„Możemy uzależnić się od terapii sami, ale możemy też zostać w tym kierunku poprowadzeni”. Anna Bimer o tym, kiedy terapia może stać się antyterapią
Coraz więcej osób korzysta z psychoterapii i coraz więcej mówi się o jej znaczeniu. Rzadziej jednak zadajemy pytanie: czy zawsze działa tak, jak powinna? Anna Bimer, autorka książki „Kiedy terapia staje się antyterapią” przygląda się cienkiej granicy między pomocą a nadużyciem i uświadamia, dlaczego najważniejsze jest dobro pacjenta.
Dagmara Dąbek: Co było impulsem do napisania tej książki – konkretny przypadek, obserwacja, narastająca frustracja?
Anna Bimer: Zacznę trochę od końca – ta książka nie jest (i nie było to moim zamiarem) skierowana przeciwko terapii ani przeciwko psychoterapeutom. To jest oczywiste, że psychoterapia jest fantastycznym narzędziem i ogromną zdobyczą. W niektórych sytuacjach jest wręcz jedyną formą pomocy, jakiej specjaliści mogą udzielić osobom potrzebującym, na przykład cierpiącym na depresję lekooporną. Moje zainteresowanie tym tematem wzięło się z bardzo zwykłej, ludzkiej obserwacji. Zaczęłam spotykać osoby po psychoterapii i przyglądać się zmianom, jakie w nich zachodziły. Te osoby zdecydowanie lepiej funkcjonowały wśród ludzi, było im łatwiej żyć, bo w toku procesu zostały uwolnione z różnych kompleksów, zahamowań czy problemów, które wcześniej je dręczyły.
Co więc zaczęło budzić pani wątpliwości?
Zaczęłam się zastanawiać, czy uzbrojenie w takie pojęcia jak „ochrona wewnętrznego dziecka”, „asertywność” czy „stawianie granic” rzeczywiście pozwala podtrzymywać relacje bez uszczerbku. I to wydało mi się wątpliwe. Z czasem dotarło do mnie również, że pewne pojęcia – wprowadzane w dobrej wierze, żeby popularyzować psychologię i psychoterapię – zaczęły funkcjonować jako atrakcyjne metafory, które są wyjmowane z kontekstu i używane w zupełnie innych sytuacjach.
Jakie to ma konsekwencje?
Zaczęłam obserwować sytuacje wręcz absurdalne. Jedna pani mówi do drugiej: „Proszę pani, ale pani pies wszedł w strefę komfortu mojego psa”. Jeżeli się zastanowimy, jak często mówimy o swoich przeżyciach jako o traumach, kiedy nimi nie są, jak często powołujemy się na potrzebę stawiania granic, jak używamy pojęć typu „krytyk wewnętrzny” czy „asertywność”, to musimy przyznać, że są to bardzo dobre metafory, ale używane często bez pełnego zrozumienia. I wtedy pomyślałam, że psychoterapeuci nie zawsze są dobrze rozumiani. Być może najwyższa pora jasno powiedzieć, gdzie kończy się język potoczny i medialny, a gdzie zaczyna się istota psychoterapii.
”Rolą psychoterapeuty jest doprowadzić proces do takiego momentu, w którym człowiek nie tylko rozumie źródła swoich trudności, ale też wie, jak dalej żyć z tą wiedzą.”
Czy miała pani poczucie, że porusza temat, o którym inni boją się mówić?
Może przez moment. Dosyć szybko jednak okazało się, że wielu psychoterapeutów – tych najbardziej doświadczonych, którzy współtworzyli psychoterapię w Polsce – uznało tę książkę za bardzo potrzebną.
Z czego to wynika?
Powiem tak: zwłaszcza od momentu rozpoczęcia prac nad regulacją zawodu psychoterapeuty pojawiła się potrzeba uporządkowania tej dyskusji. Istnieją różne środowiska i różne szkoły, a między nimi spory, ale one nie powinny przesłaniać tego, co najważniejsze – dobra pacjenta. Dodatkowo wielu terapeutów czekało na możliwość zabrania głosu na temat rynku psychoterapii, który przez długi czas był w Polsce właściwie nieuregulowany.
Co to znaczy w praktyce?
