Ewa Podsiadły-Natorska: Gdy wpiszemy do wyszukiwarki hasło „hiperodpowiedzialność”, pojawia się definicja mówiąca o patologicznym poczuciu winy i nadmiernym braniu odpowiedzialności za innych. Słowo „patologiczne” brzmi bardzo poważnie…
Agnieszka Sójka: Zacznę od tego, że sama używam zamiennie określeń „hiperodpowiedzialność”, „nadodpowiedzialność” czy angielskiego over-responsibility – wszystkie opisują sytuację, w której czujemy się odpowiedzialni za znacznie więcej, niż realnie jesteśmy w stanie kontrolować.
Każdy z nas ma ograniczony wpływ na rzeczywistość. Problem zaczyna się wtedy, gdy próbujemy brać odpowiedzialność za sprawy, które znajdują się poza naszymi możliwościami. Wierzymy, że od naszych działań zależy samopoczucie innych, przebieg wydarzeń czy nawet to, czy komuś stanie się krzywda. Prowadzi to do ogromnego przeciążenia i faktycznie wiąże się zarówno z nadmiernym poczuciem winy, jak i z przejmowaniem odpowiedzialności za innych. Słowo „patologiczne” może brzmieć groźnie, lecz w psychologii oznacza po prostu coś, co zaczyna człowiekowi szkodzić. W tym przypadku szkodzi właśnie nadmiar odpowiedzialności.
Czy hiperodpowiedzialność jest traktowana jako zaburzenie psychiczne?
Nie jest to odrębna jednostka diagnostyczna – nie można „chorować na hiperodpowiedzialność”. Znacznie częściej jest to objaw innych trudności psychicznych, zwłaszcza zaburzeń lękowych. To zresztą bardzo ważny trop; lęk bardzo często leży u podłoża nadodpowiedzialności.
Skąd się to bierze? Dlaczego jedni ludzie stają się hiperodpowiedzialni, a inni nie?
Najczęściej źródła trzeba szukać w dzieciństwie. Nadodpowiedzialność bardzo często rozwija się u osób, które dorastały w środowisku nieprzewidywalnym, zagrażającym lub nadmiernie obciążającym. Może być to rodzina z problemem uzależnienia, ale także dom, w którym było dużo napięcia, wybuchów agresji, emocjonalnej niestabilności, niedostępności rodziców. Dziecko z takiego domu nie wie, czego się spodziewać, uczy się więc pozostawać w nieustannej czujności, która jest próbą poradzenia sobie z lękiem. Obserwuje otoczenie i stara się przewidywać, co się za chwilę wydarzy. Zaczyna wierzyć, że jeśli będzie odpowiednio uważne, pomocne i przewidujące, uda mu się zapobiec awanturze, uspokoić rodzica albo poprawić jego nastrój.
Zaczynamy od małych kroków i stopniowo nabieramy przekonania, że świat nie zawali się tylko dlatego, że raz powiedzieliśmy „nie”. Z czasem łatwiej przenieść tę umiejętność do trudniejszych relacji – rodzinnych czy zawodowych. To także nauka bardzo ważnej rzeczy: nie odpowiadamy za uczucia innych ludzi. Ktoś może być rozczarowany albo zły, bo odmówiliśmy, co jednak nie oznacza, że musimy zmieniać swoją decyzję.
To dziecko też może być hiperodpowiedzialne?
Jak najbardziej. Psychika zawsze szuka sposobów, żeby przetrwać. W przypadku hiperodpowiedzialności dziecko zaczyna wierzyć, że jego zadaniem jest opiekowanie się dorosłymi. Czasem dosłownie – przejmuje ich obowiązki, opiekuje się młodszym rodzeństwem, zajmuje domem. Innym razem robi to emocjonalnie: pociesza rodzica, pilnuje jego nastroju, próbuje zapobiegać konfliktom. Z czasem rodzą się dwa bardzo silne przekonania. Pierwsze to: „Jestem odpowiedzialna/y za to, jak czują się inni”. Drugie: „Jeżeli zrobię odpowiednio dużo, będę miał/a wpływ na wszystko”. Oczywiście to iluzja, lecz silnie utrwalona.
