Przejdź do treści

Po co nam ta monogamia? Rozmowa z psychoterapeutą Pawłem Droździakiem

Po co nam ta monogamia?
Ilustracja: Magda Danaj | www.porysunki.blogspot.com
Podoba Ci
się ten artykuł?
Udostępnij bliskim
Najnowsze
Kampania Fundacji Arena i Świat
Wspaniałe bohaterki w kampanii „Badaj się i żyj pełną piersią. Nie daj się rakowi”
Agnieszka Hyży o macierzyństwie: wszystkie jedziemy na tym samym wózku!
Michał Lipa o dodatkowych kilogramach w ciąży. Ile może przytyć ciężarna?
Fryzjerka znalazła dziwną plamkę na jej głowie. Okazało się, że po 13 latach ma nawrót raka
szczepionka
Grypa – dlaczego się szczepimy?

Dlaczego częściej wybieramy monogamiczne związki, a nie całkowicie wolną miłość? Czy monogamiczny związek to gwarancja wiecznej szczęśliwości? Co zyskujemy, co tracimy? – z psychoterapeutą Pawłem Droździakiem rozmawia Agnieszka Zieniuk.

Agnieszka Zieniuk: „Małżeństwo monogamiczne powstało jako instytucja mająca zagwarantować mężczyźnie biologicznie własnych potomków, którzy mieli dziedziczyć po nim wartości duchowe i materialne (…)” – czytamy w „Seksuologii kulturowej” K. Imielińskiego. Emancypacja kobiet jest faktem. Po co nam więc monogamia dziś?

Paweł Droździak: Strasznie to męskocentryczne i przez to jednostronne. I smutne jakieś. Małżeństwo ma gwarantować coś mężczyźnie, a kobiety nic z tego nie mają? Czyli ani chcą tego, ani to lubią, ani o tym myślą, ani o tym marzą, ani im nie zależy, by to było? Ktoś, kto to napisał, raczej nie był kobietą i nigdy nie poczuł, że bycie kobietą może być fajne. Jest to jakaś część prawdy, ale gdyby to była cała prawda, większość filmów na „męski wieczór” i ukochanych przez mężczyzn książek rozrywkowych powinna kończyć się ślubem, a panie powinny przy tym ziewać. Tymczasem tak nie jest, a nawet bywa odwrotnie. To książki i filmy pisane głównie z myślą o kobietach często obracają się wokół tej tematyki. Czyli chyba jest ona dla odbiorczyń jakoś ważna?

No cóż. Odwieczne pytanie: zabawki dla dziewczynek to różowe lale, a nie samochody, bo dziewczynki kochają różowe lale? Czy też bawią się różowymi lalami, bo takie zabawki w dziale dla dziewczynek od X lat funkcjonują?

No tak. Oczywiście można sugerować, że to jest pranie mózgu robione kobietom i że wszelkie pragnienia, które są opisywane w tych dziełach, są tylko paniom przez te dzieła wdrukowywane, a wcale nie są autentyczne. Taka jakby fałszywa świadomość. Gdyby zacząć od tej myśli, byłby to dobry punkt wyjścia do rozmowy o tym, co w takim razie w ogóle jest u ludzi autentyczne. Pragnienie znalezienia jednego człowieka – miłości życia – i przeżycia tego życia z nim, jak rozumiem, autentyczne miałoby nie być. A może i nie jest? Zatem, co jest prawdziwsze? Pragnienie awansu? Podwyższenia kwartalnych wyników sprzedaży? Może tak. Ja nie wiem. Spytałbym kobiet, ale skoro ktoś twierdzi, że one od czytania i oglądania rzeczy, których tematyka skupia się wokół miłości, związków i małżeństwa, uwierzyły, że to dla nich ważne, choć wcale nie jest ważne, i ostatecznie przez to same już nie wiedzą, czego naprawdę chcą, tylko wierzą, że chcą tego, co im się tam przedstawia, to kogo pytać, czego one chcą naprawdę? Ktoś powinien wiedzieć. Tylko kto? Ktoś, kto umiałby przekroczyć wszystko, w czym go wychowano. Tylko kto to taki?

