Marta Dragan: Czy pamiętasz swój pierwszy atak paniki? Jakie miałaś wtedy odczucia w ciele i w głowie?
Sabina Mil: Tuż po maturze wyjechałam sama do Anglii. Pracowałam w restauracji. Tego dnia nieco zaspałam, więc na szybko wypiłam mocną czarną kawę, a w drodze do pracy zapaliłam papierosa. Do restauracji wbiegłam z lekką zadyszką i od razu weszłam po schodach na piętro, gdzie miałam przydzieloną sekcję. Pamiętam, że był to jeden z cieplejszych, letnich dni, a że ta część lokalu była oszklona, to wewnątrz również było gorąco i duszno. Nagle zrobiło mi się słabo. Poczułam, że nogi mam jak z waty, serce wali jak oszalałe, do tego zawroty głowy i mrowienie wokół ust oraz palców. Byłam przekonana, że mam zawał. Przerażona tym, co się ze mną dzieje, skuliłam się za schodami. Kiedy po kilku minutach wbiegł tam mój kolega, krzyknęłam do niego: „Dan, wzywaj karetkę. Ja mam zawał”.
W szpitalu powiedziano mi, że miałam anxiety attack, ale nie dostałam żadnych dalszych wskazówek. Usłyszałam, że jestem zdrowa i mogę wrócić do domu. Nikt nie wyjaśnił mi, że to może się powtórzyć. Jeszcze tego samego wieczoru miałam trzy kolejne ataki paniki, a w ciągu kilku tygodni przestałam wychodzić z domu. Bałam się dosłownie wszystkiego.
Pamiętam, że kiedy wreszcie odważyłam się wyjść na wizytę do GP (skrót od General Practitioner – w Anglii to konsultacja u lekarza pierwszego kontaktu – przyp. red), to po drodze kilka razy siadałam na ławce i płakałam. Dominującym we mnie uczuciem był strach, że to znowu przyjdzie. Z osoby aktywnej stałam się kimś, kto nie jadł, nie spał i nie mógł pracować. Drastycznie schudłam, ważyłam 42 kilogramy, włosy wypadały mi garściami, cerę miałam w fatalnym stanie, przestałam miesiączkować. Lęk dosłownie zaczął urządzać mi całe życie.
Jak to w praktyce wyglądało?
Codziennie budziłam się z przekonaniem, że umieram. Otwierałam oczy i płakałam, bo czułam obezwładniający lęk. To trwało trzy–cztery lata. W tym czasie moi rówieśnicy kończyli studia, pracowali, zakładali rodziny, a ja miałam poczucie, że stoję w miejscu. Nie miałam prawa jazdy. Z trudem wychodziłam z domu. Był czas, że nie byłam w stanie kupić sobie pieczywa w pakistańskim sklepiku, który był naprzeciwko moich drzwi wejściowych, a było w nim wszystko: mydło, powidło, papierosy, mleko. Dopiero kiedy wytłumaczyłam właścicielowi, że nie mogę stać w kolejkach, bo mam wtedy napady lękowe, to pozwolił mi wbiegać, brać, co potrzebuję i potem się rozliczać. Często rzucałam mu pieniądze na ladę, a potem on mi przynosił resztę. Czułam się jak taki duży dzidziuś, który niby wszystko może, ale jednak nic nie może. Niby byłam dorosła, zarabiałam własne pieniądze i teoretycznie mogłam robić, co chciałam, a jednocześnie zwykłe wyjście po chleb czy mleko stawało się dla mnie ogromnym wyzwaniem.
Ataki paniki sprawiły, że moje życie przypominało cyrk. Z dnia na dzień stawało się ono coraz bardziej absurdalne. Bałam się kąpać w zaparowanej łazience, więc nalewałam sobie do wanny trzy centymetry zimnej wody i polewałam się jak kaczuszka. Chodziłam żółwim tempem i nie piłam kawy, żeby przypadkiem nie przyspieszyć sobie tętna, bo prześladowała mnie wizja zawału. Kiedy robiłam zakupy spożywcze, to każdą etykietę czytałam tysiąc razy, bo bałam się, że coś mi zaszkodzi. Z domu oddalałam się najwyżej na dwa kilometry, żeby w razie czego móc szybko wrócić. Nie stałam w kolejkach, nie chodziłam do fryzjera, dentysty ani do przymierzalni. Unikałam wszystkich miejsc, z których nie mogłabym natychmiast wyjść.
