bujały go moje kroki, ale budził się, jak tylko na chwilę przysiadałam lub stawiałam go w przenosce na ziemi, żeby odpocząć. Myślałam, że umrę

Już tej pierwszej doby wstaliście o 3 rano?

Nie, jeszcze nie. Generalnie wstawaliśmy tak wcześnie, żeby być na szlaku o wschodzie słońca, czyli w lutym można pospać dłużej. No i zimą można fotografować praktycznie przez cały dzień, bo zwykle właściwie od rana do wieczora nie ma bezpośredniego słońca, dzięki czemu nie ma też pośpiechu. Im bliżej lata, tym poranne wstawanie odgrywało coraz większą rolę. Wyłaniająca się o świcie z mgły wełnianka pochwowata to widok, który mało kto widzi, a ja chciałam uwiecznić takie chwile. Kilka godzin później słońce staje się już za ostre, pada pod kątem, który sprawia, że tracę ochotę, żeby wyciągnąć aparat. Robiło się też zbyt ciepło i pojawiali się na szlaku pierwsi ludzie, co oznaczało dla mnie: czas na szybką ewakuację. (śmiech)

Fotografuję analogowym aparatem średnioformatowym. Klisza ma 16 klatek. Gdy się zapełniała, wracaliśmy.

Zatem pierwszy szlak zaczęliście delikatnie.

Wyspaliśmy się, wyszliśmy o 9. Zapakowałam Odzia w wielkie turystyczne nosidło ze stelażem, zarzuciłam je sobie na plecy. Miałam wrażenie, że waży tonę. Nie miałam już siły nieść wiele więcej, więc wzięłam tylko aparat, obiektywy, klisze, telefon, rejestrator. Jedzenie, wodę i dodatkowe rzeczy zostawiłam w samochodzie. Odzio miał superwygodnie i sobie spał, gdy bujały go moje kroki, ale budził się, jak tylko na chwilę przysiadałam lub stawiałam go w przenosce na ziemi, żeby odpocząć. Myślałam, że umrę. (śmiech) Ciągnęło mnie w klatce piersiowej, z trudem łapałam oddech. Poważnie bałam się, że padnę i zjedzą mnie wilki. Chciałam napisać karteczkę z numerem telefonu do mojej mamy. Na wypadek, gdyby ktoś nas znalazł, żeby wiedział, komu oddać dziecko. A że nie miałam ani kartki, ani długopisu, nie było takiej opcji. (śmiech)

Fot. Olsza Grochowska

To faktycznie łagodny start. Jak dotrwałaś do końca tego spaceru?

Chociaż było mi strasznie ciężko, to też czułam olbrzymią radość, że robię z synkiem to, co robiłam od tylu lat w pojedynkę. To, co kocham. Skupiłam się na lesie. Zaczęłam nagrywać, obserwować krążące nad nami myszołowy, miziać porośnięte gęstym mchem drzewa, nasłuchiwać. Gdy wróciliśmy o 15, czułam się jak po przejściu 100 km. Ale każdy kolejny spacer był już odrobinę łatwiejszy. Przestałam pakować Odzia do tej ogromnej przenoski. Wkładałam go do materiałowej tuli, która nic nie waży. Na pewno było mu mniej wygodnie, ale i tak zasypiał, a ja mogłam przechodzić bez problemu wiele kilometrów.

Twoje zdjęcia pokazują drzewo, rzęsę wodną albo wygniecioną trawę. Można by zapytać: po co wiele kilometrów, skoro fotografowałaś takie „niby nic”?

Woda odbijająca się w bagnie w ujęciu współczesnego świata to jest faktycznie nic. Ludzie w naturze poszukują highlightów: „Gdzie jest najładniej? W którym miejscu widać, że jestem w tym super miejscu?”. Ja nie szukam efektu wow. Oczywiście chciałam w każdym parku uchwycić jego charakterystykę, ale nie miałam oporów przed tym, by często fotografować drzewa, które mogą rosnąć gdziekolwiek. Kierowałam obiektyw na to, co depczemy i mijamy bezwiednie.

