Lęk wysokofuncjonujący jest społecznie nagradzany. Zmagające się z nim osoby słyszą: „rób jeszcze więcej”
Nie każda osoba zmagająca się z lękiem wygląda na zagubioną lub wycofaną. Czasem lęk działa odwrotnie – mobilizuje, napędza do działania i wzmacnia dążenie do perfekcji. Czym jest „high-functioning anxiety”, dlaczego zaburzenie tak długo pozostaje niezauważone i jak odróżnić je od zdrowej ambicji? – Zachowaniem takiej osoby rządzi wewnętrzny przymus: muszę, nie mogę zawieść, jeśli odpuszczę, wszystko się posypie – tłumaczy psycholog Marzena Stelmach-Tondos z Kliniki PsychoMedic.pl.
Ewa Podsiadły-Natorska: Co kryje się pod określeniem „high-functioning anxiety”?
Mgr Marzena Stelmach-Tondos: Jest to określenie popularne w mediach i psychoedukacji, nie jest jednak formalną jednostką diagnostyczną ani w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób ICD-11, ani w klasyfikacji zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego DSM-5. Najprościej tłumacząc, pod pojęciem „high-functioning anxiety” kryje się wysoki poziom lęku, który nie wyłącza człowieka z działania, tylko przeciwnie – napędza do jeszcze większej kontroli, pracowitości i perfekcjonizmu. Na zewnątrz taka osoba jest „ogarnięta”, zorganizowana, „zawsze dowozi”, lecz w środku odczuwa napięcie, presję, stałe zamartwianie się.
Mamy polski odpowiednik na to określenie?
Polskie odpowiedniki, których używa się w praktyce klinicznej i edukacji, to: „lęk wysokofunkcjonujący” lub „wysoko funkcjonujący lęk”, „lęk maskowany sprawczością” oraz „lęk napędzany kontrolą i perfekcjonizmem”. Warto przy tym podkreślić, że pod określeniem „high-functioning anxiety” często mieszczą się dobrze znane obrazy kliniczne. Może to być uogólnione zaburzenie lękowe, mechanizmy lęku społecznego, cechy perfekcjonizmu klinicznego, a niekiedy również elementy zaburzeń obsesyjno-kompulsyjnych. U części osób wysoki poziom lęku pojawia się w przebiegu ADHD, kiedy to dana osoba „wewnętrzny chaos” próbuje przykryć hiperorganizacją.
Co odróżnia „high-functioning anxiety” od ambicji, perfekcjonizmu czy po prostu poczucia odpowiedzialności?
W terapii poznawczo-behawioralnej, którą prowadzę, to rozróżnienie odbywa się nie po efektach czy wynikach, ale po funkcji zachowania i jego koszcie psychicznym. Ambicja, perfekcjonizm czy wysoka odpowiedzialność same w sobie nie są problemem – o ile służą człowiekowi, a nie lękowi. Zdrowa ambicja i odpowiedzialność zwykle dają poczucie satysfakcji oraz sensu; czasem pozwalają odpuścić, kiedy jest to racjonalne lub potrzebne. Opierają się na wartościach, a nie na strachu przed oceną czy porażką. Po wykonanym zadaniu pojawia się wówczas ulga, domknięcie i przestrzeń na odpoczynek.
W „high-functioning anxiety” mechanizm jest inny. Działanie napędza przede wszystkim lęk – przed konsekwencjami, oceną, utratą kontroli albo poczuciem, że „coś się zawali”. Pojawiają się rytuały: nadmierne planowanie, sprawdzanie, przewidywanie wszystkich możliwych scenariuszy, dopinanie szczegółów do granic wyczerpania. Ulga po wykonaniu zadania jest krótkotrwała i szybko ustępuje miejsca kolejnemu „a co jeśli…?”. Zachowaniem takiej osoby rządzi wewnętrzny przymus: muszę, nie mogę zawieść, jeśli odpuszczę, wszystko się posypie.
”W świecie nagradzającym wydajność i efekt taka strategia bardzo często przynosi sukces. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy koszty fizyczne i emocjonalne przekraczają ewentualne korzyści.”