To znaczy, że właściwie każdy mógł nazwać się psychoterapeutą i otworzyć gabinet, nie mając odpowiedniego przygotowania. A jednocześnie badania przeprowadzone na zlecenie uczelni SWPS dowodzą, że z psychoterapii korzysta co piąty dorosły Polak. Po pandemii można przypuszczać, że także bardzo wielu młodych ludzi. To ogromny rynek, ale przez to również pole do nadużyć.
Czy książka wywołała kontrowersje?
Tak, szczególnie w środowisku. W mediach społecznościowych pojawiła się bardzo intensywna dyskusja, momentami wręcz ataki. Najbardziej chyba poruszyło zdanie, które przytoczyłam za jedną z psychoterapeutek: że w Polsce zdarza się, iż pacjent bywa traktowany przez terapeutę jak bankomat.
Do kogo przede wszystkim kieruje pani tę książkę – do pacjentów czy do terapeutów?
Początkowo myślałam, że głównie do pacjentów, żeby uporządkować pewne nieporozumienia. W trakcie pracy zobaczyłam jednak, że problem jest poważniejszy. Poznałam osoby, które mają prawo czuć się ofiarami źle prowadzonej psychoterapii – wyszły z niej bardziej rozbite niż były na początku.
Co dzieje się w takich sytuacjach?
Zdarza się, że dochodzi do sporów sądowych między pacjentem a terapeutą. Co ciekawe, to nie tylko z inicjatywy pacjenta. Bywa, że terapeuta, broniąc się przed odpowiedzialnością, pozywa klienta, nawet za zachowania wynikające z zaburzeń, z którymi ten przyszedł po pomoc. To prowadzi do wtórnej wiktymizacji osoby, która wcześniej zaufała terapeucie. Dlatego książka jest i dla pacjentów, i dla terapeutów.
”Nie zgadzam się z twierdzeniem, że sukces terapii zależy głównie od otwartości pacjenta. To bardzo niebezpieczne, bo sugeruje, że porażka jest jego winą.”
W którym momencie terapia przestaje pomagać, a zaczyna uzależniać?
Możemy uzależnić się od terapii sami, ale możemy też zostać w tym kierunku poprowadzeni. Są osoby, które nie potrafią wyobrazić sobie życia bez cotygodniowych spotkań. To bardzo niebezpieczne, bo oznacza, że nie biorą pełnej odpowiedzialności za swoje decyzje i życie.
A co z częstą zmianą terapeutów?
To tzw. shopping terapeutyczny. Czasem ma sens, ale często oznacza ucieczkę od pracy nad sobą. Psychoterapia powinna być procesem, który ma swój początek i koniec. Nie powinna być relacją na całe życie.
Czy sposób prowadzenia terapii może pogłębiać ten problem?
Tak. Zdarza się, że terapeuta narzuca własne interpretacje – ma swój „ulubiony temat” i do niego sprowadza problemy pacjenta. To może być nie tylko niepotrzebne, ale wręcz szkodliwe.
Jakie są najczęstsze błędy terapeutów?
Kluczowe jest tzw. przymierze terapeutyczne – czyli relacja i zaufanie. Nie zgadzam się z twierdzeniem, że sukces terapii zależy głównie od otwartości pacjenta. To bardzo niebezpieczne, bo sugeruje, że porażka jest jego winą.
A gdzie w takim razie leży odpowiedzialność?
Po obu stronach, ale to terapeuta powinien mieć narzędzia, by pomóc pacjentowi się otworzyć. Nie może być tak, że ktoś wychodzi z terapii z poczuciem winy i myśli: „nawet terapia mi się nie udała”.
Co jeszcze powinno się zmienić?
Na początku procesu pacjent powinien jasno wiedzieć, na czym polega terapia, jak będzie przebiegać i czego może się spodziewać. Szczególnie ważny jest moment kryzysowy, gdy dochodzi się do sedna problemu. Wtedy terapeuta nie powinien pozostawać całkowicie neutralny, ale pomóc przejść przez ten etap.
W książce porusza pani też temat relacji z rodzicami. Dlaczego?
Od momentu, kiedy w Polsce pojawiła się książka „Toksyczni rodzice”, bardzo wiele osób odnalazło się w tej opowieści. Psychoterapeuci bardzo chętnie eksplorują ten obszar naszego życia, bo prawdę powiedziawszy nie ma nic łatwiejszego niż uwolnienie klienta czy pacjenta od poczucia winy i ograniczeń poprzez przeniesienie odpowiedzialności za jego problemy na inne osoby.