Dziękuję Bogu, że wtedy internet raczkował, Google się dopiero rozwijało, a ja miałam starego, ciężkiego laptopa Sony Vaio i nie było sztucznej inteligencji. Bo pewnie bez końca sprawdzałabym każdy objaw, wpadając w coraz większą spiralę lęku. Najmniejsza sensacja związana z moim ciałem urastała do rangi epidemii. Jak miałam aftę na języku, to potrafiłam wmówić sobie, że zachorowałam na jakąś egzotyczną chorobę śmiertelną. Dziś wiem, że były to mechanizmy lękowe, ale wtedy wszystkie te scenariusze wydawały mi się całkowicie realne.
Kiedy pierwszy raz zanurzyłam głowę i zalała mnie zimna woda, nie mogłam uspokoić oddechu. Myślałam: „Zaraz się uduszę. Czy powinnam już wołać ratownika? Co mi w ogóle odbiło, żeby z okazji czterdziestki robić triathlon? Mogłam sobie kupić voucher do SPA”. Czułam strach i ogromny dyskomfort, ale zaraz potem pojawiła się myśl, że „już to znam”.
Czy w tym czasie miałaś obok siebie kogoś, kto pomógł ci wyjść z tego stanu?
Szukałam pomocy wszędzie. Byłam u psychiatrów i psychologów w Anglii i w Polsce. Koniec końców nie dostawałam narzędzi, które pomogłyby mi poradzić sobie z atakiem paniki tu i teraz.
Przez długi czas właściwie nie wychodziłam z łóżka. Aż któregoś dnia koleżanka z pracy zapoznała mnie ze swoim mężem, który też miał ataki paniki. On zawodowo zajmował się walczeniem w klatkach, był wrestlerem. Kiedy mnie zobaczył, powiedział: „Sabina, miałem to samo co ty. Przeszedłem ścieżkę terapii, leków, wszystkiego. Ty musisz przestać się tego bać”. Pomyślałam sobie wtedy: „Dobre sobie, tylko trochę niemożliwe. Ja się przecież boję dojść do drzwi wejściowych i złapać za klamkę”. Niedługo później, kiedy na jedną z wizyt wyjechałam do Polski, spotkałam Rafała, kolegę ze szkoły, który był komandosem. Podczas rozmowy przyznał mi się, że też w pracy mierzył się z atakami paniki. Zaczęłam się zastanawiać, jak to możliwe, że ludzie wykonujący tak wymagające zawody doświadczają tego samego co ja, a mimo to funkcjonują normalnie. Czytałam książki, analizowałam różne badania. Im więcej wiedziałam, tym bardziej zmieniało się moje podejście do tego, co się ze mną dzieje.
Co to znaczy?
Odkryłam, że istnieje coś takiego jak ekspozycja i że jej skuteczność w zaburzeniach lękowych jest dobrze udokumentowana. Jednocześnie jest to metoda nieprzyjemna, bo trzeba świadomie wchodzić w sytuacje, których się boimy. Pomyślałam: „Dobra, co mi szkodzi? I tak mam już tak zrujnowane życie, więc co może być gorszego?”
Jak wyglądał etap przełamywania lęku i jak to przekładało się na codzienność?
Powrót do pracy w restauracji wiązał się z ogromnym lękiem, szczególnie dlatego, że pierwszy atak paniki miałam właśnie tam. Na początku pracowałam dużo mniej, może dziesięć, piętnaście godzin tygodniowo. Później stopniowo zwiększałam liczbę godzin. A kiedy usłyszałam, że z lękiem trzeba się konfrontować, powiedziałam szefowi, że chcę pracować tylko w tej sekcji na górze, tam, gdzie miałam atak paniki. I dodałam: „Dopóki sama nie poproszę, żebyś mnie stamtąd przeniósł, zawsze mnie tam zapisuj”. Na własne życzenie wystawiałam się więc na sytuacje lękowe i uczyłam się je racjonalizować. Dla przykładu klient zamawiał ziemniaki, steka, coś jeszcze, a ja już czułam, że „odlatuję” i wyobrażałam sobie, że zaraz upadnę, rozbiję głowę o stolik, będzie karetka. A następnie powtarzałam sobie: „Oddychaj. Licz. Byłaś już w takiej sytuacji i nic się nie stało. Skoro sto razy nie upadłaś na ten stolik i nie dostałaś zawału, to jakie jest prawdopodobieństwo, że stanie się to za sto pierwszym razem?”.