Jak dotąd, z tego, co wiemy, monogamia spełnia potrzeby kilku stron. Jej, jego, ich rodziców, ich dziadków, ich dzieci i ich wnuków. A także całego otoczenia. Każda ze stron ma inne potrzeby, rzecz jasna. Załóżmy, że z monogamii zrezygnujemy. Więcej: że zrezygnowali z niej już nasi rodzice. Gdzie byśmy wtedy mieszkali jako dzieci? Kto zrobiłby nam rano śniadanie i przygotował do szkoły? Rodzice? No tak, ale którzy to są? Przecież wyzwolona z monogamii matka wczoraj spędziła miły wieczór z Wieśkiem, przedwczoraj z Romanem, a dziś, nie wiedzieć czemu, obudziła się obok Beaty… I to jest na pewno fajne, ma mnóstwo zalet, o których nikt dorosły nie wątpi, tylko kto w tej sytuacji ma ci zapleść warkoczyki do szkoły? Skoro, dajmy na to, nie chce się nikomu. I co?

Bez przesady! Mamy XXI wiek i istnieją środki antykoncepcyjne, prokreację można kontrolować. A przecież i tak zdecydowana większość ludzi nadal żyje w związkach monogamicznych. Jednak.

Czasem można rozwiązać problem przez jego skreślenie i współcześnie to właśnie czynimy. Dzieci przeszkadzają w korzystaniu z wszelkich uroków, jakie może dawać życie singla w świecie wolnym od przesądów, bo dzieci mają oczekiwania, potrzeby i przywiązują się beznadziejnie do ludzi, z którymi my czasem już się nie chcemy czuć związani. To stwarza kłopot i dlatego w świecie, w którym nasze potrzeby stawiamy na pierwszym miejscu, mamy tych dzieci nieco mniej. Prokreację można kontrolować i korzystamy z tego, bo to zwiększa przestrzeń naszej indywidualnej wolności. I bezpieczeństwo. Nikt przy zdrowych zmysłach nie rzuci się przecież w niekontrolowaną prokreację, jeśli nie ma choć podstawowej idei monogamii. Im mniej monogamii w środowisku, tym rozsądniejszym wyborem staje się kontrola prokreacji. Być samotnym rodzicem czwórki dzieci to zadanie wprost niewyobrażalne. To może zablokować aspiracje życiowe nawet najbardziej aktywnej osoby, po prostu przez ogrom pracy, którą trzeba tu każdego dnia wykonać. Dlatego potrzebny jest ktoś, o kim wiemy, że sobie pewnego dnia po prostu nie pójdzie. A im mniejsza pewność co do tego, tym mniej dzieci opłaca się mieć, bo ryzykuje się więcej. Jednak nawet mając jedno dziecko, bywa trudno, gdy jest się samemu. Jedna osoba może temu zadaniu podołać, ale ci, którzy tego spróbowali, wiedzą, że to niełatwe. Samotni rodzice często mówią o tym, że dobrze by było mieć kogoś, na kogo można by liczyć. Mieć drugiego rodzica do pomocy, a czasem prócz tego jeszcze czwórkę dziadków, to mieć do pomocy pięć osób. Tylko ci, którzy tego nie mają, potrafią docenić ten komfort. Bez monogamii trudno by było to utrzymać. Nawet dziadkowie – nasi właśni rodzice – stają się trochę mgliści i rozmyci, gdyby i oni chcieli zrezygnować z monogamii. Z pięciu osób do pomocy zostaje nam być może jedna – matka. Kto poznał na własnej skórze, jak potrafi funkcjonować trójkąt dziecko – matka – babcia w warunkach braku innych punktów odniesienia, ten rozumie w pełni, o co z tą monogamią chodziło.

No dobrze, ale przecież w naszej kulturze jest też mnóstwo osób, które dzieci nie mają i – co więcej – mieć ich nie zamierzają. I one także w większości pozostają w związkach monogamicznych. Dlaczego?

Monogamiczny związek dwojga zwolenników bezdzietności często cementują kobiety, bo to im w naszej kulturze łatwiej przyznawać się do miłości i głośno o niej mówić. Z czasem jednak i taka para wchodzi w fazę rutyny. Po co wówczas ze sobą są? Po części przez naśladownictwo, a po części dlatego, że chcą jakoś organizować sobie życie. Nie popaść w stan całkowitego nomadyzmu, jeśli to można tak określić. Czyli podtrzymują relację monogamiczną z podobnych powodów, z jakich chcemy mieć adres.

