Przejdź do treści

Maja Chwalińska: „Były momenty, że nawet nie wiedziałam, z kim gram. Wychodziłam na kort i zaczynałam płakać”

Maja Chwalińska - Hello Zdrowie
Maja Chwalińska / Fot. Getty Images
Podoba Ci
się ten artykuł?

O tenisie mówi, że go kocha, ale czasem też szczerze nienawidzi. Filigranowa i delikatna, zdawała się nie pasować do atletycznych i grających siłowo rywalek, ale to właśnie ona po 9 brawurowo rozegranych meczach turnieju wielkoszlemowego Rolland Garros zagrała o Puchar Suzanne Lenglen. Choć, mimo wspaniałej gry, musiała tego dnia uznać wyższość rywalki, Maja Chwalińska jest pierwszą tenisistką w historii, która dotarła do finału w Paryżu drogą kwalifikacji, zajmując przed turniejem 114. miejsce w rankingu WTA. Jest też pierwszą finalistką, która gra lewą ręką, i jedną z bardzo niewielu, które odważnie mówią o swojej depresji.

W wywiadach mówi o sobie, że jest tenisową świruską. „Uwielbiam oglądać tenis. Kiedy byłam młodsza, oglądałam tenis całymi dniami, każdego dnia. Więc czuję, że to naprawdę pomaga mi lepiej czytać grę” – tłumaczy dziennikarzom. Jako nastolatka godzinami oglądała mecze Rogera Federera, Rafaela Nadala i Novaka Djokovicia. „Kiedy zaczynałam grać w tenisa, wszystko kręciło się wokół Rogera. A potem Rafaela, a potem Novaka. Więc teraz modlę się tylko, żeby Novak grał dalej, żebym mogła go oglądać w akcji. Jestem po prostu bardzo wdzięczna, że dorastałam w tamtych czasach. Czasami wracam do tych starych meczów, oglądam je i czuję się, jakbym czytała poezję” – przyznaje.

Ze Śląska w świat

Urodziła się 11 października 2001 roku w Miechowie, ale wychowywała się w Dąbrowie Górniczej. Pochodzi z rodziny niezwiązanej ze sportem. Ojciec, obecnie już na emeryturze, pracował jako elektryk w kopalni, mama jest recepcjonistką w Centrum Sportu i Rekreacji w Dąbrowie Górniczej. Rodzice szybko dostrzegli, że córka ma wyjątkową energię i potrzebuje ruchu, jednak nikt nie przypuszczał, że z różnych proponowanych aktywności sportowych ostatecznie wybierze tenis i że już kilka lat później będzie reprezentować Polskę na największych kortach świata.

Rakietę wzięła do ręki jako siedmiolatka. Pomógł w tym program Talentiada, dzięki któremu przez pierwsze dwa lata jej rodzice nie musieli ponosić kosztów zajęć. Dziś przyznaje, że bez wsparcia klubów, Polskiego Związku Tenisowego i sponsorów jej kariera prawdopodobnie nie byłaby możliwa. Tenis należy przecież do najdroższych sportów świata. Roczne koszty szkolenia młodego zawodnika mogą sięgać dziesiątek tysięcy złotych, a droga do profesjonalnego sportu liczona jest nie tylko w godzinach treningów, ale także w setkach tysięcy wydanych na wyjazdy, sprzęt i szkolenia.

Iga Świątek

Talent i determinacja

Maja Chwalińska od początku wyróżniała się pracowitością. Jej pierwszy trener Paweł Kałuża wspomina po latach, że była najmniejsza w grupie, ale jednocześnie najbardziej skupiona. Gdy inne dzieci rozmawiały lub żartowały między ćwiczeniami, ona czekała na kolejne zadanie. „Nie lubiła przegrywać, ale niezależnie od tego, czy wygrywała czy nie, zachowywała twarz pokerzystki, nie było za dużo emocji. Od początku była bardzo zdeterminowana i zawsze chciała coś zrobić lepiej. Na każdym etapie dużo wymagała od rówieśników, z którymi trenowała, i ode mnie jako trenera” – wspomina Paweł Kałuża.

Talent i determinacja szybko zaczęły przynosić efekty. W wieku juniorskim należała do najzdolniejszych tenisistek swojego pokolenia. Wspólnie z Igą Świątek, swoją rówieśniczką,  zdobywały medale mistrzostw Europy i wygrywały prestiżowe turnieje. Znały się od dzieciństwa i przez lata rozwijały równolegle, ale na etapie sportu zawodowego ich drogi zaczęły się rozchodzić. „Tylko jeden mecz z nią wygrałam, poza tym dostawałam baty” – podsumowała żartobliwie Maja w wywiadzie dla TVN24+. „Super, że Maja wykorzystuje swój wyjątkowy styl gry i czucie. Mam nadzieję, że będzie z tego dalej korzystała. Nikt nie gra takich skrótów, lobów i nie potrafi tak zamieszać przeciwniczką” – mówiła po pierwszych sukcesach Mai w Paryżu Iga Świątek, a przed finałowym meczem w swoich mediach społecznościowych zamieściła żartobliwe i symboliczne wezwanie do walki: „JAZDA!”.

Byłam po prostu jak martwa

Iga Świątek znacznie wcześniej niż Chwalińska weszła do światowej czołówki kobiecego tenisa. Maja musiała pokonać znacznie trudniejszą drogę. Pojawiły się kontuzje, coraz większa presja, poszukiwanie sponsorów i nieustanne podróże. Do problemów fizycznych dołączyły psychiczne. Jej ciało w odpowiedzi na stres wysyłało sygnały ostrzegawcze: walczyła z bólami przeciążeniowymi, miała urazy nadgarstków, łokci i kolan, przeszła zabieg artroskopii.

