Prof. Magdalena Górska-Ponikowska: „Wypalenie zawodowe wśród medyków to zjawisko systemowe, nie indywidualna słabość”
– Od młodych medyków oczekuje się jednocześnie doskonałości klinicznej, kompetencji badawczych i umiejętności poruszania się w złożonym systemie opieki zdrowotnej. To nie jest łatwa kombinacja – mówi Magdalena Górska-Ponikowska, najmłodsza kobieta z tytułem profesora nauk medycznych w Polsce. W przeddzień konferencji „Oddech dla Medyka”, którą Fundacja Hello Zdrowie objęła matronatem medialnym, rozmawiamy o wyzwaniach, jakie stoją przed pracownikami ochrony zdrowia, i trudnej sztuce łączenia życia zawodowego z prywatnym.
Jolanta Pawnik: Rozmawiamy w przededniu konferencji „Oddech dla Medyka” poświęconej wypaleniu i work-life balance w zawodach medycznych. Wygłosi pani wykład o tym, jak pogodzić rozwijanie pasji i sukcesy zawodowe z życiem osobistym. Zanim o to zapytam, chciałabym poznać pani opinię o tym, jak to jest być teraz młodym medykiem w Polsce.
Prof. dr hab. n. med. Magdalena Górska-Ponikowska: Bycie teraz młodym medykiem to wyjątkowo ciekawy moment, ale i ogromne wyzwanie. Ciekawy, bo mamy do dyspozycji narzędzia, których poprzednie pokolenia nie miały: nowoczesne bazy danych, platformy współpracy międzynarodowej, sztuczną inteligencję wspierającą diagnostykę i badania. To jednocześnie ogromne wyzwanie, bo tempo przyrostu wiedzy jest dziś bezprecedensowe, granice między dyscyplinami zacierają się, a od młodych medyków oczekuje się jednocześnie doskonałości klinicznej, kompetencji badawczych i umiejętności poruszania się w złożonym systemie opieki zdrowotnej. To nie jest łatwa kombinacja.
Jednocześnie właśnie w tym napięciu między wyzwaniem a możliwością rodzi się coś nowego. Widzę to wyraźnie jako kierownik katedry na GUMed. Nowe pokolenie medyków chce rozumieć mechanizmy, nie tylko procedury. Chce wiedzieć „dlaczego”, nie tylko „jak”. I to jest fundament medycyny translacyjnej, którą wprowadzamy sukcesywnie na Gdańskim Uniwersytecie Medycznym, bo odpowiedzią na wyzwania współczesnej medycyny nie jest więcej wiedzy encyklopedycznej, lecz umiejętność łączenia nauki z praktyką kliniczną od pierwszego roku studiów.
Rozumiem, że klasyczny model uczenia medycyny, czyli najpierw bardzo dużo teorii, a dopiero potem praktyka, przestaje działać.
Medycyna translacyjna zmienia sposób, w jaki uczymy. Kiedy prowadzę zajęcia z chemii medycznej, każde zagadnienie chemiczne i biochemiczne ma swój kontekst kliniczny – konkretny lek, konkretna choroba, konkretny pacjent. Bench to bedside [przenoszenie odkryć naukowych z laboratorium do leczenia pacjentów – red.] to dziś priorytet. Absolutnie kluczowe są tu staże i kontakty z ośrodkami zagranicznymi. Mam za sobą liczne staże w kraju i za granicą i to właśnie te doświadczenia ukształtowały mój sposób myślenia o nauce jako narzędziu zmiany rzeczywistości klinicznej.
Z mojego własnego doświadczenia chciałabym zwrócić uwagę na jeszcze jedno – moja droga to przede wszystkim praca zespołowa. Jestem przekonana, że w nauce nie ma sukcesu solowego. Współpracuję z ośrodkami w Stuttgarcie, Palermo, Paryżu, Edmonton i każda ta współpraca wniosła perspektywę, której nie zbudowałabym samodzielnie. Mój zespół w Katedrze Chemii Medycznej GUMed to doktoranci, lekarze, biolodzy, chemicy. Pracujemy na styku dyscyplin i to właśnie przekłada się na projekty z realnym potencjałem wdrożeniowym.
