Przejdź do treści

„Odwaga to nie brak strachu”. Tomasz Michniewicz o tym, jak radzić sobie w świecie ciągłego lęku

Tomasz Michniewicz - Hello Zdrowie.pl
Tomasz Michniewicz / Źródło: tomekmichniewicz.pl
Podoba Ci
się ten artykuł?

Żyjemy w świecie, który nieustannie podsuwa nam nowe powody do niepokoju: wojny, kryzysy, zmiany społeczne, niepewność zawodowa i codzienny nadmiar bodźców. Tomasz Michniewicz przekonuje jednak, że spokój nie polega na wierze, że nic złego się nie wydarzy, ani na powtarzaniu sobie, że wszystko będzie dobrze. Jego zdaniem prawdziwa odporność psychiczna rodzi się z przygotowania, poczucia sprawczości i świadomości, że nawet w trudnej sytuacji nie jesteśmy całkowicie bezradni. „Prawdziwy spokój bierze się z tego, że wiesz, co zrobisz, kiedy coś się wykrzaczy” – mówi podróżnik, reporter i autor książki „Dasz radę. Instrukcja na trudne czasy”.

 

Magdalena Tereszczuk, Hello Zdrowie: Tomku, czy pamiętasz, kiedy ostatnio pomyślałeś sobie, że nie dasz rady?

Tomasz Michniewicz: W każdej dużej wyprawie, w której biorę udział, pojawiają się trudne momenty i nazywamy je low pointami albo dipami. W naszym wyprawowym świecie te chwile są jednak w pewnym sensie zaplanowane. To nie jest kryzys, który nagle spada ci na głowę. My przygotowujemy się na trudności i chwilowe niedyspozycje, traktując je jako naturalny, wręcz obowiązkowy element planu. To trochę jak z maratonem. Jeśli biegniesz, wiesz, że w pewnym momencie będziesz zmęczona, spocona, że organizm zacznie protestować. I to jest normalne. Podobnie u nas – to, co dla wielu ludzi jest kryzysem albo zaskakującym problemem, my zakładamy z góry. A kiedy już się pojawia, myślimy: „Dobrze, tak miało być. Wiedziałem, że przyjdzie chwila, kiedy będę pod ścianą”. To jest właśnie ten moment, kiedy trzeba się podeprzeć nosem i iść dalej. Dlatego trudno mi odpowiedzieć na pytanie, kiedy pomyślałem, że nie dam rady, bo za każdym razem wiem, że taki moment nadejdzie, i wiem też, co zrobić, żeby z niego wyjść. To nie są chwile, w których nie wiadomo, co dalej. To raczej krótka niedyspozycja, wpisana w cały proces.

W książce „Dasz radę. Instrukcja na trudne czasy” napisałeś, że jesteś cykorem. Czytając o twoich niesamowitych podróżach, w których bierzesz udział, aż trudno mi w to uwierzyć.

Absolutnie tak jest. Poza tym tak naprawdę wszyscy jesteśmy cykorami, nawet ci ludzie, których podziwiamy i o których myślimy „wow, jaki odważny człowiek”. Weźmy choćby Andrzeja Bargiela, jednego z najlepszych skialpinistów na świecie. Znam go i wielokrotnie o tym rozmawialiśmy. Powie to samo, co większość ludzi uprawiających sporty ekstremalne, że przed każdym dużym wyzwaniem człowiek po prostu się boi. Ma, mówiąc kolokwialnie, pełne portki. To, co odróżnia ludzi postrzeganych jako niezłomni, nieugięci czy wyjątkowo odważni, nie polega na tym, że nie odczuwają strachu. Nie mają przecież wyciętej części mózgu odpowiedzialnej za lęk ani nie pozbyli się ciała migdałowatego. Różnica polega wyłącznie na umiejętności działania pomimo strachu. I tego można się nauczyć. Nasza neuroplastyczność bardzo temu sprzyja. Mózg można trenować dokładnie tak samo jak mięśnie. Można stworzyć dla niego swoistą „siłownię”, ćwiczyć określone reakcje, schematy działania, uczyć go konkretnych odruchów, wręcz go tresować. Dzięki temu, kiedy przychodzi prawdziwa sytuacja, w terenie czy w życiu, organizm reaguje zgodnie z tym, co wcześniej zostało wypracowane i utrwalone.

Tomasz Michniewicz - Hello Zdrowie

Tomasz Michniewicz na jednej ze swoich wypraw / Źródło: tomekmichniewicz.pl

Boimy się wszyscy. Ja również boję się bardzo często, czasem wręcz potwornie. W swojej książce wymieniałem różne sytuacje: zdarzyło mi się ze strachu posikać, raz nawet zasnąłem ze skrajnego napięcia. Strach to emocja, która bardzo często mi towarzyszy. Tyle, że mimo niego robię dalej to, co trzeba.

Rok temu, w maju, podczas wyprawy do buszu klientka, którą prowadziłem, nieświadomie naraziła nas oboje na śmiertelne niebezpieczeństwo. Wysiadła sama z samochodu, nic mi nie mówiąc, usiadła na płaskim kamieniu, jak się okazało, przy wodopoju nosorożców, i zaczęła spokojnie opalać się w słońcu, kompletnie nieświadoma sytuacji. W tym czasie od tyłu podeszły do niej dwa nosorożce. Stanęły może osiem metrów za jej plecami. Dla takich zwierząt to dwie sekundy biegu. Mówimy o dwóch półtoratonowych kolosach, to trochę tak, jakby dwa rozpędzone SUV-y ruszyły prosto na człowieka.

No i co zrobiłeś?

W takim momencie nie ma czasu na analizę. Musiałem wejść między nią a te zwierzęta i wziąć całe ryzyko na siebie. Czy się bałem? Absolutnie. Mam zegarek wyprawowy monitorujący tętno, z ustawionym alarmem na poziomie uznawanym za niebezpieczny dla mojego wieku, 175 uderzeń na minutę. Zaczął alarmować natychmiast, jeszcze zanim zdążyłem zareagować. To pokazuje, jak ekstremalny był poziom stresu, i potwierdzały to wszystkie wskaźniki organizmu. Strach więc jest. Jest realny, fizjologiczny, bardzo silny. Ja również jestem cykorem, tak jak większość z nas. No i trzeba z tym żyć.

na zdjęciu: kobieta w pracy, ma zamyśloną minę; tekst o lęku wysokofunkcjonującym - Hello Zdrowie

Jak to się stało, że zaczęły cię kręcić ekstremalne podróże?

Jeśli myślisz, że lubię adrenalinę, to od razu wyprowadzę cię z błędu. To nie tak. To bardzo powszechne wyobrażenie. Ludzie spoza naszej branży – my zwyczajowo nazywamy ich „cywilami”, nie wiem skąd to się wzięło, ale tak się po prostu utarło – czyli osoby, które nie zajmują się sportami wyczynowymi czy ekstremalnymi, bardzo często patrzą na nas właśnie w ten sposób. Często wyobrażacie sobie, że jesteśmy adrenalinowymi junkies, że potrzebujemy mocnych przeżyć. A to kompletnie tak nie działa. Jeśli zajmujesz się wyczynami zawodowo, robisz to regularnie, to jest twój sposób na życie i twoja praca, a do tego masz dzieci, partnerkę czy partnera, to adrenalina staje się raczej efektem ubocznym. My wiemy, że ona będzie, i staramy się ją minimalizować tak bardzo, jak tylko się da, bo po prostu przeszkadza w robocie. Podejmujemy się zadań, które oczywiście generują ogromne wyrzuty kortyzolu i adrenaliny, ale robimy wszystko, żeby było ich jak najmniej.