Po czym poznać, że wpadliśmy w sidła „lęku wysokofunkcjonującego”?
Moment graniczny zwykle zaczyna się wtedy, gdy wysokie standardy przestają być wyborem, a stają się koniecznością. Kiedy odpoczynek nie regeneruje, lecz wywołuje poczucie winy. Kiedy błąd urasta do rangi katastrofy, a życie coraz bardziej przypomina projekt, którym trzeba zarządzać, przestaje być natomiast przestrzenią „do przeżywania”. Wtedy nie mówimy już o ambicji, tylko właśnie o lęku.
Dlaczego osoby z „high-functioning anxiety” słyszą: „Przesadzasz, przecież masz wszystko pod kontrolą”? Jakie są koszty takiego sposobu funkcjonowania?
To niezwykle częsty schemat, bo otoczenie widzi to tak: skoro ktoś działa, „ogarnia”, to znaczy, że nie cierpi. Lęk wysokofunkcjonujący bywa wręcz społecznie nagradzany. Terminowość, perfekcyjne wyniki, niezawodność są chwalone i doceniane, więc taka osoba słyszy komunikat: „Twoja strategia działa – rób jeszcze więcej”. Dla lęku to jak dolewanie oliwy do ognia. Dlatego koszty psychiczne narastają po cichu. Pojawia się przewlekłe napięcie, drażliwość, tzw. krótki lont. Coraz trudniej wyciszyć myśli, szczególnie wieczorem, a zamartwianie się staje się niemal automatyczne. Towarzyszy temu poczucie, że nigdy nie jest „wystarczająco dobrze”, lęk przed błędem, ciągłe porównywanie się i wstyd. Z czasem pojawia się też ciągły smutek – sukcesy przestają cieszyć, dają jedynie chwilowe uspokojenie. Typowe dla „high-functioning anxiety” są również koszty somatyczne.
Proszę wytłumaczyć.
To przede wszystkim bezsenność, a zwłaszcza wybudzenia pomiędzy drugą a czwartą nad ranem z gonitwą myśli. Dochodzą do tego napięciowe bóle głowy, karku i szczęki związane z zaciskaniem żuchwy, dolegliwości żołądkowo-jelitowe, refluks, objawy jelita drażliwego. Wiele osób doświadcza kołatania serca, spłyconego oddechu, uczucia w rodzaju „nie mogę złapać powietrza”, a także spadku odporności, nawracających infekcji i głębokiego wyczerpania.

Marzena Stelmach-Tondos /fot. archiwum prywatne
Te osoby zgłaszają się po pomoc?
Osoby z „high-functioning anxiety” najczęściej zgłaszają się po pomoc dopiero wtedy, gdy pęka cały „system podtrzymujący”. Ciało w końcu mówi „stop” – poprzez bezsenność, ataki paniki czy nasilone objawy somatyczne. Albo gdy pojawia się kryzys w relacjach lub spada wydajność zawodowa. Czasem impulsem do szukania pomocy jest ktoś bliski, kto w końcu nazywa rzeczy po imieniu: „Ty nigdy nie odpoczywasz, tylko przeskakujesz z jednej czynności w drugą”.
Skąd bierze się silna potrzeba kontroli, przewidywalności i lęk przed porażką? Dlaczego u części osób te mechanizmy stają się dominującym sposobem radzenia sobie z trudnościami i ogólnie z życiem?
Mechanizm jest dość prosty: kontrola przynosi chwilową ulgę, napięcie spada, więc mózg uczy się, że „tylko kontrola ratuje”. Z czasem ten schemat się utrwala i zaczyna działać automatycznie. Źródła takiego wzorca bardzo często się ze sobą splatają. Jednym z nich jest temperament i podatność biologiczna; niektóre osoby mają wyższą wrażliwość na zagrożenie, łatwiej uruchamia się u nich układ stresu, częściej też wpadają w zamartwianie się. To swoisty „grunt”, na którym środowisko może zbudować określony styl radzenia sobie.