”Zaczęłam obserwować sytuacje wręcz absurdalne. Jedna pani mówi do drugiej: „Proszę pani, ale pani pies wszedł w strefę komfortu mojego psa”. Jeżeli się zastanowimy, jak często mówimy o swoich przeżyciach jako o traumach, kiedy nimi nie są, jak często powołujemy się na potrzebę stawiania granic, jak używamy pojęć typu „krytyk wewnętrzny” czy „asertywność”, to musimy przyznać, że są to bardzo dobre metafory, ale używane często bez pełnego zrozumienia.”
Czyli to może być pewne uproszczenie?
Tak. Bo oczywiście rodzice nie byli doskonali – mogę powiedzieć to również o swoich. Ale nie można ich potępiać. To są ludzie, którzy bardzo często nieświadomie powielali schematy, które sami wynieśli z własnych domów. Żyli w trudnych czasach, często byli w złych relacjach między sobą. Dlatego bardzo ważne jest, żeby psychoterapia, która porusza ten wątek, nie kończyła się na wskazaniu, kto jest odpowiedzialny za problemy pacjenta.
Co w takim razie powinno być jej celem?
Na pewno nie powinno to prowadzić do zrywania więzi ani do traktowania najbliższych w sposób chłodny czy obcy. Psychologia zajmuje się jednostką, ale psychoterapeuta – i to jest bardzo ważne – nawet jeśli nie pracuje w nurcie systemowym czy terapii rodzinnej, nie może działać przeciwko komukolwiek z otoczenia swojego pacjenta.
Czyli odpowiedzialność terapeuty nie kończy się na „uświadomieniu problemu”?
Dokładnie tak. Rolą psychoterapeuty jest doprowadzić proces do takiego momentu, w którym człowiek nie tylko rozumie źródła swoich trudności, ale też wie, jak dalej żyć z tą wiedzą.
Jak funkcjonować w relacjach, które nadal istnieją.
Oczywiście trzeba tu zrobić ważne zastrzeżenie – jeżeli mówimy o rodzinach dysfunkcyjnych czy relacjach patologicznych, to ta nowa świadomość może doprowadzić do zmiany relacji, a czasem nawet do ich czasowego zerwania. Ale dobrze byłoby, żeby również nad tym etapem czuwał terapeuta – żeby pomógł pacjentowi wybrać właściwą drogę i odpowiedzialnie ułożyć te relacje na nowo.
Coraz częściej słyszy się o pozwach przeciwko terapeutom. Skąd ten trend?
Przede wszystkim z rosnącej świadomości pacjentów. Coraz więcej osób decyduje się dochodzić swoich praw. Problem polega na tym, że brak jasnych regulacji prawnych utrudnia takie sprawy Często traktuje się terapię jak usługę, co jest uproszczeniem, ale jednocześnie jedyną dostępną ścieżką prawną. Dodatkowo sesje nie są nagrywane, więc brakuje materiału dowodowego. Mimo to już dziś zapadają wyroki z wysokimi odszkodowaniami.

okładka książki Anny Bimer „Kiedy terapia staje się antyterapią”
Anna Bimer – dziennikarka i redaktorka (m.in. „Machiny”, „Polska The Times”, „Zwierciadła”) oraz autorka książek: „Oczy wojownika”, „Rak time”, „Chciałem być piosenkarzem”, „Świat według Machulskich” i współautorka poradników napisanych z Katarzyną Miller: „Być córką i nie zwariować” oraz „Być synową i nie zwariować”.
Podoba Ci się ten artykuł?
Powiązane tematy:
Polecamy
Zafascynował się sztuczną inteligencją. Skończyło się na urojeniach, leczeniu psychiatrycznym i sporych długach
Młodzi spędzają 7 godzin dziennie przed ekranem. Eksperci Forum Cyfrowego Obywatelstwa biją na alarm
Przełomowy raport o ADHD. Naukowcy sprawdzili, w które terapie naprawdę warto zainwestować
„Kocham moje dziecko, ale…”. 10-13 procent Polaków żałuje, że zostało rodzicami
się ten artykuł?