Najbardziej chciałam trafić do obszarów ochrony ścisłej, najdzikszych, niedostępnych dla turystów, ale Ministerstwo Ochrony Środowiska nie dało mi pozwolenia na schodzenie ze szlaków i w sumie całe szczęście, że takich zgód nie wydają. Chodziliśmy więc po szlakach i z grubsza przeszłam wszystkie. Nie zależało mi na przejściu maksymalnej liczby kilometrów, tylko na zanurzeniu się w naturze. A że z dzieckiem, które śpi na twoich plecach, nie możesz się zatrzymywać nawet na chwilę, bo wtedy się obudzi, to po prostu idziesz. Średnio pokonywałam 10 km dziennie, ale zdarzały się i spacery po 25 km.

W maju nastąpiło pełne zanurzenie, bo wtedy zaczęliście spać w namiocie.

Namiot był malutki, dwuosobowy, nie dało się w nim nawet usiąść. W Gorczańskim PN Odo zaczął chodzić, miał rok i dwa miesiące. Gdy padało, trzymałam wszystkie rzeczy w aucie i po nie biegłam. Mówiłam: „Czekaj, nie wychodź”. Ale on już umiał sobie rozsunąć zamek, wszystko go ciekawiło. Więc gdy padało, zostawiałam namiot i jechaliśmy w inne miejsce, spaliśmy w samochodzie, a do namiotu wracaliśmy, gdy przestawało padać. Rok naszych podróży był bardzo suchy, padało niewiele. Zupełnie inaczej niż w ostatnie wakacje. Nie wiem, czy pamiętasz, ale to były tygodnie deszczu.

Słowiński Park Narodowy / Fot. Olsza Grochowska
Słowiński Park Narodowy / Fot. Olsza Grochowska
Morskie Oko / Fot. Olsza Grochowska
Morskie Oko / Fot. Olsza Grochowska
Wigierski Park Narodowy / Fot. Olsza Grochowska
Wigierski Park Narodowy / Fot. Olsza Grochowska
Biebrzański Park Narodowy / Fot. Olsza Grochowska
Biebrzański Park Narodowy / Fot. Olsza Grochowska
Bieszczadzki Park Narodowy / Fot. Olsza Grochowska
Bieszczadzki Park Narodowy / Fot. Olsza Grochowska

Dziecko trzeba ubrać, nakarmić. A na bagnie zero przewijaków.

Po co przewijak, kiedy jest mech? To akurat najmniejszy problem. W lutym oczywiście problemem mogła być temperatura, ale daliśmy radę. Latem budzik nastawiałam na 2:30, bo rozbudzony moim wstaniem Odo zasypiał na nowo przy cysiu [karmieniu piersią – przyp. red.]. Wtedy mogłam wstać, przygotować wszystko do wyjścia, ogarnąć się i wziąć go, gdy już byłam gotowa. Cysio bardzo nam pomagał, nie musiałam myśleć o innym jedzeniu dla niego, wystarczył banan czy jakiś placek z poprzedniego dnia.

Ale oczywiście w każdej podróży coś mnie zaskakiwało. Np. w Ojcowskim PN wynajęłam pokój, który miał podłogę z kafelków, zimną jak lód. Odzio wtedy raczkował, więc po wieczornej kąpieli na piżamę zakładałam mu puchowy kombinezon i grube skarpety, bo bałam się, że inaczej zamarznie. Innym razem nieświadomie wynajęłam pokój ze schodami, a wiadomo – roczne dziecko i schody oznaczają godziny wspinania się po nich i zsuwania. Więc po spacerze barykadowałam schody, szybko coś gotowałam, po czym przez kolejne dwie godziny z talerzem w ręku asystowałam tej wspinaczce.

Gdy przyszła wiosna, było już łatwiej. Zaczęło się robić cieplej, przyroda z każdym dniem stawała się coraz piękniejsza. Gdy zaczęliśmy mieszkać w namiocie, już nie bałam się o niebezpieczne szafki, schody, zimne kafelki. Teraz na drodze stanęły nam komary. (śmiech) Do parków położonych w centralnej lub północnej Polsce mogłam też brać wózek – to był luksus.

Zaczynając podróż, byłam w kiepskim stanie, czułam się słaba fizycznie i psychicznie. Dosłownie bolała mnie każda komórka ciała. Trwał luty, miałam ciężki czas, dużo stresów, przez które nie mogłam spać, chaos w głowie. Potrzebowałam pobyć z dala od ludzi, blisko natury, skupiając się na rzeczywistości tu i teraz

To czytam ciąg dalszy twojego opisu tamtych dni: „Wózek grzęźnie w błocie gdzieś nad Biebrzą. Olsza po kostki też. Ledwo daje radę go wyciągnąć”.

