Przejdź do treści

Od warkocza Mirelli do peruki Luizy, czyli drugie życie włosów. „Mogłam odzyskać trochę normalności”

Mirella Pawliczek i Luiza Wróblewska - Hello Zdrowie
Mirella Pawliczek i Luiza Wróblewska / Fot. archiwum prywatne
Podoba Ci
się ten artykuł?

Patrzysz na Luizę i widzisz atrakcyjną trzydziestolatkę z idealnie ułożoną fryzurą. Nie przejdzie ci przez myśl, że niedawno chorowała na chłoniaka Hodgkina, a na głowie ma perukę – żeby ją stworzyć, potrzebne były włosy od sześciu do dziesięciu osób, które zdecydowały się wesprzeć akcję „Daj Włos!” Fundacji Rak’n’Roll. Jedną z nich jest Mirella Pawliczek. Miesiąc temu postanowiła rozstać się z długi warkoczami i przekazać je pacjentkom, które są w trakcie leczenia onkologicznego. Właśnie takim jak Luiza.

 

Włosy to nic takiego. Odrosną” – pacjentki onkologiczne często słyszą takie słowa. Jednak dla wielu z nich widok łysej głowy jest traumatycznym przeżyciem, na które nie sposób się przygotować. Mówią, że wraz z utratą włosów tracą część siebie. Jeszcze trudniej jest, gdy wypadną im rzęsy. – Gdy spojrzałam w lustro, zamiast swojego odbicia zobaczyłam starszą panią z wiotką twarzą, bez wyrazu – mówi Luiza Wróblewska. Ma 34 lata, ale wtedy, w lustrze, zobaczyła sześćdziesięciolatkę. Odkąd nosi perukę, odzyskuje pewność siebie. – Peruka stała się moją peleryną-niewidką. Już nie muszę chować głowy pod czapką czy chustką. Mogę wyjść na spacer z mężem i być jedną z wielu, nie skupiać na sobie spojrzeń, za którymi idzie niewypowiedziane pytanie: „Ciekawe, na co jest chora”…

Ale zacznijmy od początku.

Luiza i Mirella

Jest początek 2025 roku. – Znowu te swędzące zmiany na dłoniach i nogach! Mogłabym wsadzić rękę pod skórę i podrapać się po żyłach – myśli Luiza. Na jej rękach tworzy się brązowa skorupa. Dermatolog przepisuje na to kolejne maści ze sterydami. Nie pomagają. Luiza martwi się tym swędzeniem, ale z drugiej strony cieszy się, że przez kilka miesięcy schudła 60 kg. Jest na diecie redukcyjnej, efekty ją cieszą. Podczas świąt wielkanocnych przerażony kuzyn-laryngolog pyta Luizę: „A co ty masz na szyi i obojczyku?”. Zagląda do gardła kuzynki i mówi: „Nie chcę cię straszyć, ale to może być jakiś chłoniak”. Dwa dni później Luiza jest już w szpitalu w rodzinnym Śremie na wstępnej diagnostyce. Pobierają jej wycinek węzła chłonnego do badania histopatologicznego.

Wynik przychodzi trzy dni później – faktycznie, to chłoniak, kuzyn miał rację. Luiza nie wierzy w diagnozę. Sądzi, że lekarze się pomylili, przecież dużo ćwiczy, zdrowo się odżywia. Powoli dociera do niej, że chłoniak Hodgkina to nowotwór złośliwy układu chłonnego. Rozpoczyna chemioterapię w szpitalu MSWiA w Poznaniu. Leczenie przebiega spokojnie aż do czwartej chemii. – Wprawdzie chemia niszczyła nowotwór, ale zabijała mnie od środka, rozwalała moje poukładane życie. Na szczęście odpowiedź metaboliczna na leczenie była dobra – opowiada.