Mamy na to różne sposoby, na przykład przygotowujemy się wcześniej, robimy miejsce na kryzysy, stosujemy tak zwany front loading, czyli planujemy zawczasu, przewidujemy, co może pójść nie tak. A kiedy coś rzeczywiście się wydarza, mamy gotowe plany awaryjne, które wdrażamy natychmiast, bez zastanawiania się. To właśnie minimalizuje reakcję stresową.

My uciekamy od adrenaliny, bo zadanie, które wykonujemy, wymaga maksymalnego skupienia, a adrenalina to skupienie zaburza. Paradoksalnie często mamy wrażenie, że to raczej „cywile” potrzebują adrenaliny. To nasi klienci, ludzie, którzy pracują w korporacjach od poniedziałku do piątku, a potem w weekend muszą skoczyć na bungee, pojechać rajdowo na nartach czy spłynąć pontonem rwącą rzeką, bo potrzebują mocnych bodźców. Korporacyjny styl życia często generuje potrzebę adrenaliny. Nasz styl życia daje jej nadmiar, więc my od niej raczej uciekamy.

A co mi to daje? To w ogóle zaczęło się nie jako świadoma decyzja, że od teraz będę wyczynowym podróżnikiem, tylko jako seria sytuacji, które prowadziły mnie przez życie. Robisz jeden krok w tamtą stronę, potem kolejny, potem jeszcze jeden i z czasem coraz bardziej w to wchodzisz. To samo dotyczyło mojej pracy reporterskiej. Wchodziłem w środowiska, w których mogło wydarzyć się wszystko. Często zajmowałem się “penitencjarką”, wchodziłem do więzień, pracowałem z operatorami sił specjalnych, z oszustami w Las Vegas. Bardzo często były to miejsca i środowiska, które normalnie nie wpuszczają nikogo z zewnątrz. To dawało mi ogromną osobistą satysfakcję i poczucie, że robię rzeczy, które mało kto jest w stanie zrobić, bo trudno tam dotrzeć, trudno zdobyć zaufanie tych ludzi, trudno to udźwignąć fizycznie i psychicznie. A kiedy człowiek jest młody, wydaje mu się jeszcze, że jest niezniszczalny i nieśmiertelny.

Jesteśmy w zachodnim społeczeństwie wychowywani tak, żeby brać na siebie jak największe ryzyko, żeby być dzielnym, walecznym, żeby się nie bać. A to nie tak działa. (...) Takie durne bohaterstwo to najgorsza metoda radzenia sobie z wyzwaniami i z lękiem, bo jest paraliżujące

Czy z czasem to zaczęło się u ciebie zmieniać? Wyobrażam sobie, że gdy zakłada się rodzinę, to trochę inaczej patrzy się już na świat.

Kiedy dorastasz i zaczynasz rozumieć, że nie masz żadnej ochronnej bańki, która osłoni cię przed wszystkim, zaczynasz dużo bardziej ważyć, czy coś naprawdę jest warte ryzyka. I dziś powiedziałbym, że te wszystkie niebezpieczne sytuacje uczą mnie radzić sobie we wszystkich innych obszarach życia. Jeśli potrafisz poradzić sobie w dżungli czy na pustyni, a dosłownie kilka dni temu wróciłem z ponad tygodniowego marszu przez bardzo odizolowaną część algierskiej Sahary, jeśli tam umiesz przetrwać burzę piaskową, poradzić sobie z zagrożeniem, nawigować w trudnych warunkach, to kiedy wracasz do Polski, naprawdę potrzeba dużo więcej, żeby wyprowadzić cię z równowagi. Szef wzywa cię w piątek o 17:00 na rozmowę? Dobrze, niech wzywa. Najwyżej mnie zwolni. Skoro poradziłem sobie tam, poradzę sobie i tutaj. I to jest chyba największa wartość. Ekstremalne podróżowanie to jest takie laboratorium radzenia sobie w bardzo trudnych sytuacjach. To po prostu wzmacnia. Sprawia, że czuję się mocniejszy i bardziej odporny.

To mi trochę przypomina poczucie, które się we mnie pojawiło, gdy urodziłam moje dzieci. Miałam wrażenie, że skoro nie umarłam na porodówce, to już ze wszystkim dam sobie radę. Powiedz mi, czy każdy mniej więcej podobnie reaguje na stres?

Niestety nie ma jednej odpowiedzi na to, jak ludzie reagują na stres, bo to jest bardzo osobnicze. Co więcej, decydują o tym nie tylko geny, ale też sposób wychowania, wcześniejsze doświadczenia, to, jak radziłaś sobie z kryzysami, jakich strategii używałaś i czy były one skuteczne. Można by to raczej rozrysować jako spektrum. Na jednym jego krańcu mamy ludzi przekonanych, że nic ich nie złamie, że będą stać niewzruszenie, choćby się waliło i paliło. To jest zwykle błędne przekonanie, bo wszystko zależy od natężenia stresora. Ja wielokrotnie widziałem bardzo wyszkolonych ludzi, choćby podczas szkoleń operatorów sił specjalnych, którzy pękali w ciągu pierwszej godziny. Masz przed sobą wielkiego, napakowanego faceta, który wygląda jak szafa z wołowiną, a po godzinie siedzi na ziemi, ma łzy w oczach i mówi: „Ja chcę do domu”. Jeśli zastosujesz odpowiednią kombinację presji psychicznej, fizycznej i zmęczenia, naprawdę można to osiągnąć bardzo szybko.

Tomasz Michniewicz - Hello Zdrowie

Tomasz Michniewicz na jednej ze swoich wypraw / Źródło: tomekmichniewicz.pl

Na drugim końcu skali są ludzie bardzo podatni na stres, panikarze albo osoby o wysokiej reaktywności. Ich skrajną reakcją jest zamrożenie. Dzieje się coś złego, układ nerwowy zostaje przeciążony napięciem i po prostu się wyłącza. Taka osoba siedzi, patrzy przed siebie, nie ma z nią kontaktu, czasem płacze, ale nie jest w stanie zareagować. Trzeba się nią zająć.

A pomiędzy tymi skrajnościami mieści się całe spektrum możliwych reakcji, mnóstwo wariantów i ich kombinacji. Gdyby narysować krzywą Gaussa, to największa grupa znalazłaby się pośrodku. To ludzie, którzy w sytuacji stresowej działają przede wszystkim instynktownie, pod wpływem lęku i strachu. Reagują czysto reaktywnie i nie wiedzą, co zrobić, więc robią to, co podpowiada im układ nerwowy. Lecą na autopilocie. I to jest znakomita większość z nas. Niestety właśnie wtedy popełniamy największe i najbardziej kosztowne błędy.

Kiedy mówimy o stresie, ludziom najczęściej przychodzi do głowy napięcie w pracy, jakaś prezentacja, trudna rozmowa czy spotkanie z działem HR. Tymczasem najbardziej kosztowne błędy popełniamy w stresie codziennym, osobistym, tam, gdzie stawką są relacje, zdrowie albo życie. To może być sytuacja, od której zależy, czy rozpadnie się twój związek, czy utrzymasz relację z dziećmi, czy nie wyjdą z domu i już nie wrócą. To może być zwykła sytuacja ucieczki, w której spanikujesz, rzucisz się biegiem po schodach i złamiesz nogę albo skręcisz kark, bo twój układ nerwowy uruchomi mechanizm 3F – fight, flight or freeze i przejmie kontrolę. Wtedy nie analizujesz racjonalnie, czy bieganie po schodach jest rozsądne. Po prostu biegniesz, bo biologia każe ci uciekać. I właśnie wtedy zdarzają się najpoważniejsze błędy.