Nie wjechałam wózkiem do bagna celowo, to szlak zmienił się po opadach, zrobiła się olbrzymia błotna kałuża. Nie wyglądała na groźną. Turyści omijali błoto bokiem, ale wózkiem nie dało się tak przejechać i finalnie ugrzęzłam. Niesamowicie natrudziłam się z wyciąganiem. Jeszcze ciekawiej było w Słowińskim PN: przetestowana ścieżka nad samym morzem, szliśmy po ubitej plaży. Ale już w drodze powrotnej przyszedł przypływ i kilka kilometrów ciągnęłam wózek po miałkim piachu. Innym razem, też w Słowińskim PN, odeszłam 10 metrów, żeby zrobić zdjęcie, odwracam się, a wózek jest zanurzony w wodzie. Niezły sprint mi się włączył. (śmiech) Odzio się nawet nie zorientował, ale wszystko na dole wózka – buty, ręczniki – było totalnie mokre. Pewnie czytelnicy teraz pomyślą: „Co za nieodpowiedzialna matka”.

Czujesz się nieodpowiedzialną matką?

Nie. Przeszedł mnie wtedy dreszcz, ale nic tej sytuacji nie zapowiadało, to się wydarzyło w ciągu 10 sekund w miejscu, którym szłam i przez dłuższy czas nie dochodziły tam nawet fale. Po prostu z naturą nie ma żartów. Wiadomo, każdemu się zdarza coś przeoczyć, ale ja mam poczucie, że jestem bardzo odpowiedzialna.

Katarzyna Tubylewicz - Hello Zdrowie

W Biebrzańskim PN prawie zjadły was komary.

Nigdy wcześniej czegoś takiego nie przeżyłam. Akurat na ten jeden wyjazd dołączyła do mnie mama. Komary obsiadały nas chmarami, nie zostawiając na ciele centymetra wolnego miejsca. Mama powiedziała, że się poddaje i wraca, faktycznie nie dało się dalej iść. Pierwszy raz pomyślałam, że to realnie jest koniec projektu. Ale na wszystko jest rozwiązanie. Odkryłam potem, że istnieją moskitiery na wózki. Bardzo nam to pomogło w Kampinoskim PN, gdzie sytuacja z komarami się powtórzyła. Możliwe, że cały mój projekt uratowała moskitiera na wózek.

Nie bałaś się, że spotkasz niedźwiedzia?

Widziałam sporo ich odchodów. A na ścieżce kilkukrotnie spotkałam wilka. Pierwszy raz w obszarze ochrony ścisłej w Białowieży, mogłam tam wejść z przewodniczką. Została mi polecona Grażynka, umówiłyśmy się na 6 rano, wcale nie była zadowolona z tak wczesnej pory. Weszłyśmy na kładkę i nagle – sarna. Zobaczyła nas, zatrzymała się i ruszyła w naszą stronę! Grażyna się zdziwiła. Po sekundzie przed nami, na lekkim wzniesieniu, pojawił się wilk. Stanął i tak na siebie patrzyliśmy, po czym odszedł w bok spokojnym krokiem. Zrobiło to na mnie niesamowite wrażenie. Jaki piękny, dostojny, skupiony, opanowany… Wow. Potem Grażyna mi podziękowała za tę wczesną pobudkę. (śmiech)

Fot. Olsza Grochowska

To twoja ulubiona historia?

Uwielbiam też spotkanie z borsukiem. To było w Słowińskim PN, szłam niesamowitą ścieżką. Dydaktyczną, ale miałam wrażenie, że od lat nikogo tam nie było. Dzicz, wszystko gęsto zarośnięte. Po gałęzi przemknęła kuna. Za świerkami, na wyciągnięcie ręki, szedł jeleń. Nad głową przelatywały mi dzięcioły. Doszłam przez paprocie do kwitnącego, zarastającego bagna. Czerwiec, bajka po prostu. W drodze powrotnej, oczarowana tą ucztą wszystkich zmysłów, usłyszałam za krzakami jakby podśpiewywanie. (Olsza wesoło nuci pod nosem) Włączyłam nagrywanie na komórce, a centralnie przede mną z krzaków wyszedł borsuk, dalej sobie podśpiewując. Kiedy mnie zauważył, zamarł. Nie wiadomo było, co kto zrobi, trwaliśmy chwilę w bezruchu. Borsuk ocknął się pierwszy i czmychnął z powrotem w krzaki, już nie śpiewając. (śmiech)