Jest i inna kwestia. Wiele osób mówi, że nie chce mieć dzieci, bo ich partner nie chce mieć dzieci. Te osoby mówią, że mają preferencje podobne jak preferencje partnera, bo liczą na to, że kiedy on się przywiąże, związek okrzepnie, to te preferencje się zmienią. Czasem się tak dzieje, czasem nie. Bywa przecież i tak, że oczekiwanie na „dojrzenie” partnera trwa całe lata, a kiedy już wiadomo, że on nie dojrzeje nigdy, jest już dość późno i pojawia się obawa, czy warto szukać kogoś nowego i znów coś budować, czy może lepiej pozostać w tym, co jest, bo jest pewne, choć nieco rozczarowujące z punktu widzenia tych dzieci właśnie.

Według statystyk w tej chwili mniej więcej tyle samo nowych par się tworzy, ile się rozstaje. Czyli z punktu widzenia statystyki coś takiego jak rodzina na zawsze przestało istnieć.

Ale nadal dominuje model małżeństwa czy partnerskiego związku monogamicznego, choć przecież monogamia nie jest zgodna z naturą człowieka. Musi być jakiś bonus, jakiś profit.

Człowiek w ogóle jest sprzeczny z naturą. Pismo jest sprzeczne z naturą, mowa jest sprzeczna z naturą, hodowla, rolnictwo… To wszystko jest całkowicie nienaturalne! I podobnie jest z monogamią: monogamia jest elementem kultury, a kultura nie jest naturalna.

Dychotomia natura – kultura jest oczywiście jasna, tyle tylko, że jeśli wrócimy do korzeni, to okaże się, że we wszystkich możliwych systemach: w starożytnym Rzymie, Grecji, w Indiach czymś, co uzasadniało monogamię, były dziedziczenie i sukcesja. Tylko i wyłącznie!

Na powierzchni tak. Głębiej patrząc, chodziło o podtrzymanie jakichkolwiek stałych kategorii, które by określały pozycję ludzi w grupie. Ktoś jest ojcem dla kogoś, dla kogoś innego synem, dla jeszcze kogoś innego wnukiem. Inaczej zachowujemy się wobec wnuka, inaczej wobec dziadka, inaczej wobec teścia. To są pewne kategorie, które się nie zmieniają. Można przestać być dyrektorem, ale nie można przestać być wnukiem. Można być czyjąś dziewczyną i wówczas na przykład możemy się pocałować, albo można przestać być tą dziewczyną i już się nie całujemy. Ale ojciec z córką nigdy nie całuje się w ten sposób i to się nie zmienia w czasie. A w stadzie szympansów to już może być różnie.

Ale to znaczy, że jedynym celem uzasadniającym obowiązywanie monogamii jest organizacja życia w społeczeństwie.

Tak.

I dziś też tylko temu służy?

Służy temu, żeby przetrwać i wychować dzieci, które z kolei też będą zdolne urodzić dzieci, które będą zdolne przetrwać, ale głębiej patrząc, służy to przetrwaniu podstawowych kategorii myślowych tworzących kulturę. Umożliwiających nam myślenie.

A nie możemy sobie tego przetrwania wyobrazić w społeczeństwie, które nie organizuje się monogamicznie?