Czy taki sposób funkcjonowania zostaje z nami na całe życie?
Jeżeli nikt tego nie nazwie i nie przepracuje, ten sposób funkcjonowania bardzo często utrzymuje się przez całe życie. Taka osoba wchodzi później w związki, przyjaźnie czy relacje zawodowe z przekonaniem, że odpowiada za dobrostan innych ludzi. Czuje się odpowiedzialna za ich emocje, samopoczucie, sukcesy, porażki, a nawet za to, żeby nikogo nie rozczarować. W praktyce oznacza to ciągłe opiekowanie się innymi; własne potrzeby schodzą na dalszy plan, bo najważniejsze staje się to, żeby wszyscy wokół byli zadowoleni. Jednocześnie jest to sposób radzenia sobie z lękiem na zasadzie: im bardziej kontroluję rzeczywistość i ludzi wokół siebie, tym bezpieczniej się czuję. Co więcej, bardzo często pojawia się też ogromne poczucie winy. Taka osoba myśli: „Mogłam/em zrobić więcej”, „Powinnam był/a zareagować”, „To przeze mnie się nie udało”.
Jakie ma pani doświadczenie gabinetowe z hiperodpowiedzialnością? Spotyka pani wiele takich kobiet?
Tak, choć nie powiedziałabym, że są to wyłącznie kobiety. Oczywiście w naszej kulturze to one od najmłodszych lat słyszą, że powinny opiekować się innymi, dbać o ich potrzeby i emocje, mimo to z hiperodpowiedzialnością zmagają się również mężczyźni.
Rolki
Jakie zdania najczęściej słyszy pani od osób hiperodpowiedzialnych?
„Nie mogę odmówić”, „Nie ma mnie kto zastąpić”, „Jak oni sobie beze mnie poradzą?”. Kryje się za nimi przekonanie, że jeśli zacznę o siebie dbać, to wydarzy się coś złego, dlatego nawet zrobienie czegoś wyłącznie dla siebie wywołuje ogromne poczucie winy, które często przybiera formę złości przeciwko sobie. To właśnie jeden z największych problemów. Kiedy takie osoby próbują zrobić coś dla siebie, bardzo często pojawia się myśl: „Jestem egoist(k)ą”. Nierzadko towarzyszy temu także lęk przed opuszczeniem – obawa, że jeśli przestaną wszystkich ratować i pomagać całemu światu, inni przestaną ich potrzebować, a w konsekwencji odejdą.
Jak wygląda praca terapeutyczna z takimi osobami?
Przede wszystkim pracujemy nad uświadomieniem sobie, za co naprawdę jesteśmy odpowiedzialni, a za co nie. Oznacza to również przyjrzenie się temu, na co mamy realny wpływ. Pod spodem niemal zawsze znajduje się lęk, że jeśli czegoś nie zrobię, to wydarzy się coś złego – albo przekonanie, że jeżeli nie będę wszystkiego kontrolować, świat się rozsypie. W terapii uczymy się stopniowo odpuszczać tę kontrolę. Sprawdzać, co się wydarzy, kiedy nie wezmę na siebie kolejnego obowiązku. Czy rzeczywiście wszystko się zawali? A może okaże się, że ktoś inny świetnie sobie poradzi? Bardzo często osoby hiperodpowiedzialne mają ogromny problem z przyjmowaniem pomocy. Same robią wszystko dla wszystkich, ale kiedy ktoś proponuje im wsparcie, odpowiadają: „Nie trzeba, poradzę sobie”. A przecież zdrowe relacje polegają także na umiejętności przyjmowania.
Czy takie osoby, kiedy do pani przychodzą, mają świadomość, że są hiperodpowiedzialne?