Najczęściej więc działamy reaktywnie, unoszą nas emocje. To mieszanka lęku, strachu, wstydu, zażenowania, niepewności, dezorientacji i wielu innych emocji, które zlewają się w jeden wielki amalgamat. A my reagujemy tak, jak w danym momencie każe nam mózg.

Arkadiusz Lorenc /fot. archiwum prywatne

Napisałeś książkę, która jest przewodnikiem na trudne czasy. Naprawdę uważasz, że można przygotować się na wszystko?

Niemożliwe jest przygotowanie się na wszystko w stu procentach, bo nie mamy zdolności przewidywania przyszłości, więc nie wiemy dokładnie, co będzie potrzebne. Natomiast można stosować tak zwane przygotowanie obwodowe. Cofnijmy się myślami do czasów Covidu. Pamiętasz lockdown i jak nagle ze sklepów znika papier toaletowy, wszyscy masowo wykupują kasze bulgur, konserwy, wszystko, co da się schować do szafki?

No jasne.

Ludzie reagowali lękiem, kompulsywnie kupowali rzeczy, żeby choć na chwilę odzyskać poczucie kontroli. A potem pandemia się skończyła, zdjęliśmy maseczki i większość z nas wróciła do starych nawyków. Mało kto ma dziś zapasy na czarną godzinę. To właśnie nie jest przygotowanie obwodowe.

Na czym więc ono polega?

Przygotowanie obwodowe polega na tym, że identyfikujesz zasoby i działania, które będą przydatne w bardzo różnych okolicznościach. Weźmy choćby taki ikoniczny już dziś plecak ewakuacyjny. Masz w nim latarkę i baterie, filtr do wody, trochę suchego jedzenia czy konserw, koc, ciepłe ubrania, wygodne buty, kopie dokumentów i kilka podstawowych rzeczy. I taki plecak przyda ci się tak samo podczas powodzi, wojny i każdej innej sytuacji kryzysowej, która wymaga nagłej ewakuacji. Nie ma znaczenia, co się wydarzy, jeśli musisz wyjść z domu, chwytasz zawsze ten sam zestaw.

Więc gdy pytasz, czy można się przygotować, to odpowiadam tak, ale właśnie w tym znaczeniu. Można przygotować klasyczne formaty planów awaryjnych, czyli co zrobić, gdy nie ma prądu, nie ma wody, nie działa komunikacja, nie ma internetu przez dwa dni. Mieć to przemyślane, mieć gotowe procedury i wiedzieć, jak działać. Nie wymyślać wszystkiego w stresie, tylko wyciągnąć plan opracowany na chłodno i po prostu go realizować, dzień pierwszy, dzień drugi, dzień trzeci, wiem, co robić. W taki sposób można się przygotować.

Nie da się natomiast przygotować na wszystko w sensie dosłownym, tak, jak czasem próbujemy przygotować dzieci na pierwszy dzień szkoły, pakując im do plecaka wszystko, co kiedykolwiek mogłoby się przydać, nawet ekierkę, choć jeszcze nie potrafią dobrze trzymać ołówka. Tak się nie da. Można natomiast przygotować się na to, co najważniejsze, zgromadzić podstawowe zasoby i wypracować reakcje, które z dużym prawdopodobieństwem okażą się przydatne bez względu na okoliczności.

Ja również boję się bardzo często, czasem wręcz potwornie. W swojej książce wymieniałem różne sytuacje: zdarzyło mi się ze strachu posikać, raz nawet zasnąłem ze skrajnego napięcia. Strach to emocja, która bardzo często mi towarzyszy. Tyle, że mimo niego robię dalej to, co trzeba

Masz taki plecak ewakuacyjny?

Więcej nawet niż plecak, mam też procedury awaryjne na pierwsze 72 godziny, bo pierwsze trzy doby dowolnej sytuacji kryzysowej są kluczowe. To może zacząć się od czegoś tak prostego jak brak wody w kranie. Wstaję rano, widzę, że nie ma wody i rusza timer. Mam dosłownie rozpisane godzina po godzinie, co trzeba robić: po pięciu godzinach robisz to, po dwunastu tamto. Mam też skoroszyt „na wszelki wypadek”, taką teczkę, w której zgromadzone są wszystkie dokumenty pozwalające odtworzyć całe twoje życie cyfrowe i formalne. Gdyby palił ci się dom albo były naloty na miasto, łapiesz tylko tę teczkę i znikasz. A kiedy znajdziesz się potem, nie wiem, w Kopenhadze, nadal masz dostęp do swoich kont, haseł, kontaktów, dokumentów notarialnych i wszystkich kluczowych danych. Nie tracisz całego swojego życia administracyjnie i organizacyjnie.

Mam plecak ewakuacyjny rozumiany jako zestaw na konieczność natychmiastowego wyjścia z dziećmi, a mam dwoje dzieci, ośmioletnie bliźniaki. Mam też na strychu większy pakiet na poważniejszą ewakuację: dwa duże kartony z jedzeniem, wodą, źródłami energii, świeczkami, ciepłymi ubraniami, rzeczami do zabezpieczenia temperatury, podstawowymi narzędziami, w tym łomem, oraz podstawowymi środkami ochrony osobistej. Do tego 40 litrów paliwa w kanistrach i samochód zawsze zatankowany przynajmniej do połowy. Nie czekam, aż zapali się rezerwa, jeśli bak schodzi do połowy, tankuję do pełna. To może wydawać się zabawne albo przesadzone, ale sama obecność tych rzeczy jest bardzo uspokajająca – i o to głównie chodzi w takich przygotowaniach.

Jesteśmy w takim razie na dwóch skrajnych biegunach. Ja jadąc na porodówkę przez całe miasto, miałam w samochodzie totalną rezerwę paliwa.

No i było ci z tym łatwiej czy trudniej?

Trudniej, oczywiście. Do dzisiaj wypominam to mojemu mężowi. Z drugiej jednak strony jestem też ciekawa, czy nie uważasz, że jeśli będziemy przygotowywać się na wszystkie możliwe kryzysy, to zaczniemy żyć trochę w ciągłym stanie gotowości, będziemy w takim permanentnym trybie standby, jakbyśmy cały czas wypatrywali, że zaraz za rogiem pojawi się kolejny kryzys? Czy to nie wzmaga w nas dodatkowego lęku?

Nie. Ale rozumiem, skąd bierze się twoje pytanie, bo faktycznie jesteśmy trochę na dwóch skrajnych końcach skali. Po twojej stronie tej skali najczęściej dominuje przekonanie: „O Jezu, ja nie chcę o tym myśleć, to jest trudne, to jest nieprzyjemne, nie chcę się nakręcać”. To jest takie lękowe unikanie tematu, odsuwanie go od siebie, żeby nie uruchamiać niepokoju. Po mojej stronie skali działa to dokładnie odwrotnie. Nie ma nakręcania się. Robisz przygotowania właśnie po to, żeby nie musieć się później nakręcać. To jest zupełnie odwrócony porządek.

Bo zobacz, jeśli pojawia się jakaś niepokojąca informacja, polityczna, militarna czy jakakolwiek inna, po jednej stronie skali od razu zaczyna się poruszenie: „Co to będzie? O Boże, co teraz?”, i to uruchamia lęk. Po naszej stronie reakcja jest inna: „Dobrze, jeśli coś się wydarzy, daj znać. My mamy plecak, mamy paliwo, mamy plan. Nic więcej na ten moment robić nie trzeba”. I to jest kluczowe. My nie przygotowujemy się cały czas. To nie jest życie w permanentnym alarmie. Raz analizujesz sytuację, raz przygotowujesz plan awaryjny, raz gromadzisz zasoby i koniec. One potem po prostu są. Leżą i czekają. Niczego od ciebie nie chcą. O tym plecaku, o którym mówiłem, pomyślałem teraz pierwszy raz od dwóch czy trzech lat, dopiero kiedy mnie o to zapytałaś. On sobie leży na strychu i jeść nie woła. Ale sama świadomość, że mam plan i wiem, co zrobić, gdyby coś poszło nie tak, sprawia, że nie muszę się tym przejmować.