To jeszcze inny fragment: „Olsza ma niebywały talent do gubienia drogi […]. Idzie spontanicznie tam, gdzie zauważa coś interesującego, zapominając o trzymaniu się drogi. Na szczęście nauczyła synka oznaczeń szlaku, więc kiedy Odo nie śpi, wypatruje drzew i woła: ‘Znaaak!’. Dzięki temu trzymają się szlaku”. Wyrósł ci w tej podróży asystent.

To prawda, Odzio krzyczał „Znak!” dość regularnie. (śmiech) W ogóle był w tej podróży bezproblemowy. Wiesz, że on o tej trzeciej w nocy ani razu nie zapłakał? W Bieszczadach musieliśmy w nocy dojechać autem z miejsca noclegu na początek szlaku, bo to było daleko. Odo ledwo przytomny jechał z otwartymi oczami. Pomyślałam: „Zaraz się rozpłacze, będę potrzebowała czasu, żeby go uspokoić, no trudno”. Ale on siedział, patrzył przez okno w niebo i powiedział coś, co ewidentnie brzmiało jak „księżyc”, choć w troszkę zdeformowanej wersji. I uśmiechnął się do mnie. Pomyślałam wtedy: „To jakaś abstrakcja, na koniec świata moglibyśmy razem dojść”.

Możliwe, że trafił ci się wyjątkowy egzemplarz, a z innym dzieckiem by się nie udało.

Bardzo mnie ciekawi, ile w charakterze dziecka jest z genetyki, a ile z tego, co dostaje z zewnątrz. Wiem jedno: gdybym postanowiła zrobić ten projekt rok później, to już by nie powstał. Roczne dziecko możesz włożyć do nosidła albo wózka. Dwulatek ma już własne ścieżki i własne zdanie. Jak nie chce czegoś zrobić, to nie zrobi. Oczywiście ilekroć udało mi się wykonać zdjęcia, starałam się zrekompensować mu, że mi na to pozwolił, że się udało. Więc gdy koło 11 rano ledwo żywa schodziłam ze szlaku, już po siedmiu godzinach marszu i fotografowania, a on się akurat budził, to zjadałam całą tabliczkę czekolady i szłam z nim na plac zabaw. O 13 znów zapadał w drzemkę, a ja z nim, po południu mieliśmy czas dla siebie.

To wszystko byłoby bardzo wymagające nawet bez bobasa na plecach.

Tak, to prawda, ale ja uwielbiam fizyczny wysiłek. Jak po spacerze mam siniaki, bo musiałam się wspinać albo przeciskać, to uznaję, że to był dobry dzień i przy dziecku z tego nie wyrosłam. Jeśli wrócę krótszą ścieżką, chociaż spuszczę się ze skał po linie. (śmiech) Znam swoje możliwości, nie ruszam się bez papierowej mapy i latarki. Mam też ogromny respekt dla przyrody. Sprawdzam pogodę, nie lekceważę alertów RCB, zwłaszcza gdy  mowa o silnym wietrze czy burzach. W takich warunkach do lasu się absolutnie nie wchodzi. Raz o 8 rano dostałam alert RCB, żeby nie iść tego dnia w góry. Byłam już na szczycie, więc całą drogę w dół praktycznie zbiegłam.

Jak reagowali na was inni turyści?

„O, wow, pani sama z dzieckiem?”. A stary facet raz skomentował: „O proszę, czyli jednak da się”.

Fot. Olsza Grochowska

Zaczęłaś tę podróż w kiepskim stanie psychicznym. A w jakim ją skończyłaś?

Psychicznie czułam się świetnie. Zaczęłam już nawet tęsknić za ludźmi, ale sam wjazd do Warszawy mnie przebodźcował. Auta, trąbienie, korki, spaliny, ruch. Stresowało mnie, że dzwoni mój telefon. Mogłabym się dalej zaszywać i trwać w ciszy. Za to Odzio wyrzucił z siebie z zachwytem: „Doooom”. (śmiech) W Warszawie nagle wszystko było takie proste, dostępne, na wyciągnięcie ręki. Pod tym względem powrót był miłym doświadczeniem.