Raczej nie. Najczęściej zgłaszają się z zupełnie innymi trudnościami – problemami w relacjach, nasilonym lękiem, przewlekłym poczuciem winy, poczuciem utknięcia w życiu. Dopiero podczas terapii zaczynamy przyglądać się temu, jak funkcjonują na co dzień. Wtedy często okazuje się, że źródłem wielu problemów jest właśnie nadodpowiedzialność, że ta osoba przez lata brała na siebie znacznie więcej, niż powinna, i nie potrafiła oddawać odpowiedzialności innym.
Są w ogóle badania naukowe dotyczące hiperodpowiedzialności?
Badań poświęconych hiperodpowiedzialności jako odrębnemu zjawisku nie znalazłam. Istnieje natomiast wiele badań pokazujących, że nadodpowiedzialność jest jednym z elementów różnych trudności psychicznych, zwłaszcza zaburzeń obsesyjno-kompulsyjnych i lękowych. Badacze koncentrują się przede wszystkim na komponencie lękowym – na tym, jak lęk prowadzi do prób nadmiernego kontrolowania rzeczywistości poprzez przejmowanie odpowiedzialności za innych lub za wszystko, co dzieje się wokół. Dlatego powiedziałabym, że hiperodpowiedzialność jest raczej wskaźnikiem głębszych trudności niż samodzielnym problemem.
A czy nie jest też tak, że społeczeństwo w pewnym sensie nagradza hiperodpowiedzialność? Słyszymy przecież: „Tylko na tobie można polegać”, „Co byśmy bez ciebie zrobili” itp.
Oczywiście, że tak. Dzieje się to na kilku poziomach. Pierwszy dotyczy kobiet. Wciąż żyjemy w kulturze, która bardzo często przypisuje im rolę opiekunek odpowiedzialnych za emocje, dobrostan i potrzeby wszystkich wokół. Kobiety są wychowywane do tego, aby zauważać potrzeby innych, wyprzedzać je i brać za nie odpowiedzialność. Drugi poziom dotyczy nas wszystkich. Funkcjonujemy w kulturze ogromnej produktywności, w której najbardziej cenione są osoby, które zawsze powiedzą „tak”, zostaną po godzinach, wezmą na siebie dodatkowe obowiązki i będą pracować za dwie osoby. Przez pewien czas taki człowiek rzeczywiście wydaje się idealnym pracownikiem. Problem polega na tym, że organizm nie jest w stanie funkcjonować w takim trybie bez końca. W pewnym momencie zaczyna domagać się odpoczynku i wysyłać sygnały, że granica została przekroczona.

Agnieszka Sójka /fot. archiwum prywatne
Jakie są to sygnały?
Najczęściej pojawia się przewlekłe zmęczenie. Do tego dochodzą objawy lęku, których wiele osób nie rozpoznaje – zamiast mówić: „Boję się”, skarżą się na ból serca, ucisk w klatce piersiowej, trudności z oddychaniem. Często pojawiają się też rozdrażnienie, poczucie utknięcia i utrata satysfakcji z codziennego życia.
Długotrwałe napięcie zawsze odbija się na ciele. Mogą wystąpić bóle mięśni, karku czy kręgosłupa, zaciskanie szczęk, a także problemy ze snem – zarówno bezsenność, jak i nadmierna senność lub ciągłe zmęczenie. To, jak organizm reaguje na stres, zależy od układu nerwowego, dlatego u każdego objawy mogą wyglądać inaczej.
Każdy z nas ma ograniczony wpływ na rzeczywistość. Problem zaczyna się wtedy, gdy próbujemy brać odpowiedzialność za sprawy, które znajdują się poza naszymi możliwościami. Wierzymy, że od naszych działań zależy samopoczucie innych, przebieg wydarzeń czy nawet to, czy komuś stanie się krzywda. Prowadzi to do ogromnego przeciążenia
Czy z takiego stanu można wyjść samodzielnie?