Tak naprawdę przejmujesz się właśnie wtedy, kiedy nie jesteś przygotowana. Kiedy jesteś przygotowana, przestajesz się martwić, bo masz poczucie sprawczości. Paradoksalnie więc to nie dokłada stresu, tylko go zdejmuje. Przygotowujesz się raz, w pewnym sensie „uodparniasz” na ten rodzaj niepewności i żyjesz dalej. Po drugiej stronie skali jest natomiast ciągłe nakręcanie się, bo twój układ nerwowy, twój mózg cały czas gdzieś z tyłu głowy wie: „Nie jesteśmy gotowi. A co, jeśli…?”. I to właśnie ten brak przygotowania najczęściej napędza lęk.

Gra nie polega na tym, żeby zebrać tysiąc różnych „paczek ratunkowych” na każdą możliwą sytuację. Gra polega na tym, żeby zbudować w sobie zdolność radzenia sobie z problemami, jakimikolwiek by były

Pogadajmy trochę o tym lęku. Rozdział poświęcony temu zagadnieniu przeczytałam z największym zainteresowaniem, bo jestem osobą lękową i odkąd pamiętam, to żyję w świecie moich paranoi. Ale nie uważam się za odosobniony przypadek, bo większość moich znajomych tak właśnie ma. Czasy, w których żyjemy, podsycone są ciągłym lękiem. Czy można zrobić coś, aby jednak od tego lęku trochę się odciąć?

To bardzo trudne pytanie. Jasne jest jedno, tęgie głowy i różne szkoły psychoterapii od lat próbują na nie odpowiedzieć. Jesteśmy bardzo różni, więc pewnie nie ma jednej uniwersalnej odpowiedzi. Dużo zależy jednak od optyki, jaką przyjmiesz. Wyobraźmy sobie, że chcesz się ubezpieczyć, tak, żeby zabezpieczyć siebie i rodzinę na wypadek, gdybyś dostała zawału albo udaru i przez pół roku nie była w stanie pracować, a więc nie miałabyś dochodu. I teraz przychodzi agent ubezpieczeniowy i pyta: „Pani Magdo, na co chciałaby się pani ubezpieczyć? Jakie konkretnie choroby?”. No to wymieniasz: zawał, udar… i tyle, ile akurat przyjdzie ci do głowy. A potem zaczynasz się zastanawiać: „Kurczę, a może zapomniałam o jeszcze sześćdziesięciu pięciu innych rzeczach? Może jest coś, o czym nawet nie wiem?”. I twój mózg cały czas pracuje w trybie wyszukiwania potencjalnych problemów.

Jest jednak drugi model. Przychodzi ktoś i mówi: „Mamy produkt, który zabezpiecza panią od utraty dochodu bez względu na przyczynę. Nie musi pani wymieniać wszystkich możliwych scenariuszy. Jeśli z jakiegokolwiek powodu nie będzie pani mogła pracować dłużej niż miesiąc, zaczynamy wypłacać rentę”. I to jest zupełnie inne podejście. Nie szukasz już wszystkich możliwych problemów, tylko budujesz zabezpieczenie, które działa niezależnie od tego, co się wydarzy. I z narzędziową pracą z lękiem jest podobnie. Nie chodzi o to, żeby przewidzieć wszystko, czego można się bać, ani zabezpieczyć się na każdą możliwą okoliczność. Chodzi o to, żeby nauczyć się radzić sobie bez względu na to, jaki problem się pojawi.

To jest też kwestia wychowania. Ja swoje dzieci wychowuję tak, żeby były jak najbardziej samodzielne w rozwiązywaniu problemów. Jeśli dziecko wejdzie na drzewo na dwa i pół czy trzy metry wysoko i nagle woła: „Tato, nie wiem, jak zejść”, to nie mówię mu od razu: „Postaw lewą nogę tutaj, prawą tutaj”, ani nie zdejmuję go z drzewa. Oczywiście jestem obok, asekuruję, pilnuję, żeby sytuacja nie przekroczyła granicy bezpieczeństwa, ale skoro wszedł sam, to powinien spróbować zejść sam. Wiele osób patrzy wtedy i mówi: „Jak to? Pan mu nie pomaga?”. W krótkim terminie, rzeczywiście nie. Ale w długim terminie robię coś dużo ważniejszego, bo uczę go oceny sytuacji, rozpoznawania własnych możliwości i brania na siebie takich wyzwań, z którymi będzie w stanie sobie poradzić. Za pierwszym razem wejdzie za wysoko, za drugim też, ale za trzecim zacznie już lepiej oceniać, jaka wysokość jest dla niego odpowiednia. I dokładnie o to chodzi. Nie da się przygotować na wszystko. Ale można budować siebie w taki sposób, żeby lepiej radzić sobie z tym, co przyjdzie. Gra nie polega na tym, żeby zebrać tysiąc różnych „paczek ratunkowych” na każdą możliwą sytuację. Gra polega na tym, żeby zbudować w sobie zdolność radzenia sobie z problemami, jakimikolwiek by były.

Tomasz Michniewicz - Hello Zdrowie

Tomasz Michniewicz w trakcie konferencji / Źródło: www.puchalewicz.pl

Z tym lękiem to w ogóle jest ciekawa sprawa. Czasami mam takie poczucie, że im czegoś się bardziej boimy, tym bardziej właśnie to przyciągamy. Podam ci przykład z mojego podwórka. Strasznie boję się węży. Paraliżują mnie. Pojechałam kiedyś w delegację na Zanzibar z pewną grupą ludzi. I zgadnij, kto jako jedyny natknął się tam na węża i przed czyim domkiem sobie leżał.

To trochę inny mechanizm. Te węże tam były tak czy inaczej. Gdybyśmy spojrzeli na Zanzibar z drona z termowizją i mogli z góry określić położenie wszystkich tych zwierząt, to pewnie zobaczylibyśmy, że w promieniu kilku metrów od każdego domku jakiś sobie leży. One były blisko wszędzie. Tylko ty je zobaczyłaś. I za to odpowiada RAS – reticular activating system, czyli układ siatkowaty aktywujący. Jeśli nastroisz się na jakiś temat, na jakiś problem, zadasz mózgowi konkretne zadanie, a lęk dokładnie to robi, to mózg zaczyna tego szukać. Jeśli boisz się pełzającego dziadostwa, które w twoim wyobrażeniu, jak cię ugryzie, to na pewno umrzesz, to twój mózg będzie cały czas skanował otoczenie właśnie pod tym kątem. Wystarczy, że gdzieś wystaje kawałek ogona, a ty to zauważysz, bo twój mózg go szuka. To jest ciągła analiza milionów bodźców w poszukiwaniu struktury, którą można zidentyfikować jako wąż. Tymczasem pani Basia z sąsiedniego domku mogła przejść obok z sokiem pomarańczowym, wracając ze stołówki, minąć tego samego węża i nawet go nie zauważyć, choć leżał na widoku. Dlaczego? Bo jej RAS był ustawiony na coś zupełnie innego, na przykład na myśl: „Za chwilę pójdę się wykąpać w morzu”. A twój był nastawiony na węża.