Czym zajmuje się pani zespół?
Osią moich badań od wielu lat jest stres oksydacyjny – zjawisko, które łączy na pozór odległe obszary medycyny, bo onkologię i neurologię. W kontekście chorób neurodegeneracyjnych, w szczególności choroby Parkinsona, wykazałam wraz z zespołem prof. Jarosława Sławka, że nadtlenek wodoru i metabolity estradiolu mogą być wiarygodnymi biomarkerami wczesnego stadium tej choroby. To jest szczególnie ważne klinicznie, bo choroba Parkinsona przez lata rozwija się bezobjawowo, a im wcześniej ją rozpoznamy, tym skuteczniejsza może być interwencja terapeutyczna. Równolegle prowadzimy badania nad opracowaniem nowych leków przeciwnowotworowych, w szczególności hybryd tlenku grafenu z 2-metoksyestradiolem, substancją o silnym, selektywnym działaniu cytotoksycznym wobec komórek nowotworowych. Mechanizm jest precyzyjny: indukujemy stres oksydacyjny i apoptozę w komórkach guza, oszczędzając komórki zdrowe. To jest właśnie translacja, od mechanizmu molekularnego do potencjalnego leku, który może trafić do pacjenta. Prowadzę także badania z zakresu dermatologii eksperymentalnej, ostatnio przyjęto do druku pracę dotyczącą przeciwstarzeniowej roli egzosomów probiotycznych.
Efektem tej pracy jest dorobek, z którego jestem naprawdę dumna: ponad 2500 cytowań, indeks Hirscha 20, publikacje w czasopismach Q1 z obszaru onkologii, neurologii i dermatologii. Równie ważna jest dla mnie ochrona własności intelektualnej. Wraz zespołem mamy udzielone patenty w Polsce i Europie, kilka aktywnych zgłoszeń patentowych krajowych i międzynarodowych, w tym w procedurze PCT. To są wynalazki, które mają realny potencjał wdrożeniowy i których droga do kliniki jest już zaplanowana. Nauka, która zostaje wyłącznie w laboratorium, jest moim zdaniem nauką niedokończoną.
”Relacje z bliskimi są zasobem, nie luksusem. Właśnie te zasady przekazuję też doktorantom i współpracownikom, bo wypoczęty, spełniony naukowiec „produkuje” lepszą naukę”
Wdraża to pani także we własnej firmie. To z pewnością bardzo satysfakcjonujące, móc tworzyć coś, co realnie pomaga ludziom.
W 2020 roku założyłam z mężem firmę MGP Cosmetics, która faktycznie jest miejscem, gdzie nauka staje się produktem trafiającym do konkretnego człowieka. Tak, jak wspomniałam: nauka bez wdrożenia jest niepełna, ale wdrożenie bez nauki – nieodpowiedzialne.
Dlatego w naszej firmie ja sama tworzę formulacje kosmetyków, każda formuła ma swoje naukowe uzasadnienie, a prowadzone przez nas badania są innowacyjne na miarę światowych koncernów. Zawsze zresztą podkreślam, że mamy w Polsce świetne marki kosmetyczne i możemy z dumą konkurować ze światowymi gigantami. Osobiście ogromną satysfakcję sprawia mi sytuacja, kiedy ktoś na przykład napisze, że nasz preparat mu pomógł, że odzyskał pewność siebie. To zupełnie inne uczucie niż przyjęcie artykułu do D1 [do jednego z renomowanych czasopism branżowych – red.], ale i jedno, i drugie jest mi potrzebne.
Rozumiem, że dzisiejszy student medycyny czy innego medycznego kierunku powinien myśleć o sobie bardziej interdyscyplinarnie – trochę lekarz, trochę naukowiec, trochę analityk danych. Takich medyków podziwiamy w popularnych serialach medycznych. Swoją drogą, dlaczego tak lubimy seriale medyczne? Pamiętam zachwyt nad serią o doktorze House’ie, w Polsce przez długie lata święcił triumfy tasiemiec „Na dobre i na złe”, teraz nie można oderwać wzroku od „The Pitt”, serii, która pokazuje pracę lekarzy w amerykańskim odpowiedniku naszego SOR-u. Dlaczego?