Drugim ważnym czynnikiem bywa warunkowa akceptacja w dzieciństwie. Jeśli dziecko widzi, że uwaga, bliskość czy spokój dorosłych pojawiają się głównie wtedy, kiedy jest „grzeczne”, „najlepsze”, „bezproblemowe”, rodzi się w nim przekonanie, że musi takie być, aby czuć się osobą bezpieczną i wartościową. Często pojawia się również wczesna nadmierna odpowiedzialność i rola „tej dzielnej”, „tego dzielnego”. Dziecko przejmuje wówczas – emocjonalnie albo praktycznie – funkcje dorosłych, a w dorosłości kontrola staje się elementem tożsamości: „Beze mnie to się rozpadnie”. Do tego dochodzi presja edukacyjna i kultura sukcesu. W świecie, w którym odpoczynek bywa traktowany jak lenistwo, a nie jak element higieny psychicznej, lęk bardzo łatwo pomylić z produktywnością. Jest wtedy społecznie nagradzany i przez długi czas pozostaje niezauważony.
Mówi się, że to zjawisko dotyka zwłaszcza kobiet – matek, specjalistek, liderek „ogarniających wszystko”. Na ile jest to kwestia biologii, a na ile narzuconych nam ról i oczekiwań społecznych?
Najczęściej jest to mieszanka obu czynników, jednak w praktyce klinicznej wyraźnie widać, jak dużą rolę odgrywają role społeczne, socjalizacja i przeciążenie mentalne. Biologia może wpływać na podatność na lęk czy reaktywność układu stresu, jednak to społeczne oczekiwania często nadają lękowi konkretną formę. Kobiety znacznie częściej słyszą – wprost albo między wierszami – przekaz, że powinny być miłe, zaradne, stale dostępne emocjonalnie. Mają przewidywać potrzeby innych, dbać o relacje i atmosferę. Nie wypada im się rozsypać, nawet jeśli przeżywają trudności. W codziennym życiu wygląda to tak, że ktoś funkcjonuje znakomicie na zewnątrz, ale jednocześnie bierze na siebie odpowiedzialność za atmosferę w domu, nosi w głowie całą logistykę rodziny, w pracy jest niezastąpiony i nigdy niczego nie zawala. Wewnątrz takiej osoby coraz silniejsze jest poczucie, że jeśli choć na chwilę zwolni, to wszystkich zawiedzie.
Miewa pani takie przypadki w swoim gabinecie?
Jak najbardziej. W gabinecie często pojawia się bardzo podobny obraz „high-functioning anxiety” złożony z wielu typowych historii. Menedżerka, mama dwójki dzieci, wszystko dopięte. Na terapię trafia nie dlatego, że „ma lęk”, tylko dlatego, że nie śpi, a jej serce zaczyna wariować. Mówi: „Jak odpuszczę, to wszystko się posypie”. To zdanie jest kluczowe, ponieważ pokazuje, że lęk nie musi być przeżywany jako emocja – bardzo często staje się całym systemem zarządzania ryzykiem i odpowiedzialnością.
Jak „high-functioning anxiety” wpływa na relacje i bliskość w związku?
Stałe napięcie utrudnia emocjonalną obecność. Taka osoba może być fizycznie w domu, obok, ale psychicznie nadal jest w trybie zadaniowym. Pojawia się „zarządzanie w głowie”, trudność w delegowaniu zadań, drażliwość. Partnerzy mogą czuć się krytykowani lub niekompetentni. W obszarze intymności częsta jest trudność w przełączeniu się z trybu kontroli na tryb bliskości; gdy układ nerwowy jest stale pobudzony, trudno o spontaniczność czy swobodę. Seks staje się kolejnym obszarem do realizacji. Zadaniem do odhaczenia.
„High-functioning anxiety” dotyka również dzieci, które uczą się przede wszystkim przez naśladowanie. Gdy widzą, że wartość człowieka jest ściśle powiązana z perfekcją i nadmierną odpowiedzialnością, łatwo przejmują lęk przed popełnianiem błędów.