My często subiektywnie odbieramy to jako: „przyciągam takie zdarzenia”, ale to nieprawda. My po prostu identyfikujemy i zauważamy te zdarzenia, które i tak występują wokół wszystkich ludzi z podobną częstotliwością. Różnica polega na tym, że my je dostrzegamy i nadajemy im rangę. To działa choćby na drodze. Jeśli boisz się szalonych kierowców, to jadąc autostradą będziesz wyłapywać każdego wariata, który służbową Škoda Octavia mknie 180 km/h lewym pasem i każdy taki przypadek będzie dla ciebie potwierdzeniem: „Widzisz? Miałam rację, wszędzie są wariaci”. A ja mogę jechać tą samą drogą, w tym samym czasie, mija mnie ten sam samochód i nawet tego nie zarejestruję, bo mój mózg jest nastawiony na coś innego. Ja mogę zapamiętać z tej drogi, że prawie wpadłem w poślizg, a ty nawet tego nie zauważysz. I właśnie to robi RAS, determinuje, co w ogóle dociera do twojej świadomości i jaką rangę temu nadajesz. Nie samo zdarzenie jest najważniejsze, tylko to, na co twój umysł jest ustawiony, czego szuka i co uznaje za istotne.

Opisujesz w swojej książce różne narzędzia, które mogą nam pomóc z codziennymi problemami. Czy masz takie jedno sprawdzone narzędzie, które pomoże nam uporać się z lękiem? Kiedyś znajoma terapeutka powiedziała mi o sposobie z salą sądową. Polega to na tym, że jeśli masz jakiś lęk i czegoś się boisz, że na przykład jesteś ciężko chory, to wyobraź sobie, że jesteś na sali sądowej i masz przekonać sędziego, że rzeczywiście coś ci dolega. I nagle uświadamiasz sobie, że to wszystko, co chciałbyś mu powiedzieć, to są tylko emocje, a nie żadne fakty. Sprawdziłam to i to działa.

To, o czym teraz powiedziałaś, to defuzja poznawcza, czyli metoda polegająca na spojrzeniu na swoje myśli jak na coś zewnętrznego, nie jako integralną część siebie, tylko z pewnego dystansu. Dzięki temu zaczynasz rozumieć różnicę między prawdą a własnym przekonaniem na temat prawdy. To jest bardzo przydatne narzędzie w procesie terapeutycznym. Ale kompletnie nieprzydatne w realnej sytuacji stresu. Jeśli coś naprawdę się dzieje i naprawdę się boisz, nie ma opcji, żebyś przemówiła sobie wtedy do rozsądku. Po prostu nie da się. Jeśli kiedykolwiek próbowałaś uspokoić się, stojąc przed lustrem i mówiąc sobie: „Uspokój się, wszystko będzie dobrze”, i to nie działało, to właśnie dlatego, że nie miało prawa działać. W tym momencie działasz już na paliwie glikokortykoidów, kortyzolu, adrenaliny i ponad sześćdziesięciu innych substancji, które zostały wyrzucone do krwiobiegu. Twój układ nerwowy przejął stery i mówi mniej więcej tak: „Dobra, dobra, ja się tym zajmę, ty się tym nie przejmuj. Ty sobie gadaj do lustra, a ja teraz ogarniam sytuację”. I kiedy ty próbujesz racjonalnie przekonać siebie, że wszystko będzie dobrze, mówisz do niewłaściwej części siebie i niewłaściwym językiem. Ty używasz racjonalnych komunikatów, a organizm działa już na czystej biochemii. To się po prostu nie spotyka.

To co robić?

W stresie działają inne procedury, takie, które uspokajają układ nerwowy na poziomie neurobiologicznym. Odpowiednie przygotowanie, planowanie wyjść awaryjnych, budowanie zasobów. To działa, bo daje układowi nerwowemu poczucie kontroli. I możemy to łatwo zobaczyć na prostym przykładzie. Często prowadzę warsztaty w firmach, podczas których wykorzystujemy węże i tarantule jako stresory. Wyobraź sobie salę pełną ludzi: garnitury, żakiety, szpilki, laptopy, białe koszule, klasyczne szkolenie o stresie. I nagle, po jakimś czasie, wyciągam worki, z których wypuszczam prawdziwe węże na środek sali. W każdej grupie, a robiłem to dziesiątki razy, przynajmniej jedna osoba, a zwykle więcej, reaguje dokładnie tak samo: „Nie ma mowy. Absolutnie tego nie dotknę. Koniec. Nie ma szans”. Wchodzą na krzesła, odsuwają się, panikują. I wiesz co? Jeszcze nie zdarzyło mi się, żeby pół godziny później ta sama osoba, która chwilę wcześniej była przerażona, nie trzymała tego węża na rękach.

Aż trudno mi w to uwierzyć.

I to, co ty teraz mówisz, słyszę za każdym razem: „Nie, absolutnie nie. Nie ma mowy. Ja mam serpentofobię, arachnofobię, w ogóle tego nie dotknę”. Zawsze jest dokładnie tak samo. A piętnaście minut później ta sama osoba siedzi z tarantulą na ramieniu jak z broszką. Bo są konkretne ćwiczenia, które robimy z ludźmi, którzy na początku tak silnie panikują. To są metody desensytyzacji, podobne do tych, których używamy przy szkoleniu operatorów sił specjalnych, czyli stopniowe oswajanie układu nerwowego z bodźcem, który wcześniej wywoływał skrajną reakcję lękową. Czasem wygląda to bardzo widowiskowo. Leżysz na ziemi, masz wyciągnięte ręce, jesteś unieruchomiona, dwie osoby trzymają ci nogi, dwie ręce, tak, żebyś nie mogła wykonać odruchowej reakcji ucieczki. Masz zdjęte grubsze warstwy ubrania, żeby był kontakt ze skórą, i wtedy tarantula przechodzi ci przez twarz. Brzmi ekstremalnie, ale właśnie w ten sposób układ nerwowy uczy się czegoś fundamentalnego: „Bałam się, byłam przekonana, że stanie się coś strasznego i nic się nie stało”. I to jest moment, w którym zaczyna się prawdziwa zmiana.

Pająki nie są takie straszne jak węże.

No to w twoim przypadku puścilibyśmy węża.

Najbardziej kosztowne błędy popełniamy w stresie codziennym, osobistym, tam, gdzie stawką są relacje, zdrowie albo życie. To może być sytuacja, od której zależy, czy rozpadnie się twój związek, czy utrzymasz relację z dziećmi, czy nie wyjdą z domu i już nie wrócą

A propos węży… Przyznam ci się do jeszcze czegoś, związanego z wężami i moim dużo młodszym bratem. Bardzo się tego wstydzę.

Już mi się podoba.

Franek miał wtedy 5 lat, a ja 22. Poszliśmy na spacer do lasu obok naszego domu. I nagle pojawił się między nami wąż. Mnie sparaliżowało, ale i włączyła się opcja ucieczki. Krzyknęłam do Franka: „Wróć do domu od drugiej strony!”. I zostawiłam go tam samego. 5-letnie dziecko…

Nie ma się czego wstydzić. Naprawdę. Nie mogłaś wtedy zareagować inaczej, bo przy takim poziomie lęku to jest klasyczny przykład mechanizmu fight, flight or freeze. W twoim przypadku mózg uznał, że najlepszym sposobem poradzenia sobie z zagrożeniem będzie flight, czyli ucieczka. Nie miałaś szans się przed tym obronić. To jest potężny, ewolucyjny mechanizm przetrwania naszego gatunku. On działa szybciej niż racjonalna myśl. Po prostu musiało tak być. I szczerze? Ja ci gratuluję, że miałaś na tyle przytomności umysłu, żeby krzyknąć: „Franek, wróć do domu!”. Naprawdę. Większość ludzi w takiej sytuacji po prostu rzuca się do ucieczki i nie mówi nic. Ty, mimo paniki, byłaś w stanie jeszcze wysłać komunikat do brata. To już pokazuje, że zachowałaś więcej kontroli, niż ci się wydaje.