Wielokrotnie musiałaś sobie zaufać i podążyć własną ścieżką. Dzisiaj macierzyństwo podlega silnym społecznym ocenom, wciąż zmieniają się trendy wychowawcze. To na ciebie wpływa?

Nie wpływa. Ani w ciąży, ani po urodzeniu Odzia nie przeczytałam żadnego poradnika dla matek, aż do teraz. Nie czułam potrzeby, miałam wrażenie, że wszystko intuicyjnie dobrze ogarniam. Ostatnio jednak sięgnęłam po jeden i znalazłam w nim bardzo pomocne odpowiedzi. Najwięcej jednak czerpię ze spotkań z mamami, które poznałam w klubikach w naszej dzielnicy. Przez sześć dni w tygodniu od 9 do 12.30 odbywają się w nich zajęcia. Tworzą się dzięki temu grupy znajomych między dziećmi i niesamowite grupy przyjaciółek między mamami. I to, jak inne mamy reagują na sytuacje ze swoimi dziećmi, jest dla mnie cenniejszym źródłem informacji niż jakiś bestseller. Wiem, że wiele koleżanek spoza Pragi Północ zazdrości mi tych klubików, bo po urodzeniu dziecka poczuły się samotne.

Chciałaś mieć dziecko?

Nie chciałam. Po rozpadzie długiego związku nie mogłam sobie ułożyć życia prywatnego. W końcu się z tym pogodziłam, a jedną z myśli, które mi to ułatwiały, był kryzys klimatyczny i przekonanie, że lepiej nie powiększać populacji. Gdy zaczęłam być w nowym związku, przychodziły mi do głowy myśli, że może będę żałować, jeśli nie zostanę mamą, że czas płynie, że jednak chciałabym. W tym roku skończyłam 40 lat. Gdy się okazało, że jestem w ciąży, bardzo się ucieszyłam, i cała moja rodzina również. O dziwo, bo nigdy nie odczuwałam presji ani oczekiwań z ich strony. Przyjście na świat Odzia niesamowicie dobrze wpłynęło na nasze poplątane relacje. Myślę, że wszystkim nam to było potrzebne, żebyśmy ułożyli sobie w głowie różne rzeczy na nowo.

Dopiero dzisiaj dowiedziałam się, że Odzio ma tatę. Miałam wrażenie, że jesteś samodzielną mamą.

Odo ma tatę i bardzo go kocha, spędzają razem prawie każdy weekend. Byliśmy parą przez pięć lat, ale ścieraliśmy się i mieliśmy pod górkę. Osobno jest nam lepiej.

Czujesz się samodzielną mamą?

Nie. Po prostu nie mieszkamy razem. Mam dużą pomoc od mojej rodziny, jak również od taty Oda. Gdy patrzę na mamy w stałych związkach, to widzę, że często mają podobną ilość obowiązków, co ja. Większość organizacji życia, działania domu, spraw związanych z dzieckiem czy zwierzętami ogarniają one, a jeśli partnerzy im pomagają, to są to często kompromisy. Wydaje mi się wręcz, że to moja sytuacja jest luksusowa, bo tata Oda od pewnego czasu mieszka niedaleko i gdy Odo jest u niego, mam dzień, a czasem dwa dni w tygodniu tylko dla siebie. Nie wnikam wtedy, co się u nich dzieje, świetnie sobie radzą we dwóch. Wiem, że inne mamy czasem takiego czasu dla siebie nie mają.

 

Olsza Grochowska – z wykształcenia prawniczka, z zawodu fotografka, absolwentka prestiżowej Fashion Photography at the London College of Fashion, University of Arts. Mama. W 2024 roku, w ramach realizacji projektu ze stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego,  przemierzyła ze swoim rocznym wówczas synkiem Odo najdziksze obszary Polski, parki narodowe. Fotografuje przyrodę analogowym aparatem średnioformatowym. Część zdjęć z tych podróży złożyła się na wystawę “Formy (nie)istnienia”, koncentrującą się wokół tematu wody. Więcej: https://olszagrochowska.com/ oraz www.odkryjparki.com.

Zobacz także

Podoba Ci się ten artykuł?

Powiązane tematy:

Podoba Ci
się ten artykuł?