W czasie, gdy Luiza przyjmuje kolejną chemię, Mirella Pawliczek realizuje kolejny projekt. Z zawodu jest architektką wnętrz, prowadzi własną pracownię. Mieszka w Gliwicach na poniemieckim osiedlu Wilcze Gardło. Prowadzi spokojne życie, często zajmuje się 5-letnią bratanicą Lorenką. Pomaganie innym ma we krwi, choć gdy trzy razy chce ją oddać, okazuje się, że to nie ten dzień – albo ma za niską wagę ciała, albo jest w trakcie miesiączki. To może spróbuje zapisać się do banku dawców szpiku? Albo odda włosy na cel charytatywny, w sumie myślała o tym od dawna. Blond włosy do pasa od 10 lat były nieodłącznym elementem jej wizerunku. Rzadko kiedy spotyka się tak jasny, słomkowy, naturalny kolor. Kiedyś ten blond jej przeszkadzał, a żarty o blondynkach ją drażniły. Mama Mirelli sugerowała, że może ściemnieją. Nie ściemniały. Mirella z czasem je zaakceptowała, a nawet zaczęła doceniać, że na jej blondzie nie widać siwych włosów.

Małgorzata Sajan w różowym salonie fryzjerskim

Włosy

Luiza przed chorobą też miała włosy do pasa, w kolorze ciemnego blondu. Zaczęła je farbować po dwudziestce, kiedy pojawiły się u niej pierwsze oznaki siwizny. Żartuje, że miała na głowie wszystkie kolory świata. Eksperymentowała też z fryzurami, ale nigdy nie miała włosów krótszych niż do ramion. Przed rozpoczęciem terapii onkologicznej lekarze uprzedzili, że jednym ze skutków ubocznych może być utrata włosów. Omówiła temat z psychoonkologiem, wydawało się, że jest przygotowana, że włosy wypadną. Jednak gdy zobaczyła je pierwszy raz rankiem na poduszce, poczuła gulę w gardle. Wspólnie z mamą wymyśliła, że włosy będą skracać stopniowo. Ale gdy pewnego dnia wiążąc włosy, mignęły jej duże placki na głowie, poprosiła mamę, aby zgoliła ją na tzw. zapałkę. Okazało się, że to był dobry krok – po tym wspólnym przeżyciu ich więź się zacieśniła. – Jeśli miałabym wskazać na pozytywy mojej choroby, to na pewno pogłębienie relacji z mamą jest na pierwszym miejscu – twierdzi.

Mirella też miała różne fryzury – krótkie, z grzywką, bez grzywki. Gdy była nastolatką, włosy zawsze wydawały się jej nie dość długie. Próbowała zapuszczać, ale nie rosły. W końcu trafiła pod skrzydła fryzjerki, która podpowiedziała jej, co robić. – Zanim zaczęłam je zapuszczać, pomyślałam, że kiedyś przekażę je w ramach akcji charytatywnej na perukę. Od początku zależało mi, aby moje włosy były w jak najlepszej kondycji – wtedy ten dar będzie pełnowartościowy.

Mirella mogła się poszczycić pięknymi długimi włosami / fot. archiwum prywatne

Dwa razy w roku podcinała końcówki – wiosna i jesienią. Stosowała różne patenty – włosy myła z rana i głową w dół – dzięki temu odbijają się od nasady i są gęstsze. Po dwukrotnym myciu nakładanie odżywki. Następnie staranne suszenie. Mirella nigdy nie farbowała swoich blond włosów – nie licząc jednorazowego barwienia kawą, które zresztą nie przyniosło efektów. Poza tym wiedziała, że z farbowanych lub rozjaśnionych włosów nie można stworzyć peruki. Ważna jest też długość darowanych włosów – nie mogą być krótsze niż 35 cm.