Tomasz Michniewicz - Hello Zdrowie

Tomasz Michniewicz na jednej ze swoich wypraw / Źródło: tomekmichniewicz.pl

Trzymając się tego lęku, takich ludzi jak ty widziałem na szkoleniach dziesiątki, jeśli nie setki. I jeszcze nie zdarzyła mi się sytuacja, żeby po godzinie intensywnej pracy taka osoba, cała mokra ze stresu, nie powiedziała: „Jezus Maria, całe życie się tego bałam, a jednak…”. Może byłabyś wyjątkiem, nie wiem, ale do tej pory takiego wyjątku nie spotkałem. Problem z tego typu lękami i z radzeniem sobie z lękiem polega na tym, że próbujemy ugryźć za dużo naraz. Pisałem o tym w „Dasz radę” w rozdziale o skoku na głęboką wodę. Jesteśmy w zachodnim społeczeństwie wychowywani tak, żeby brać na siebie jak największe ryzyko, żeby być dzielnym, walecznym, żeby się nie bać. A to nie tak działa. To takie myślenie: dasz sobie radę, choć to ponad twoje siły, a jak nie, to przynajmniej spróbujesz, najwyżej polegniesz, próbując. To jest moim zdaniem bardzo złe podejście. Takie durne bohaterstwo to najgorsza metoda radzenia sobie z wyzwaniami i z lękiem, bo jest paraliżujące. Może raz na jakiś czas się uda, ale strategicznie to się nie ma prawa opłacić.

Załóżmy, że chcesz pokonać swój lęk przed wężami. I ja nagle zrzucam ci węża z sufitu na głowę. To byłoby dla ciebie tak ogromne napięcie, że nie ma szans, żebyś to udźwignęła. Przerazisz się, uciekniesz. A jeśli za godzinę zaproszę cię znowu do tego samego pokoju i powiem: „spróbujmy jeszcze raz”, to będzie ci trudniej niż za pierwszym razem, nie łatwiej. Bo twój schemat lękowy właśnie został wzmocniony. Miałaś sto dowodów na to, że węży trzeba się bać, teraz masz sto pierwszy. Co więcej, twoje ciało pamięta, jak się wtedy czułaś, ten strach, ten wstyd, poczucie porażki, potrzebę ucieczki. I teraz musisz unieść nie tylko lęk przed wężem, ale też cały ciężar poprzedniego doświadczenia. Dlatego to jest najgorsza możliwa metoda. My, wyczynowcy, nigdy tak nie pracujemy. Stosujemy metodę małych kroków, czyli desensytyzację. Bardzo powoli, małymi etapami przyzwyczajamy cię do obiektu lęku. I czasem w ciągu jednej nocy, czasem w ciągu kilku minut, jesteś w stanie zrobić postęp, który wcześniej wydawał ci się kompletnie niemożliwy.

Jeśli potrafisz poradzić sobie w dżungli czy na pustyni, (...) to kiedy wracasz do Polski, naprawdę potrzeba dużo więcej, żeby wyprowadzić cię z równowagi. Szef wzywa cię w piątek o 17:00 na rozmowę? Dobrze, niech wzywa. Najwyżej mnie zwolni. Skoro poradziłem sobie tam, poradzę sobie i tutaj

Piszesz też o tym, że żyjemy dzisiaj ze zbyt dużym poziomem „stresu wyjściowego”.

Setki badań pokazują, że przy takim przyspieszeniu cywilizacyjnym, z jakim mamy dziś do czynienia, zwłaszcza przez ostatnie dwadzieścia lat, i przy rewolucji cyfrowej, która nieustannie przebudowuje nas na bardzo różne sposoby, żyjemy w stanie ogromnego przeciążenia. Z jednej strony mamy dopaminę i to w ilościach, jakich wcześniej nie znaliśmy. Są to szybkie, tanie i bardzo łatwo dostępne wyrzuty nagrody. Co więcej, nie trzeba na nie zapracować. Przed rewolucją cyfrową znakomita większość satysfakcji, radości czy poczucia nagrody wynikała z działania. Trzeba było coś zrobić, włożyć wysiłek, poczekać na efekt. Wstajesz, ubierasz się, idziesz do lasu, zbierasz grzyby, wracasz, gotujesz gulasz, i dopiero wtedy dostajesz nagrodę. Jest satysfakcja, jest dopamina. Dziś wystarczy otworzyć telefon, wejść na dowolne konto społecznościowe i dostajesz kolejne bodźce bach, bach, bach, jeden za drugim, za darmo. I to nas bardzo mocno rozregulowuje. Do tego dochodzi jeszcze cały psychospołeczny aspekt porównywania się z innymi. Nawet jeśli racjonalnie wiemy, że media społecznościowe są wyreżyserowane, podkręcone, wyidealizowane, że to w dużej mierze teatr, to rozumie to nasza racjonalna część mózgu. Ale inne struktury mózgu już nie. One odbierają to jak rzeczywistość i zaczynają porównywać.

Wyobraź sobie, że masz 26 lat i szukasz partnera czy partnerki, chcesz założyć rodzinę. Oglądasz rolki na Instagramie i świadomie myślisz: ot, filmiki, tańczące kotki, jakieś obrazki z życia. Ale twój mózg przetwarza to inaczej: widziałem dziś sto osób, wszystkie wyglądają lepiej ode mnie, mają lepsze życie, piękniejsze mieszkania, bardziej zadbane psy, dzieci, związki, wakacje, sukcesy. I zaczyna się porównywanie, które niemal zawsze wypada dla nas negatywnie, bo social media są właśnie tak skonstruowane. I to nie są już podejrzenia, to pokazują setki badań. Nawet małe dzieci, sześcio-, ośmioletnie, zaczynają wykazywać pierwsze symptomy negatywnej samooceny wynikającej z porównywania się z innymi.

Wspominasz również o tym, że proste rzeczy, takie jak dobre jedzenie, sen, ruch i seks powinny być dla nas najważniejsze. A ja jednak mam wrażenie, że właśnie te proste rzeczy sprawiają dzisiaj najwięcej kłopotów.

Są tu dwa kłopoty. Pierwszy jest taki, że banalne recepty są najtrudniejsze do wprowadzenia. Bo jeśli ktoś ci mówi: śpij osiem godzin i kropka, to wdrożenie tego może oznaczać przebudowę całego życia. Może się okazać, że trzeba zmienić pracę, przeorganizować dzień, ograniczyć wydatki, zrefinansować kredyt, z kimś się związać albo z kimś rozstać. To są grube zmiany. To nie tak, że przeczytasz aforyzm, zastosujesz afirmację przed snem i wszystko się ułoży. Najprostsze rozwiązania często organizacyjnie są najtrudniejsze. Drugi problem jest taki, że zapominamy, jak wiele rzeczy, które nas dziś obciążają, jest konsekwencją naszych własnych dawnych wyborów. Przez lata budujemy rutyny i bardzo rzadko je rewidujemy. Wyobraźmy sobie prosty przykład. Pracowałaś kiedyś jako przedstawicielka handlowa, sprzedawałaś tapety i musiałaś mieć perfekcyjnie zadbany samochód, czysty, wypolerowany, zawsze gotowy, bo podjeżdżałaś nim pod biura klientów i to był element twojego wizerunku. Potem zmieniłaś pracę, dziś siedzisz w biurze i zajmujesz się księgowością, a samochód przez większość czasu stoi w garażu. Tyle że nawyk został. Nadal źle się czujesz, gdy auto jest brudne, więc wciąż poświęcasz czas, energię i pieniądze na jego ciągłe mycie i pielęgnację, choć już nie ma takiej potrzeby. To oczywiście banalny przykład, ale jeśli takich rzeczy jest pięćdziesiąt, sto albo trzysta i wszystkie się kumulują, nagle okazuje się, że ogromna część tego, co cię obciąża, to rzeczy, które kiedyś były potrzebne, a dziś już nie są. Po prostu dawno nie zrobiłaś remanentu.