Wystawianie się na lęk w innych miejscach niż praca było nieco trudniejsze. Przez długi czas też źle podchodziłam do tego, bo czekałam na dobry moment: aż wstanę prawą nogą, wiatry będą wiały z południa, a ja będę w doskonałym nastroju. Wybierałam też zazwyczaj coś, co sprawiało mi najmniejszą trudność, bo takie sytuacje miałam już w miarę opanowane. Okazało się, że muszę robić odwrotnie. Nawet jeśli mam zły dzień, muszę podejmować próby. Zaczęłam rozpisywać sobie drabinki lęku: od sytuacji, które budziły najmniejszy lęk, po te najtrudniejsze. I przede wszystkim liczyłam powtórzenia. Jeśli bałam się stania w kolejce, potrafiłam jednego dnia piętnaście razy stanąć w kolejce. Na basen chodziłam siedem razy w tygodniu. Płakałam, bałam się, ale chodziłam i stawiałam sobie kolejne kreseczki. Zauważyłam, że im częściej robię coś, czego się boję, tym szybciej ten lęk traci na sile. To było dla mnie jedno z ważniejszych odkryć.
Rolki
Czy pamiętasz moment, w którym po raz pierwszy pomyślałaś: „To nie musi tak wyglądać, mogę z tego wyjść”? Co dało ci tę nadzieję?
Po rozmowie z kolegą od wrestlingu postanowiłam wrócić do biegania. Przygotowałam sobie dres i napisałam ołówkiem na kartce: „Nazywam się tak i tak. Jeśli znajdziecie moje zwłoki, proszę przetransportujcie je do mojej mamy, do Dąbrowy Górniczej w Polsce. To znaczy, że umarłam od ataku paniki”. Wsunęłam tę kartkę do kieszeni i pomyślałam: „Trudno, idę biegać. Jak umrę, to umrę. Przynajmniej będę wiedziała, że próbowałam”. I wyszłam.
Biegłam przed siebie, oddalając się coraz bardziej od domu. Kiedy na horyzoncie nie widziałam już swojego mieszkania, kolana miałam jak z waty, w głowie helikopter, ale cała zapłakana biegłam dalej, powtarzając sobie: „Nie ma opcji, że się poddam. Albo lęk, albo ja”.
Przebiegłam chyba z dziesięć kilometrów, nie było mnie w domu co najmniej półtorej godziny, a kiedy wreszcie się zatrzymałam, zrozumiałam: „Oni mieli rację. Albo lęk się boi, albo ja. We dwoje nie możemy”. To był moment, w którym było dla mnie jasne, że moim sposobem na poradzenie sobie z lękiem jest przeciwstawienie się jemu. Na początku to oczywiście było bardzo trudne i nieprzyjemne, ale kiedy zobaczyłam, że każda próba pomaga mi odzyskać kontrolę nad lękiem, zaczęłam coraz odważniej wychodzić z domu: stać w kolejkach, chodzić na różne zabiegi, robić rzeczy, których wcześniej unikałam. Powoli, ale konsekwentnie krok po kroku wychodziłam na prostą.
Co tobie pomagało w dłuższej perspektywie?
Przede wszystkim zbawienne było dla mnie zdanie sobie sprawy z tego, że lęk nie jest tak naprawdę o objawach, tylko o przyczynach. To pozwoliło mi spojrzeć na ataki paniki jak na sygnał, że w moim życiu są obszary, o które powinnam lepiej zadbać. Zrobiłam sobie wtedy ćwiczenie, które nazywa się „kołem życia”. Trzeba było w nim wypisać różne obszary naszego zaangażowania: pracę, zainteresowania, relacje, aktywności. Okazało się, że ja właściwie miałam dwa: pracę i finanse. I nic więcej. Nie miałam bliskich przyjaciół, co najwyżej znajomych. Nie miałam zainteresowań, pasji. Dopiero kiedy to zobaczyłam rozrysowane na kartce, zdałam sobie sprawę, że zamiast cały czas koncentrować się na objawach, muszę skupić się na naprawianiu swojego życia. Zaczęłam więc szukać zainteresowań. Zapisywałam się na najróżniejsze zajęcia, żeby sprawdzić, co właściwie jest dla mnie. Chodziłam na kurs gotowania, zajęcia związane z dekorowaniem wnętrz, nawet na tańce do Pineapple Studios w Londynie. Wybierałam to, co było dostępne, i próbowałam różnych rzeczy.