W czerwcu 2021 roku przyznała, że od końca 2019 roku choruje na depresję. „Próbowałam trenować i rywalizować, ale czułam, jak to wszystko coraz bardziej mnie wykańcza i przytłacza. Doszłam do takiego punktu, w którym nie jestem już w stanie zmusić się do trenowania” – napisała wtedy w mediach społecznościowych.

Dla wielu kibiców był to szok. W sporcie zawodowym wciąż rzadko mówi się równie otwarcie o kryzysach psychicznych. Tymczasem Chwalińska nie próbowała niczego ukrywać. „Nie miałam radości z gry w tenisa. Były momenty, że nawet nie wiedziałam, z kim gram. Wychodziłam na kort i zaczynałam płakać. Było mi ogromnie ciężko choćby wyjść z domu” – mówiła po terapii.

Do treningów zaczęła stopniowo wracać ponad rok później, ale już na swoich warunkach. Jej sztab zmienił plan treningów, postawiono na lepsze przygotowanie fizyczne, większy nacisk położono na regenerację. Jak przyznała Maja, potrzebowała takiego resetu, by móc na nowo cieszyć się grą. „Myślałam, że po prostu muszę być bardzo silna, twarda i dalej trenować. Ale potem już nie byłam w stanie nawet wstać z łóżka. Byłam po prostu jak martwa i wiedziałam, że muszę zrobić przerwę, bo inaczej nie będę w stanie dalej żyć. I szczerze mówiąc, nie wiedziałam, czy wrócę. Naprawdę. Ale po kilku miesiącach zdecydowałam się wrócić. Musiałam po prostu poukładać sobie kilka rzeczy w głowie i wróciłam. Cieszę się, że to zrobiłam” – mówiła w wywiadach.

Anna Dereszowska- Hello Zdrowie

Dać z siebie wszystko

Na turniej do Paryża przyjechała jako 114. zawodniczka w rankingu WTA, bez wielkich nadziei na sukces. Tymczasem z każdym kolejnym meczem zadziwiała tenisowy świat. Pokonywała wyżej notowane rywalki, zachwycała stylem gry i spokojem, który jeszcze kilka lat wcześniej wydawał się nieosiągalny. „To jest jak sen. Wciąż nie wiem, co się dzieje. Nie wiem, co powiedzieć. Jestem naprawdę bardzo szczęśliwa” – mówiła po zwycięstwie w półfinale turnieju. Kilka godzin później przyznała jednak, że sukces bardzo ją przytłoczył: Wcale nie czuję się tak świetnie. Nie będę kłamać. Trudno jest ciągle rywalizować z najlepszymi zawodniczkami na świecie. To jest wyzwanie, ale to szlem, tu trzeba dać z siebie wszystko i jeszcze więcej. Nie narzekam” – mówiła.

Dodatkowym utrudnieniem na korcie było przeziębienie i uczucie zatkanego nosa, z jakim zmagała się podczas walki. Podczas jednej z rozgrywek poprosiła o przerwę medyczną i konsultację z lekarzem i fizjoterapeutą. „To wszystko, co się dzieje, to efekt jej osobowości, bardzo ją za nią szanuję. Tego nie można się nauczyć, ona ma to w sobie” – mówił po wygranej w półfinałach jej obecny trener Jaroslav Machovsky.

„To jest jak sen. Oglądanie jej daje tyle frajdy. To wygląda jakby nawet ona nie potrafiła w to uwierzyć i stara się sama siebie z tego obudzić. Przeszła długą drogę, a to naprawdę jest historia ‘Kopciuszka’. […]Kocham ją oglądać, to daje szczęście” – skomentowała sukces Polki  Venus Williams.

Również mecz finałowy, zacięty i pełen zwrotów akcji, był triumfem jej determinacji i woli walki. Choć jej rywalka, 19-letnia Rosjanka Mirra Andriejewa, okazała się lepsza, dla Mai droga na tenisowe szczyty dopiero się zaczyna, a nie kończy. Wyjechała z Paryża z awansem w rankingu WTA o 93 [sic!] pozycje, a to otwiera jej drogę do wszystkich najważniejszych tenisowych wydarzeń na świecie. „Mirra, jesteś taka młoda i tak utalentowana. To jest tak wkurzające. Gratulacje dla ciebie i twojego zespołu. Życzę ci wszystkiego najlepszego w przyszłości” – zwróciła się ze śmiechem do swojej rywalki podczas dekoracji na korcie. „Dziękuję kibicom, czułam waszą miłość. Szkoda, że nie zobaczyliście lepszego meczu, ale to wina Mirry, która była za dobra. Ja dałam z siebie wszystko, przepraszam” – mówiła rozbawiona.

Jak zapowiedziała, po zakończeniu turnieju w Paryżu zmierza wyjechać na krótkie wakacje, które planuje spędzić tak, jak lubi: „Raczej na leżaku… Lubię sobie poczytać książkę. Jestem taką… babcią chyba jednak w środku. Książka, herbata czy kawa. Przyjaciele, rodzina. Lubię poczytać fantastykę, lubię psychologię, tak sobie mieszam gatunkowo”.

 

Źródło: Korzystałam z wypowiedzi Mai Chwalińskiej i jej trenerów dla Przeglądu Sportowego, Eurosportu i TVN24+.

Podoba Ci się ten artykuł?

Powiązane tematy:

Podoba Ci
się ten artykuł?