Oczywiście możemy próbować. Zresztą w zasadzie to robimy: przecież właśnie teraz jako społeczeństwo próbujemy tworzyć pewne alternatywne formuły, związki poliamoryczne, otwarte, monogamię seryjną, wielkoseryjną, monogamię wakacyjną, weekendową etc. Tylko że to ma swoje skutki. I znów wrócę: chodzi o dzieci. Jeśli kobieta rodzi dziecko, to nie ma wątpliwości, że to ona jest matką. Sytuacja jest oczywista. Relacja matki z dzieckiem jest biologiczna, ono wychodzi z jej organizmu, do tego może dojść karmienie piersią. To jest relacja naturalna. Nawet jeśli wyobrazimy sobie, że nastąpiłby jakiś globalny kataklizm, zbiorowe zatrucie wszystkich albo wirus i poziom inteligencji wszystkich ludzi spadłby o połowę, matka nie zapomni, które dziecko jest jej. Ale czy relacja dziecka z ojcem to przetrwa? Ona musi się opierać na kulturze. Co przede wszystkim jest potrzebne, by powstała relacja z ojcem? Pamięć. On musi pamiętać, z kim spał dziewięć miesięcy temu. I musi nadawać temu jakieś znaczenie. To wcale przecież nie jest oczywiste, jeśli monogamii nie ma. Cofnijmy się do czasów, w których ludzie są małpoludami. Skąd on ma wiedzieć, z kim kiedy spał? Czemu to w ogóle by miało dla niego być ważne? Przecież on może nawet nie pamiętać, co wczoraj jadł. Na przykład muszą istnieć jakieś imiona, żeby to wszystko uporządkować, żeby się nie pomieszało. Musi istnieć jakaś kategoria pamięci, żeby dziecko pamiętało: to jest ten facet, on jest moim ojcem. Matka także musi uporządkować rzeczywistość: na przykład czas, żeby wiedziała, że jest jakieś następstwo czasu pomiędzy relacją z mężczyzną a pojawieniem się dziecka. Nie wystarczy czysta biologiczna więź: pożądanie. Potrzebna jest cała struktura. Nazwy. To jesteśmy my, matka i ojciec, i mamy jakąś wspólną nazwę. Jak się urodzi dziecko, to tę nazwę pozna i będzie mogło powiedzieć, skąd jest. Bo nie tylko matka w takim stadzie małpoludów musiałaby wiedzieć, kto jest ojcem. Także otoczenie dzięki jakiemuś typowi nazw musi to pojmować. Jeśliby tak nie było, teoretycznie matka mogłaby oczekiwać wsparcia od dowolnego mężczyzny. I ten dowolny mężczyzna mógłby tej pomocy udzielić bądź nie, w zależności od wielu rzeczy. Na przykład od tego, czy ma ochotę.

Po co nam ta monogamia?

Ilustracja: Magda Danaj | www.porysunki.blogspot.com

I to jest dowód na to, że monogamia jest w interesie kobiety?

Każdy musi sam zdecydować, co jest, a co nie jest w jego interesie. Na czym mu zależy, a co mu obojętne. Ale zadałbym pewne pytanie. Czy jeśli uprawia się z kimś seks, jest dla nas ważne, żeby dla partnera miało to jakieś znaczenie, czy też nie jest to dla nas istotne? Chcemy, żeby on uznawał, że wydarzyło się coś ważnego? Co sprawia, że pewne rzeczy są ważne, a inne mniej? Nadajemy im jakieś znaczenie. Czynimy je specjalnymi. Seks jest czynnością naturalną, tak samo jak jedzenie. Wchodzimy do baru, zjadamy kurczaka i wychodzimy. Kto siedział obok? Nie mam pojęcia. I to jest całkowicie naturalne. Wykonałem pewną naturalną, oczywistą czynność, skończyłem, wychodzę. Podbiega do mnie jakaś kobieta na ulicy: „Hej, poznajesz mnie? No nie pamiętasz…? Trzy lata temu jedliśmy przy tym samym stoliku w barze. Ty miałeś kurczaka, a ja kukurydzę. No, naprawdę nie pamiętasz? Jedliśmy razem. To chyba coś znaczy?”. Każdy powie „wariatka”. A jednak kiedy uprawiamy razem inną, równie naturalną czynność i ona to przypomni, nikt już wariatką jej nazwać nie może. Właśnie dlatego, że uczyniliśmy z tego coś szczególnego. Nadaliśmy temu wymiar symboliczny, właśnie poprzez monogamię. I tak powstała kultura człowieka. Od tego się zaczęła. Odkryto niesamowite malowidła naskalne w grotach sprzed tysięcy lat. Lascaux i inne, podobne. Jest tam tysiące scen z życia ludzi. Polowanie, oprawianie, walka, taniec, jedzenie i wiele innych rzeczy. Ale nie ma seksu. Na żadnym rysunku w tych grotach go nie umieszczono. Możemy z tego wnioskować, że dla tych ludzi uprawianie seksu było czymś specjalnym. Coś specjalnego to coś, czego nie robi się z każdym. Zrobienie tego niesie jakieś znaczenie. Wywołuje nie tylko skutek fizjologiczny, ale też skutek społeczny. A czy to dobrze? Czy to jest w interesie kobiet i czy one chcą, żeby seks miał jakieś znaczenie? Myślę, że interesy kobiet mogą tu być do pewnego stopnia rozbieżne z męskimi.