Wiele osób zapomina, że my nie jesteśmy tylko i wyłącznie onko – nadal chcemy się śmiać, żartować, rozmawiać o normalnych rzeczach. Tymczasem w trakcie choroby dotyka nas ogromna samotność

Luiza

Decyzja

W trakcie chemioterapii Luiza na chińskich stronach zamawia dwie peruki. Nie sprawdzają się, gryzą, uwierają, a głowa w nich bardzo się poci. Poza tym skóra po chemii jest bardzo wrażliwa, każde dotknięcie wywołuje ból. Kobieta jedzie więc do sklepu w Poznaniu po perukę z naturalnych włosów, ale okazuje się, że to nie są tanie rzeczy. Ceny nakryć głowy z włosów naturalnych są bardzo wysokie – ta wybrana przez Luizę kosztuje 7300 zł, z czego może otrzymać 350 zł refundacji z NFZ-u. Ale to mało, więc rezygnuje z zakupu.

– Aż pewnego dnia, podczas chemii, scrollowałam  telefon. Zobaczyłam informację, że można bezpłatnie otrzymać perukę w ramach akcji organizowanej przez Fundację Rak’n’Roll. Wypełnienie formularza na stronie www.raknroll.pl zajęło mi 5 minut. Po dwóch dniach odezwała się do mnie pani z fundacji pytaniem, czy wolę perukę z włosów naturalnych czy syntetycznych – do stworzenia tej drugiej używa się specjalnych włókien. Ja wybrałam pierwszą opcję – wspomina Luiza. Konieczne było też zorganizowanie recepty od onkologa, ale nie stanowiło to problemu. Po dwóch miesiącach od wypełnienia formularza kobieta otrzymuje informację, że ma jechać do sklepu Rokoko w Poznaniu na przymiarkę. – Zaproponowano mi kilka peruk. Założyłam tę w kolorze ciemny blond, do ramion i od razu wiedziałam, że to ta. Lekka, ze specjalną siatką, przewiewna, przypominająca moją fryzurę sprzed choroby – opowiada.

Aby powstała taka peruka, potrzebne były włosy nawet od sześciu do dziesięciu osób. Najczęściej przekazują je kobiety i dziewczynki, ale mogą to zrobić także chłopcy i mężczyźni, do czego organizatorzy akcji bardzo zachęcają.

W tym czasie, gdy Luiza otrzymuje perukę, warkocze Mirelli mają ponad 40 cm. Jej fryzura zwraca uwagę nawet przechodniów. Wybitną fanką pięknych długich włosów Mirelli jest jej bratanica, miłośniczka bajkowej Elzy. Gdy była młodsza, bawiła się, że włosy cioci to mocne liny, po których można się wspinać. Na wieść, że Mirella planuje je ściąć, dziewczynka protestuje. – Wytłumaczyłam jej, że moje włosy trafią do chorych pań, a może nawet do małych dziewczynek, które są w trakcie leczenia – opowiada nasza bohaterka.

Wielkie cięcie Mirella planuje na 12 marca, dwa dni przed swoimi trzydziestymi urodzinami. Wybiera zaprzyjaźniony salon w Gliwicach, w którym pracuje jej znajomy fryzjer Sebastian. – Wprawdzie to studio nie współpracuje z fundacją, ale to nie miało znaczenia. Włosy można wysłać osobiście. Sebastian potwierdził, że moment na ścięcie jest dobry, bo włosy są w świetnej kondycji.

Fryzjer zaplata warkocze (to warunek – włosy muszą być zaplecione, aby osoba robiąca perukę miała pewność, gdzie znajduje się podstawa, a gdzie koniec włosów), robi cięcie. Mirella zgodnie z instrukcją owija je ręcznikiem papierowym, wkłada do koperty, załącza formularz z kodem QR do identyfikacji i niczym cenny skarb niesie przesyłkę na pocztę.