Sabina Mil /fot. archiwum prywatne
Zainteresowałam się psychologią i rozwojem osobistym, a za tym przyszły kolejne zmiany. Wybrałam nowy zawód, poznałam nowych ludzi. Tak naprawdę przewartościowałam swoje życie od A do Z. Po pewnym czasie zauważyłam, że im bardziej zapełnia się to moje „koło życia”, tym lepiej się czuję. I dopiero po latach, kiedy poczułam, że na nowo odzyskałam siebie, zdecydowałam się wrócić do Polski. Od siedemnastu lat nie doświadczam ataków paniki, prowadzę normalne życie, które nie jest już życiem podyktowanym przez lęk. Właśnie zaczynam trzeci rok studiów psychologicznych na Uniwersytecie SWPS.
Psychologia wynikała z chęci lepszego zrozumienia własnych doświadczeń czy jest to kierunek, w którym chcesz rozwijać się zawodowo?
Odkąd pamiętam interesowałam się samorozwojem, funkcjonowaniem mózgu, zachowaniem człowieka, więc pomysł studiowania psychologii kiełkował we mnie bardzo długo. Pracowałam jednak w korporacji, gdzie dobrze zarabiałam, więc nie chciałam przestawiać się na zupełnie inne tory. Potem urodził się mój synek, wydałam książkę i pomyślałam, że właściwie, jeśli nie teraz, to kiedy? W końcu mam wreszcie przestrzeń, żeby się temu poświęcić. W przyszłości na pewno chcę pracować z osobami z zaburzeniami lękowymi.
Drastycznie schudłam, ważyłam 42 kilogramy, włosy wypadały mi garściami, cerę miałam w fatalnym stanie, przestałam miesiączkować. Lęk dosłownie zaczął urządzać mi całe życie.
Wspomniałaś o książce, ale od kilku lat prowadzisz też „Niepanikuj” popularny profil w mediach społecznościowych, na którym osoby doświadczające ataków paniki mogą znaleźć zrozumienie, wsparcie, ale też sporą dawkę poczucia humoru. Co sprawiło, że postanowiłaś publicznie dzielić się swoją historią?
Na początku swojej drogi czułam się trochę jak w labiryncie bez wyjścia. Nawet kiedy szłam po pomoc psychologiczną, wciąż miałam poczucie niezrozumienia. Potrzebowałam konkretnych informacji i narzędzi: co mam zrobić, kiedy pojawia się atak, ale nikt nie powiedział mi nawet, że te ataki mogą się powtarzać i że samo ich występowanie nie oznacza, że dzieje się ze mną coś strasznego. Nie usłyszałam też, że podobnych rzeczy doświadcza wiele osób. Brakowało mi naprawdę podstawowych informacji. I bardzo trudno było mi też dotrzeć do kogoś, kto miał podobne doświadczenia, kogo mogłabym zapytać o to, jak sobie z tym poradzić, co może mi pomóc. Był to wstydliwy temat, z którym większość osób się kryła.
Nazwę „Niepanikuj” wybrałam nieprzypadkowo. To właśnie te słowa oraz „Czym ty się przejmujesz?”, „Nie przesadzaj”, „Weź się do roboty, to ci przejdzie” notorycznie słyszałam, kiedy zmagałam się z atakami paniki. Oznaczały dla mnie tyle, że to, co czułam, nie było uzasadnione. Dlatego chciałam trochę je odczarować i stworzyć miejsce, w którym osoba zmagająca się z lękiem zamiast „weź się w garść” usłyszy: „Wiem, o czym mówisz. Nie jesteś z tym sama”.
Ze swoją historią wyszłam do internetu jednak na długo przed erą Instagrama. Zaczęło się od założenia bloga, na którym dzieliłam się swoimi doświadczeniami i przemyśleniami. Okazało się, że osób przeżywających coś podobnego jest mnóstwo. Regularnie dostawałam wiadomości z pytaniami o to, jak sobie poradziłam.
Jakie zdanie najczęściej przewija się w wiadomościach, które obecnie dostajesz od obserwujących?
„Z tego się nie da wyjść. To już będzie ze mną na zawsze”. Ludzie piszą, że takie rzeczy słyszą czasem w gabinetach: „Z tym to już pani będzie żyła do końca życia. Można nauczyć się nad tym panować, ale wyleczyć się z tego nie da”. A przecież jeśli słyszysz coś takiego już podczas pierwszej wizyty, to odbiera ci to chęć do działania.
Wiele osób, z którymi rozmawiam, w ogóle nie łączy ataków paniki ze swoim stylem życia, z tym jak wygląda ich sen, sposób odżywiania, ilość pracy, odpoczynek czy relacje z ludźmi. Oczywiście samo zadbanie o te rzeczy nie musi rozwiązać problemu, ale może być punktem wyjścia. Ja długo myślałam: „Jak pozbędę się palpitacji serca, kolan jak z waty i natrętnych myśli, to dopiero zacznę żyć”. Okazało się, że najpierw musiałam zacząć żyć, żeby uwolnić się od tych objawów.