Dlatego proponuję bardzo prostą rzecz: usiąść z kartką i długopisem i naprawdę uczciwie sprawdzić, na co poświęcasz swój czas. Gdybyś ustawiła alarm w telefonie co piętnaście minut i za każdym razem notowała, co właśnie robisz: jem, pracuję, scrolluję TikToka, sprawdzam Facebooka, oglądam Netflixa, odpisuję na wiadomości, jadę samochodem – to nagle zobaczysz bardzo konkretny obraz swojej codzienności. Taka rewizja schematów, które budują twoją rutynę, bardzo dużo odsłania. Często okazuje się, że wcale nie musisz robić tego wszystkiego, co wydawało ci się obowiązkowe.

I tu dochodzimy do trzeciej rzeczy – zapominamy, że wszystko jest transakcją wymienną. Jeśli czegoś chcesz, to czymś za to płacisz: czasem, energią, pieniędzmi, uwagą, spokojem. Na przykład, chcesz polecieć z rodziną na Dominikanę na wakacje. Myślisz, chcę, dążę do tego. Ale rzadko siadamy i mówimy sobie uczciwie, dobrze, to będzie kosztować dwadzieścia tysięcy złotych, czyli tyle i tyle tygodni pracy albo kilka miesięcy zaciskania pasa. To jest wymiana. I kiedy po trzech miesiącach tego wysiłku mówisz, Boże, jak mi ciężko, zapominasz, że to był świadomy wybór i że właśnie za coś płacisz. Dlatego stosunkowo łatwo można odciążyć swoje życie przez redukcję potrzeb. Przez zastanowienie się, „czy to wszystko naprawdę jest mi potrzebne?”. Bo każda rzecz, której chcesz, generuje koszt, energetyczny, czasowy, finansowy. I warto regularnie zadawać sobie pytanie: czy ja nadal tego chcę? Jeśli nie, to jest pierwsza rzecz do wyrzucenia.

Matka z dziećmi z plecakami podczas ewakuacji- Hello Zdrowie

Często szkolisz liderów i pracowników wysokiego szczebla. Czy faktycznie jest tak, że takie osoby często zawodzą w sytuacjach kryzysowych?

Liderzy bardzo często zawodzą w trudnych sytuacjach, głównie dlatego, że w kulturze organizacyjnej, szczególnie korporacyjnej, dość często zajmuje się stanowiska wyższe, niż realnie wskazywałyby na to kompetencje. Innymi słowy, trafiasz do roli, na którą nie jesteś jeszcze w pełni gotowa, choć właśnie tego zaczyna się od ciebie oczekiwać. Dzieje się tak z różnych powodów: bo tak ułożyła się struktura firmy, ktoś odszedł i trzeba było szybko wypełnić wakat, pojawiła się okazja awansu albo sama, z ambicji, weszłaś poziom wyżej. Koniec końców znajdujesz się w miejscu, w którym bardzo często zaczyna dominować syndrom oszusta. Siedzisz przy stole z dziesięcioma osobami podobnymi do ciebie, a osiem z nich myśli dokładnie to samo: „Boże, ja tego nie potrafię. Zaraz się zorientują. Wystarczą dwa celne pytania i wyjdzie na jaw, że nie mam pojęcia, co robię”. I wszyscy jednocześnie grają w tę samą grę. To jest teatr pewności siebie, sprawiania wrażenia, że mam wszystko pod kontrolą, wiem, co robię i panuję nad sytuacją. A prawda jest taka, że bardzo wiele z tych osób nosi w sobie ogromny lęk i pozwala sobie na pokazanie tego dopiero w gabinecie terapeutycznym albo wieczorem, kiedy zostają same ze swoim stresem i zaczynają myśleć o odpowiedzialności, którą dźwigają, czasem za dziesiątki czy setki milionów euro. Tak więc liderzy bardzo często sobie nie radzą, tylko nie mogą sobie pozwolić, żeby to pokazać. Zwłaszcza na wysokich szczeblach dużych organizacji panuje przekonanie, że każde okazanie słabości, zmęczenia czy niedyspozycji zostanie wykorzystane przeciwko tobie. To jest pewna forma wyścigu, w którym wszyscy pędzą na najwyższych obrotach i masz poczucie, że nie możesz choćby na chwilę odpaść od peletonu.

Straszne.

To jest straszne. Ja sam nie chciałbym tak funkcjonować. Ale z drugiej strony ci ludzie zarabiają za to bardzo duże pieniądze, mają zabezpieczoną przyszłość finansową, domy w Hiszpanii, Włoszech czy Grecji, robią rzeczy, które bez takiego stylu życia byłyby dla nich po prostu niedostępne. Więc to jest zawsze coś za coś.

W tego typu środowiskach jednym z największych problemów jest to, że jeśli próbujesz wpływać na organizację albo szkolić ludzi na tak wysokim szczeblu, oni nie mogą być szkoleni razem. Nie może siedzieć obok siebie trójka takich osób, bo bardzo często widzą się wzajemnie jako wewnętrzną konkurencję. Dlatego najlepiej, jeśli na takim szkoleniu pojawiają się pojedyncze osoby, po jednej z każdej firmy, i dobrze, żeby były jeszcze z różnych branż, tak żeby między nimi nie było żadnego punktu styku, żadnej relacji konkurencyjnej. To dużo lepsze rozwiązanie niż pięciu menedżerów czy pięć menedżerek z jednej organizacji albo jednej grupy kapitałowej. Właśnie z tego powodu, że ta fasada, konieczność pokazywania wyłącznie swojej silnej strony, nieprzyznawania się do słabości, niewiedzy czy nieumiejętności, jest tak ograniczająca, że praktycznie nie da się jej przełamać. A jednocześnie to właśnie ona najbardziej ich blokuje. To jest mechanizm, który na co dzień przejawiają w pracy.

Kiedy potem zabieram ich na wyprawę szkoleniową, do dżungli, na pustynię czy do buszu, ta fasada bardzo szybko pęka pod naporem okoliczności. Bo kiedy jesteś pierwszy raz w życiu w dżungli, wszyscy radzą sobie tak samo źle. Nagle znika pole do udawania. Nie ma już pozy, nie ma maski. Albo masz jeszcze siłę i oddech, albo nie masz. Jeśli brakuje ci tchu, to po prostu nie wejdziesz pod tę górę tak szybko jak inni. I koniec, tego nie da się zagrać. I wtedy oni zaczynają rozumieć coś fundamentalnego, że nie ma czegoś takiego jak słabość rozumiana jako wada. Na bardzo wysokim poziomie funkcjonowania słabość nie jest problemem moralnym ani osobistą porażką, jest po prostu okolicznością, z którą trzeba sobie poradzić. Jeśli idziemy przez dżunglę w osiem osób, to nie ma opcji, że zostawię Janka, bo akurat ma kryzys. On musi dojść z nami. Dochodzimy wszyscy albo nikt. Więc to, że Janek siada i mówi: „Mam dość, chcę do domu, nie daję rady”, nie jest jego winą, tak samo jak nie jest niczyją winą to, że załamuje się pogoda. W pewnym momencie zaczynamy traktować zewnętrzne okoliczności, burzę śnieżną, piaskową, monsun, dokładnie tak samo jak wewnętrzne: czyjąś niedyspozycję, kryzys psychiczny, bezsenność z nerwów, tęsknotę za domem czy zwykły ludzki lęk. To nie jest problem, to jest okoliczność, która na nas spadła, i jako zespół musimy sobie z nią poradzić. Takie wyprawy mają naprawdę niemal magiczną zdolność zmieniania mentalności ludzi. Choć skłamałbym, gdybym powiedział, że to daje trwałą gwarancję zmiany po powrocie do firmy.