Pierwsze wrażenie

Luiza pierwszy raz zakłada perukę, stojąc przed lustrem w łazience. – To był zwykły dzień, miałam na sobie za dużą bluzę mojego męża. Ubrałam perukę, spojrzałam w lustro i powiedziałam do siebie: „Nadal jesteś kobietą, nadal jesteś piękna”. W peruce chodzi cały dzień, myje podłogi i naczynia, gotuje obiad. Na koniec dnia mówi do męża, że w końcu poczuła się normalnie. Normalnie musi też dbać o perukę – myć ją szamponem, nakładać maskę, odżywkę. Włosy można nawet prostować czy farbować, ale Luiza nie ma takich planów.

Bratanica na widok Mirelli z krótszymi włosami zaczyna płakać. Minął miesiąc, a ona wciąż dopytuje, kiedy włosy odrosną. Natomiast Mirella w nowej fryzurze od razu czuje się świetnie. – Potrzebowałam tej zmiany! Cieszę się, że dałam moim włosom drugie życie. Po tym, jak zaniosłam je na pocztę, niemal fizycznie poczułam, że pojechały do którejś z kobiet. Mimo że się z nimi rozstałam na zawsze, mam równocześnie poczucie, że mogę je znowu zapuścić i znowu ściąć. Ucieszyłam się, gdy otrzymałam wiadomość mailową z fundacji, że włosy dotarły. Dołączony był do nich list z podziękowaniem.

Mirella u zaprzyjaźnionego fryzjera na chwilę przed obcięciem włosów / fot. archiwum prywatne

Kobiety – kobietom

Co Luiza powiedziałaby kobietom, od których otrzymała włosy na perukę? – Powiedziałabym, że dziękuję im za ten kawałek siebie, który oddały, i że dzięki nim mogłam odzyskać trochę normalności. Wiele osób zapomina, że my nie jesteśmy tylko i wyłącznie onko – nadal chcemy się śmiać, żartować, rozmawiać o normalnych rzeczach. Tymczasem w trakcie choroby dotyka nas ogromna samotność. Wcześniej było wokół mnie mnóstwo osób, ostatecznie zostało sześć. Myślę, że pewnie się przestraszyli. Inni pacjenci mają podobne doświadczenia. Nie dość, że spadła na nas choroba, to gdy zostajemy sami, zastanawiamy się, co jest z nami nie tak, skoro tyle ludzi się od nas odwraca. Przestają wysyłać nam śmieszne rolki, dzwonić z życzeniami na urodziny czy proponować wyjście do kina – zauważa.

A co Mirella chciałaby przekazać innym kobietom? – Wyobrażam sobie, że gdy ktoś traci włosy, traci część siebie. Uważam, że skoro jestem zdrowa, a moje włosy są naprawdę dobre i mogą dać komuś mnóstwo radości, to dlaczego ich nie przekazać? Kiedyś zrobię to ponownie, ale trochę to potrwa – moje włosy zapuszczałam 10 lat.

Potrzebowałam tej zmiany! Cieszę się, że dałam moim włosom drugie życie

Mirella

Wspólna pasja

Okazuje się, że obie panie mają wspólną pasję, jaką są zwierzęta. Mirella od 12 lat ma królika tyreńskiego o imieniu Bastis oraz psa Kasai rasy akita. Świetnie funkcjonują w duecie, troszczą się o siebie.

Luiza ma trzy psy. Najdłużej z nią jest cavalier Happy, samica, przewodniczka stada. To ona pilnowała, by w czasie chemioterapii Luiza mogła w spokoju się wyspać. Odganiała pozostałe zwierzęta, gdy chciały przeszkodzić jej pani w odpoczynku. – Po diagnozie czułam się zagubiona, potrzebowałam czegoś stałego. Dla mnie zwierzęta są właśnie czymś stałym. W ich spojrzeniu nie ma niczego oceniającego. Doświadczyłam tego zwłaszcza po usunięciu włosów. Ja zobaczyłam w lustrze inną kobietę, a psy nadal widziały mnie. Podczas choroby z życia znika mnóstwo osób. A psy są i rozumieją, współodczuwają. Bo jak wytłumaczyć, gdy 30-kilogramowy silny labrador ostrożnie wchodzi do łóżka, gdy miałam spadek formy?