Bo dotykają najgłębszych ludzkich lęków: choroby, bezradności, śmiertelności. „Dr House” daje poczucie, że medycyna zawsze ma odpowiedź. „The Pitt” pokazuje surową, dokumentalną bliskość z codziennością oddziału. Właśnie tej autentyczności ludzie dziś szukają. Jako naukowiec i medyk widzę w serialach medycznych realną wartość: oswajają ze śmiercią, z diagnozą, z trudnymi decyzjami klinicznymi, czyli tematami, które w codziennym życiu są przemilczane.
Pokazują też „ludzką twarz” medyków, ich prywatność, słabości i wypalenie. To przecież nie tylko polska specyfika.
Wypalenie zawodowe wśród medyków to zjawisko systemowe, nie indywidualna słabość. Mamy wysokie wskaźniki depresji i wyczerpania emocjonalnego. To twarde dane naukowe. Ich źródła są strukturalne: przeciążenie administracyjne odrywające od pacjenta i nauki, brak kultury mówienia o własnych granicach, poczucie, że każda chwila słabości podważa kompetencje. To wymaga systemowych rozwiązań, nie tylko indywidualnej odporności.
Z pewnością nie sprzyjają temu realia, jakie mamy w Polsce. Nawet największą wrażliwość, zachwyt i zapał do nauki można stracić w świecie zdominowanym przez procedury, limity i problemy systemowe, z jakimi medycy stykają się każdego dnia. Jak zatem pogodzić to, co przynosi ta wymagająca praca, z relacjami, równowagą i rodziną? Pani się to udaje.
Work-life balance to nie jest stan, który osiągamy raz na zawsze. To codzienny wybór i codzienne negocjacje ze sobą, swoimi bliskimi, kalendarzem. Dla mnie priorytetem numer jeden jest mój kochany przedszkolak. Synek urodził się w 2020 roku, dokładnie wtedy, gdy powstawała Skin Science i kiedy obejmowałam kierownictwo katedry na Gdańskim Uniwersytecie Medycznym. Nauczyłam się wtedy jednej fundamentalnej rzeczy: nie można być w pełni wszędzie. Można być w pełni tylko tu. I na tym polega świadomy wybór.
Czas z synkiem jest dla mnie nienaruszalny. Relacje z bliskimi są zasobem, nie luksusem. Właśnie te zasady przekazuję też doktorantom i współpracownikom, bo wypoczęty, spełniony naukowiec „produkuje” lepszą naukę. Mówię o tym otwarcie, bo środowisko medyczne potrzebuje wzorców pokazujących, że poważna kariera naukowa i pełne życie osobiste nie wykluczają się. Wykluczają je natomiast brak planowania i odwagi, żeby egzekwować własne granice.
Prof. Magdalena Górska-Ponikowska będzie prelegentką konferencji „Oddech dla Medyka”, która odbędzie się w dniach 15-16 maja 2026 r. w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym w Gdańsku – wysokospecjalistycznym szpitalu klinicznym działającym przy Gdańskim Uniwersytecie Medycznym. Konferencję, która stawia w centrum zdrowie tych, którzy na co dzień ratują innych, Fundacja Hello Zdrowie objęła swoim matronatem. Więcej informacji na temat wydarzenia dostępnych jest na stronie: www.oddechdlamedyka.pl, zapisy dostępne są pod tym adresem.
Polecamy
„Nikt mnie nie będzie głodził ani mówił, co mogę, a czego nie”. Alysa Liu zaczęła wygrywać, kiedy postawiła na siebie
„Już nie chcę być silna”. O kulturze radzenia sobie za wszelką cenę mówi psycholożka Paulina Pawlak
Martyna Nejman: „Praca, która jest spełnieniem marzeń, też boli. I to dosłownie”
Geniusz. Potwór. Zbawca. Cudotwórca. Jaki naprawdę był prof. Marian Zembala?
się ten artykuł?