”Pod pojęciem „high-functioning anxiety” kryje się wysoki poziom lęku, który nie wyłącza człowieka z działania, tylko przeciwnie – napędza do jeszcze większej kontroli, pracowitości i perfekcjonizmu. Na zewnątrz taka osoba jest „ogarnięta”, zorganizowana, „zawsze dowozi”, lecz w środku odczuwa napięcie, presję, stałe zamartwianie się.”
Czy osoby z tym zaburzeniem zdają sobie z niego sprawę? Jak wygląda praca terapeutyczna?
Świadomość tych osób bywa ograniczona. Często nie identyfikują się one z etykietą „lęk”, „lękowa/lękowy”. Postrzegają siebie jako osoby wymagające, odpowiedzialne, ambitne. Lęk bywa przez nie racjonalizowany jako cecha charakteru. Największym oporem w terapii jest obawa, że redukcja kontroli oznacza utratę skuteczności. Dlatego w terapii poznawczo-behawioralnej pracujemy nie nad „odebraniem ambicji”, lecz nad zwiększeniem elastyczności. Kluczowe jest stopniowe uczenie się tolerancji na niepewność oraz „eksperymenty behawioralne”, które pozwalają sprawdzić, czy świat rzeczywiście rozpada się, kiedy nie kontrolujemy każdego detalu. Największą pracę terapeutyczną muszą wykonać osoby, u których „high-functioning anxiety” silnie dotyka tożsamości: „Kim będę, jeśli nie będę tą osobą, która zawsze daje radę?”.
Czy z pani perspektywy „high-functioning anxiety” jest w pewnym sensie adaptacją do współczesnego stylu życia?
W pewnym sensie tak. W świecie nagradzającym wydajność i efekt taka strategia bardzo często przynosi sukces. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy koszty fizyczne i emocjonalne przekraczają ewentualne korzyści.
Gdyby miała pani wskazać kilka sygnałów ostrzegawczych, które powinny skłonić osobę z tym zaburzeniem do zatrzymania się i poszukania pomocy, jaki byłby moment graniczny, którego nie powinno się dłużej racjonalizować ani przeczekiwać?
Moment graniczny zwykle nie jest dramatyczny – to raczej przewlekłe zmęczenie, brak radości, trudność w wyciszeniu się, narastająca drażliwość, poczucie, że życie stało się nieustannym projektem do zarządzania. Gdy ciało wysyła nam sygnały alarmowe, a relacje z innymi ludźmi zaczynają cierpieć na naszym trybie życia, nie warto tego racjonalizować. Najważniejszym pytaniem, jakie można sobie wtedy zadać, jest: „Czy moje funkcjonowanie jest wyborem, czy raczej przymusem?”. Jeśli odpowiedź brzmi „przymusem”, jest to moment, w którym warto się zatrzymać i poszukać wsparcia. Bo skuteczność bez spokoju nie jest zdrowiem. A kontrola nie zawsze oznacza bezpieczeństwo.
Mgr Marzena Stelmach-Tondos – psycholog, diagnosta, psychoterapeuta, seksuolog dzieci, młodzieży oraz osób dorosłych. Pracuje w nurcie poznawczo-behawioralnym, używając elementów dialektyczno-behawioralnych i schematu. Związana m.in. z Kliniką PsychoMedic.pl.
Zobacz także
Monika Winek: Lęk pozwala nam przetrwać. Nie walcz, nie uciekaj, naucz się go przeżywać
Cukierek, który może pomóc w przerwaniu ataku paniki. Lekarz wyjaśnia, jak to działa
„Unikanie odczuwania lęku ma poważniejsze negatywne skutki niż jego faktyczne odczuwanie”. O zaburzeniach lękowych mówi Natalia Kocur
Polecamy
„Bój się i rób” to wyświechtany slogan czy życiowa prawda? Sprawdzamy z ekspertką
„Onkolog też może zachorować na raka, a ksiądz grzeszy” – mówi Maja Rosińska, psycholożka z zespołem Tourette’a i ADHD
Emma Stone: „Kiedy odczuwasz strach, ale starasz się działać, potwór siedzący na ramieniu kurczy się, kurczy i kurczy”
„Nie wybieramy sobie choroby”. Depresja w okresie okołoporodowym
się ten artykuł?