Luiza o swoich doświadczeniach pisze na Instagramie na profilu: wojowniczka_z_psami. W ubiegłym roku odeszła jej ukochana Luna. – Byłyśmy nierozłączne. Luna wyciągała mnie z najtrudniejszych momentów w czasie leczenia. Po jednej z moich chemii jej stan nagle się pogorszył – myślę, że w ten sposób odchorowała moją chorobę – mówi. Po tej stracie rodzina Luizy postanowiła tchnąć w nią nowe życie – w prezencie kupili jej drugiego cavaliera, Lusię. Aktywny i rozbrykany szczeniak wymagający ciągłej uwagi stał się dla Luizy motorem napędowym.

Przyszłość

Luiza wraca do sił, kolejną wizytę u lekarza ma zaplanowaną na lipiec. Po weekendzie majowym planuje powrót do pracy. Nie wszyscy w biurze wiedzą, że chorowała – peruka stanowi dla niej bezpieczną strefę komfortu. Powrotu z jednej strony się boi, ponieważ jest nadwrażliwa na bakterie, a przez firmę przewija się mnóstwo osób. Ale ma wsparcie przełożonych – szefowa również ma doświadczenie onkologiczne. Luiza postarała się o orzeczenie o niepełnosprawności, więc będzie pracować krócej i z większą liczbą przerw. Po leczeniu jej włosy zaczęły odrastać mocniejsze, o dziwo w naturalnym kolorze, bez siwizny! Kobieta coraz częściej zdejmuje perukę, zaczyna akceptować swoje krótkie włosy. Na początku czuła się w nich zbyt męsko, ale dzięki komplementom męża, mamy i przyjaciółek przekonuje się, że ma ładny kształt głowy i piękną twarz.

Mirella korzysta z uroków wiosny. Wolny czas spędza w ogrodzie, pielęgnując rośliny. W biurze też ma ich sporo – przeważają paprocie. Dogląda je, pielęgnuje odżywkami, robi opryski, przestawia. Dba o nie, a one rosną bujne. Zupełnie jak włosy.

Program SuperHairo

Od 2011 roku Fundacja Rak’n’Roll przekazała ponad 6 tysięcy peruk kobietom z całej Polski.

– Włosy rosną średnio około 1,5 cm miesięcznie, a do przekazania muszą być zdrowe, niefarbowane i mieć minimum 35 cm długości. Wiemy, jak wiele czasu i pielęgnacji trzeba, by włosy osiągnęły wymaganą długość. Dlatego dla „włosowych bohaterów” stworzyliśmy SuperHairo, czyli program wsparcia. Uczestnicy otrzymują dostęp do wiedzy ekspertów, różnego rodzaju materiałów – mówi Nina Mężyk z Fundacji Rak’n’Roll.

– Osoba zapuszczająca włosy dla kogoś innego jest trochę jak cichy bohater – przez długi czas działa w cieniu, a jej wysiłek staje się widoczny dopiero w momencie ścięcia i przekazania włosów. W Rak’n’Rollu chcemy powiedzieć takim osobom już dziś: widzimy cię i doceniamy, bo to, co robisz, naprawdę ma sens. Zapuść swoją pelerynę i zostań SuperHairo! – podsumowuje Jacek Maciejewski z Fundacji Rak’n’Roll. Mirella Pawliczek już dołączyła do programu.

 

Do programu SuperHairo można dołączyć, wypełniając prosty formularz na stronie raknroll.pl/superhairo.

Podoba Ci się ten artykuł?

Powiązane tematy:

i
Treści zawarte w serwisie mają wyłącznie charakter informacyjny i nie stanowią porady lekarskiej. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem.
Podoba Ci
się ten artykuł?