Przede wszystkim nie warto zostawać z tym samemu. Nie oznacza to jednak, że każdy od razu potrzebuje psychoterapii. Jako ludzie regulujemy się w relacjach z innymi, dlatego ogromne znaczenie ma wsparcie bliskich: partnera, przyjaciela czy członka rodziny, który zauważy, że dzieje się z nami coś niepokojącego i zachęci do rozmowy lub poszukania pomocy. Jeśli bliscy będą wspierać nas w stawianiu granic i odpuszczaniu nadmiernej odpowiedzialności, zmiana stanie się łatwiejsza. Gorzej, jeśli rodzina czy współpracownicy przyzwyczaili się, że jedna osoba zawsze wszystko organizuje i za wszystkich odpowiada. Bo kiedy zaczyna mówić „nie”, zwykle spotyka się to z oporem.
Wyobrażam sobie, że wtedy wiele relacji zostaje wystawionych na próbę.
Tak – i jest to coś, co bardzo często obserwuję w gabinecie. Kiedy takie osoby przestają brać odpowiedzialność za wszystkich wokół, wiele relacji zaczyna się weryfikować. Niektóre z nich okazują się oparte głównie na tym, że jedna strona nieustannie dawała, ratowała i organizowała życie drugiej. Kiedy to się kończy, często kończy się również relacja. Ale zostają te, które są zdrowe i oparte na wzajemności.
Mówimy o tym, że źródłem hiperodpowiedzialności bardzo często są relacje rodzinne. Rodziny zmienić nie możemy. Jak więc nauczyć się mówić „nie”?
Przede wszystkim trzeba być konsekwentnym. Nie chodzi o to, żeby z dnia na dzień całkowicie zmienić sposób funkcjonowania. Najlepiej zacząć tam, gdzie czujemy się najbezpieczniej, tzn. w relacjach opartych na zaufaniu. Jeżeli mamy obok siebie partnera, przyjaciela lub bliską osobę, możemy spróbować powiedzieć: „Nie zrobię tego”, „Nie mam na to przestrzeni”, „Tego się nie podejmę”. Jeśli jest to zdrowa relacja, druga osoba uszanuje tę granicę. A nawet może powiedzieć: „Dobrze, że w końcu przestałaś/eś brać wszystko na siebie”. To właśnie w takich relacjach najłatwiej zacząć ćwiczyć nowe zachowania.
Zaczynamy od małych kroków i stopniowo nabieramy przekonania, że świat nie zawali się tylko dlatego, że raz powiedzieliśmy „nie”. Z czasem łatwiej przenieść tę umiejętność do trudniejszych relacji – rodzinnych czy zawodowych. To także nauka bardzo ważnej rzeczy: nie odpowiadamy za uczucia innych ludzi. Ktoś może być rozczarowany albo zły, bo odmówiliśmy, co jednak nie oznacza, że musimy zmieniać swoją decyzję.
To chyba najtrudniejsza lekcja dla osób, które przez lata brały odpowiedzialność za wszystkich i wszystko wokół.
Tak, dlatego nie ma tu prostych recept. Hiperodpowiedzialność zwykle wiąże się z lękiem, poczuciem winy i przekonaniami budowanymi przez lata. Nie da się tego zmienić od zaraz. Można jednak krok po kroku uczyć się stawiać granice i odzyskiwać odpowiedzialność za własne życie. Gdyby to było takie proste, psychoterapia nie byłaby potrzebna. Pod hiperodpowiedzialnością kryje się bardzo wiele różnych doświadczeń, jednak stopniowo można uczyć się funkcjonować inaczej. I naprawdę warto to zrobić.
Agnieszka Sójka – psycholożka, certyfikowana psychoterapeutka Gestalt, superwizorka aplikantka, twórczyni Obrazkoterapii, od 2010 roku wspiera ludzi w znajdywaniu drogi siebie samych i siebie nawzajem.