Jak dbasz o to, żeby dzieląc się własnym doświadczeniem i pomagając innym, nie wchodzić w rolę terapeutki czy osoby stawiającej diagnozy?
Mam ogromną świadomość tej odpowiedzialności i bardzo jasno komunikuję swoją rolę. Jestem coachem na poziomie PCC i prowadzę wyłącznie konsultacje coachingowe. Pomagam między innymi zmienić perspektywę patrzenia na ataki paniki: zobaczyć w nich nie coś, co przyszło człowieka zniszczyć, ale pewien sygnał, że być może jakiś obszar życia wymaga uwagi. Wiem, gdzie kończą się kompetencje coacha, a zaczynają kompetencje psychologa czy psychoterapeuty. Dlatego jeżeli widzę, że ktoś potrzebuje opieki specjalisty, kieruję go do odpowiednich osób. Zależy mi na tym, żeby treści, które publikuję, były odpowiedzialne i oparte zarówno na doświadczeniu, jak i na wiedzy.
Mój kanał ma przede wszystkim dawać nadzieję, edukować i trochę też bawić. Chcę pokazywać, że z zaburzeń lękowych można wyjść. Sama wiem, jak wiele nadziei może dać historia kogoś, kto uwolnił się od lęku. Kiedy zobaczyłam, że komandos poradził sobie z atakami paniki, od razu nabrałam wiatru w żagle.
Od 17 lat nie masz ataków paniki, ale życie nadal przynosi trudne i nieprzewidywalne sytuacje. Jak przeżywasz je dzisiaj? Zdarza ci się jeszcze odczuwać silny lęk?
Tak, tylko nie jest to już taki lęk znikąd, pojawiający się w sytuacji, w której nie ma żadnego zagrożenia. W zeszłym roku po raz pierwszy robiłam triathlon. Musiałam nauczyć się pływać z głową zanurzoną pod wodą, bo wcześniej pływałam rekreacyjnie żabką, z głową nad powierzchnią. W dodatku czym innym jest basen, a czym innym otwarty zbiornik. Kiedy weszłam do tej mętnej, ciemnej wody na Pogorii, wyobraźnia od razu zaczęła pracować: rekiny, meduzy, coś, co zaraz wciągnie mnie pod wodę. Oczywiście żadnych rekinów tam nie ma, ale było zimno, niebo było pochmurne, więc ta woda wydawała się jeszcze bardziej mroczna.
Kiedy pierwszy raz zanurzyłam głowę i zalała mnie zimna woda, nie mogłam uspokoić oddechu. Myślałam: „Zaraz się uduszę. Czy powinnam już wołać ratownika? Co mi w ogóle odbiło, żeby z okazji czterdziestki robić triathlon? Mogłam sobie kupić voucher do SPA”. Czułam strach i ogromny dyskomfort, ale zaraz potem pojawiła się myśl, że „już to znam”. Zaczęłam więc liczyć. Doliczyłam chyba do tysiąca ośmiuset, uspokoiłam się i popłynęłam dalej. Ta sytuacja sprawiła, że teraz jeżdżę z mężem nad Jezioro Czerniakowskie, biorę boję i pływam. Jeśli wiem, że czegoś się boję, tym bardziej mam ochotę się z tym oswajać.
Dziś koncentruję się na dbaniu o swój układ nerwowy. Biegam, uprawiam sport, trenuję triathlon, jeżdżę na rowerze. Mam synka, który jest małym hokeistą, więc wożę go na treningi. Podchodzę do tego tak: skoro przez cały tydzień dobrze „karmię” swój mózg, to kiedy przychodzi wywiad, triathlon czy cały weekend na uczelni, on jest szczęśliwy i daje mi święty spokój.
Kiedy dowiedziałaś się, że powstaje „Krótka Instrukcja. O Atakach Paniki”, co pomyślałaś?
Moja pierwsza reakcja była: „Boże, jakie to jest zarąbiste!”. Taka instrukcja powinna trafić do każdego nauczyciela, do ludzi pracujących z innymi ludźmi, do menadżerów w korporacjach. To jest wspaniała inicjatywa. Sama chciałabym dostać taką broszurę na początku mojej historii z atakami paniki. Bardzo by mi wtedy pomogła.