Tomasz Michniewicz - Hello Zdrowie

Tomasz Michniewicz na jednej ze swoich wypraw / Źródło: tomekmichniewicz.pl

Z jakimi typowymi problemami przychodzą do ciebie właściciele dużych firm czy prezesi? Czego oczekują?

Przez ostatnie lata firmy przychodziły do mnie głównie z trzema tematami, a dziś doszedł czwarty. Pierwszy to umiejętność radzenia sobie w kryzysach i trudnych sytuacjach. Różne badania, zwłaszcza ekonomiczne, pokazują, że możesz przez pięć lat konsekwentnie budować świetny wynik firmy, a potem jedną błędną decyzją w kryzysie spuścić to wszystko z wodą. Takie decyzje kosztują ogromne pieniądze i dzieje się to nawet na najwyższych poziomach biznesu. A te błędy najczęściej biorą się z galopujących emocji liderów, którzy w kryzysie nie potrafią utrzymać nerwów na wodzy. Dlatego firmy przychodzą i mówią: „Masz tu naszych ludzi, od nich naprawdę dużo zależy, żyją pod ogromną presją. Zrób coś, żeby lepiej sobie z tym radzili i żeby mniej ich to kosztowało”. I to jest pierwszy obszar. Drugi to klasyczny team building, ale rozumiany głębiej niż integracja. Na przykład jesteśmy po fuzji, musieliśmy zredukować połowę departamentu albo połączyć kilka mniejszych zespołów w jeden. Ludzie sobie nie ufają, nie lubią się, nie czują wspólnoty. I pytanie brzmi: „Zrób coś, żeby stali się zespołem”. Trzeci temat to identyfikacja przywództwa. Firmom brakuje ludzi, którzy pociągną wózek, nadadzą tempo, wezmą odpowiedzialność. Tylko nie zawsze wiadomo, kto naprawdę się do tego nadaje. I wtedy mówią: „Weź ich, sprawdźmy, jak radzą sobie w trudnych warunkach”. Bo podczas takich wypraw wszystko wychodzi jak na dłoni. Nie trzeba robić skomplikowanych testów, wystarczy postawić ludzi w wymagającej sytuacji, a od razu widać, kto przejmuje inicjatywę, kto wspiera innych, kto się zamyka, a kto rozsypuje. Przed Covidem organizowaliśmy nawet wyprawy na bezludne wyspy, w Indonezji czy na Malediwach, gdzie zostawialiśmy ludzi praktycznie jak Tom Hanks w filmie „Poza światem”. Trochę sprzętu, plaża i pytanie: „Co teraz?”. I na początku wszyscy patrzą po sobie, ale bardzo szybko okazuje się, kto umie działać, kto bierze odpowiedzialność, kto organizuje grupę, a kto czeka, aż ktoś inny zrobi pierwszy krok.

I wreszcie czwarty temat, który bardzo mocno doszedł w ostatnich latach: funkcjonowanie w zmianie. To jest dziś ogromne wyzwanie, bo tempo zmian wokół nas jest potężne. Wojna w Ukrainie, napięcia na Bliskim Wschodzie między Izraelem a Iranem, wcześniej pandemia COVID-19, wcześniej kryzys migracyjny, polaryzacja polityczna, radykalizacja poglądów, nieustanne napięcia społeczne. Tych bodźców i zmian jest bardzo dużo, bardzo szybko. A nasz układ nerwowy potrzebuje czasu, żeby się do zmian zaadaptować. Jeśli zmiany dzieją się zbyt szybko i dotyczą zbyt ważnych obszarów życia, układ nerwowy zaczyna się buntować, bo odbiera dezorientację jako zagrożenie. Nie lubimy rzeczy, których nie znamy, bo ewolucyjnie to, co nieznane, mogło nas zabić. Tak zostaliśmy ukształtowani przez setki tysięcy lat. Dlatego czwarty obszar, z którym przychodzą dziś firmy, to po prostu pytanie: „Jak lepiej funkcjonować w świecie ciągłej zmiany?”. A to jest już w dużej mierze praca mentalna.

Boisz się przyszłości?

Myślę, że każdy co jakiś czas boi się przyszłości. Tylko pytanie, co właściwie znaczy, że boję się przyszłości. Jeśli miałoby to oznaczać, że kiwam się pod prysznicem, obgryzam paznokcie i myślę: „Boże, co to będzie?”, to nie, tak ze mną nie jest. I właśnie dlatego nie jest, że jestem przygotowany na różne warianty. Ten spokój zawsze bierze się z tego samego źródła. Odwaga to nie jest brak strachu. Odwaga to umiejętność działania nawet wtedy, kiedy bardzo się boisz. I podobnie jest ze spokojem, on nie bierze się z nadziei, że wszystko będzie dobrze, z afirmacji, z medytacji czy z powtarzania sobie: „uspokój się”. To nie działa. Prawdziwy spokój bierze się z tego, że wiesz, co zrobisz, kiedy coś się wykrzaczy. Nie z nadziei, że nic złego się nie wydarzy, tylko z wiedzy, że jeśli to się wydarzy, mam plan, wiem, jak zareaguję. Ja po prostu w wielu scenariuszach wiem, co zrobię. Jestem na nie przygotowany. I z tego bierze się mój spokój.

 

Tomek Michniewicz – organizator wypraw i ekspedycji do dżungli, buszu i na pustynie na całym świecie. Autor pięciu bestsellerowych, nagradzanych reportaży książkowych. Ekspert „Dzień dobry TVN”, autor programu podróżniczego “Inny świat” w telewizji TTV i audycji “Reszta Świata” w radiowej Trójce (a wcześniej w Radiu Zet, Jedynce i Radiu BIS). Założyciel Radia 357. Laureat m.in. nagrody National Geographic Traveler, statuetki Osobowość Roku oraz czterech statuetek na festiwalu sztuki mediów i podróży Mediatravel. Członek jury Kolosów, najważniejszej nagrody podróżniczo-eksploratorskiej w Polsce oraz Wielkiego Konkursu Fotograficznego National Geographic. Uprawia wspinaczkę, nurkowanie i narciarstwo freeride’owe. Prowadzi wyprawy przez odizolowane tereny pustynne i połacie lasów deszczowych. Specjalizuje się w narzędziowym wykorzystaniu neurobiologii, psychologii i biochemii do zwiększania efektywności działania w stresie, lęku i strachu oraz strategicznym, ustrukturyzowanym podejściu do podejmowania wyzwań.
Angażuje się w akcje charytatywne i społeczne. Prowadzi fundusz edukacyjny dla dzieci we wschodnim Zimbabwe, jest ambasadorem SOS Wiosek Dziecięcych, współpracuje z fundacjami Rak’n’Roll, Iskierka oraz Mam Marzenie. Realizuje pomocowe projekty infrastrukturalne w krajach południowej Afryki.

Podoba Ci się ten artykuł?

Powiązane tematy:

Podoba Ci
się ten artykuł?