Nawet jeśli kobiety są bardziej nastawione na monogamiczne myślenie, to pojawia się pytanie: dlaczego? Skoro przez całe wieki monogamia opierała się właśnie przede wszystkim na wymogach wobec kobiet: wymogach czystości przedmałżeńskiej i wierności w trakcie trwania związku, tak by pochodzenie potomstwa nie budziło wątpliwości, to może jest to kwestia sprawiedliwości? Skoro kobietom „nie wolno”, to rodzi się w nich potrzeba sprawiedliwości: niech was, mężczyzn, też dotyczą takie same ograniczenia?

Nie spotkałem mężczyzny, który by twierdził, że kobietom „nie wolno”. Przeciwnie. Gdy mężczyzna zwraca się do kobiety, mówiąc o takich sprawach, to zwykle jest tą stroną, która mówi, że jak najbardziej wolno. Można przecież zrobić mnóstwo eksperymentów, które to pokażą. Choćby w internecie. Zalogować się na czacie jako kobieta i ogłosić, że ma się ochotę uprawiać seks np. za godzinę, i sprawdzić, ilu mężczyzn powie „nie wolno”, a ilu wyrazi zainteresowanie. A następnie zalogować się jako mężczyzna z tą samą propozycją i policzyć, ile będzie zainteresowanych kobiet. Albo przebrać atrakcyjną kobietę w bardzo uruchamiający wyobraźnię strój i niech przejdzie się w publicznym miejscu. I policzyć, ile jest ocen krytycznych ze strony kobiet, a ile ze strony mężczyzn. Mnóstwo takich eksperymentów się przeprowadza i wyniki są dość jednoznaczne. Mężczyźni nie są tą stroną, która cokolwiek tu próbuje ograniczać. W przyrodzie skutki seksu dla strony żeńskiej są inne niż dla męskiej. Dlatego te strony przyjmują inne strategie. Seks nie jest dla nich tym samym.

Jasne, że nie, ale to nie ma związku z realizacją autentycznych potrzeb, które moim zdaniem mogą być dokładnie identyczne u obu płci. Skoro przez tysiące lat za spontaniczny akt seksualny poza monogamicznym i zalegalizowanym związkiem w znakomitej większości kultur kobietom właśnie, a nie mężczyznom, groziła kara, to przekonanie, że kobietom „nie wolno”, jest bardzo silnie wrośnięte w naszą kulturę. I to, że większość kobiet odmówi, jest reperkusją tej opresji.

Idąc za tym tokiem rozumowania, najlogiczniejszym sposobem wyjścia z opresji byłoby odbywanie stosunków z jak największą liczbą mężczyzn. Co byłoby bardzo łatwe, bo panowie raczej nie odmówią. Widziałbym tu jednak pewną trudność. Uprawianie seksu wymaga współpracy. To się robi wspólnie. Tymczasem w tej opowieści o tysiącach lat karania śmiercią jest sporo oskarżenia, a więc i sporo negatywnych uczuć wobec drugiej strony. W efekcie pojawia się obraz kogoś, kto jest gotów w całkowicie wyzwolony sposób uprawiać seks, ale jego gotowość nie jest skierowana do drugiej strony, gdyż ta druga strona jest postrzegana jako winna czemuś i nie sposób ją lubić. Czyli jest to nieskończony seksualny potencjał adresowany do nikogo. To się zresztą przekłada na praktykę, bo kiedy ta opowieść jest wygłaszana i w odpowiedzi słuchacz mówi: „OK, masz rację, więc skończmy z tymi latami obłędu i zróbmy to tu, teraz, natychmiast” – co jest przecież logiczną konsekwencją tej wersji historii ‒ to nigdy się to nie dzieje. Żadnym pójściem do łóżka się taka sytuacja nie kończy, lecz jedynie kłótnią. Stąd wnoszę, że się na tym żadnej relacji nie zbuduje.

Poza wszystkim gdyby seks stał się naprawdę „czymś naturalnym” i tylko naturalnym, a wszelkie zobowiązania z nim związane by znikły, partnerzy zapominaliby o nas bardzo szybko. Nic byśmy dla nich nie znaczyli. Wspólne uprawianie seksu nie budowałoby żadnej relacji, a więc i ciąża nie wiązałaby się z żadnym zobowiązaniem.

Czy w takim razie związek monogamiczny jest odpowiedzią na potrzeby dziecka? I tylko o to chodzi?

Nie tylko. Ludzka kultura opiera się na wykluczeniach. Na przykład w naszej kulturze wykluczone jest to, by ojciec sypiał z córką. Dzięki czemu może to być wykluczone? Ano dzięki temu, że wiadomo, kto jest ojcem. W kulturach, w których obowiązuje matrylinearny system pokrewieństwa, taki związek już jest możliwy, gdyż biologiczny ojciec nie jest uznawany za krewnego swoich dzieci. Można powiedzieć, że te wykluczenia są irracjonalne. Ale są potrzebne. Dlatego że tylko tam, gdzie pojawia się wykluczenie, może pojawić się kultura, bo ona się wtedy opiera na jakimś stałym pojęciu – jakiejś stałej pozycji ludzi względem siebie. I może się pojawić tabu, czyli to coś, czego istnienie współcześnie tak nas oburza. Kultura buduje się wokół tabu. Nawet w kulturach, w których związki kazirodcze są dozwolone, jest to obwarowane ścisłymi zasadami. Np. można poślubić starszą siostrę, ale nie młodszą itp. To są właśnie te wykluczenia, bez których w ogóle nie jest możliwe zbudowanie jakichkolwiek kategorii myślowych.

No dobrze, ale rozmawiamy w XXI wieku, w dobie możliwości ustalenia ojcostwa oraz antykoncepcji… Naprawdę trudno uzasadniać monogamię tylko prokreacją, którą możemy sterować. Musi być coś innego, co skłania nas do trwania w większości w związkach monogamicznych. Co zyskujemy?

Ustalić fakt biologicznego ojcostwa można naukowo. Jednak fakt to tylko fakt. Ważne, czy biologiczne ojcostwo będzie mieć dla nas znaczenie. A znaczenia nie tworzy się w laboratorium. To kultura je tworzy. Można sobie przecież wyobrazić taką sytuację, że udowadniamy komuś naukowo, że to on jest biologicznym ojcem, a on mówi: „Ale jakie to ma właściwie znaczenie? Przecież nie ma monogamii, każdy śpi, z kim chce, więc mógł to być ktokolwiek. Co za różnica czyja komórka, skoro to tylko komórka?”. Jeśli akt jest bez znaczenia, to trudno oczekiwać, że ktoś nagle zacznie odpowiadać za jego skutki i zacznie to znaczenie nadawać. A znaczenie powstaje dzięki temu, że nie robimy tego z każdym. Jeśli kobieta oburzy się na takie jego dictum, to dlaczego? No pewnie stojąc na pozycji: „Jak możesz twierdzić, że to mógł być ktokolwiek? Jak możesz nie dostrzegać, że to było ważne?”. No ale jeśli ważne, to dlatego, że nie robi się tego z kimkolwiek. Czyli jakaś monogamia właśnie.

Załóżmy zatem, że jest para ludzi, wychowują dzieci, są to ich dzieci. Wychowują je razem, ale jednocześnie dają sobie wzajemnie swobodę, nie ograniczają się. Dlaczego taki model się nie sprawdza?

Bo ci pozostali, którzy uczestniczą w swobodzie tych dwojga, też mają swoje oczekiwania i w miarę upływu czasu one przecież rosną. Weźmy najprostszy przykład. Żona wraca z delegacji i chce, żeby mąż ją odebrał z dworca. W tym samym czasie jedna z jego legalnych kochanek ma ważne szkolenie i nie ma kto odebrać jej synka z przedszkola. Co ma wybrać mąż? Jeśli wybierze przedszkole, jak poczuje się żona? A przecież nie mamy żadnej stuprocentowej gwarancji, że on zawsze będzie miał ochotę wybrać akurat odebranie żony z lotniska. Może bardziej jest ciekawy, co synek kochanki dzisiaj narysował, niż tego, jak poszła żonie prezentacja? A jednak oczekujemy, że to żonę on wybierze. Niezależnie od zmiennej w czasie ochoty.

Jest zasadnicza różnica pomiędzy pragnieniem a zobowiązaniem. Musimy rozpoznawać ludzi, wobec których mamy zobowiązania. Możesz pragnąć 15 mężczyzn, ale zobowiązanie masz wobec jednego. Jeśli dysponujesz miesięcznie jakimiś pieniędzmi, to też nie podzielisz ich proporcjonalnie między x partnerów, ale zaplanujesz budżet z jednym. Z kim spłacać kredyt? Spłacać go poliamorycznie? To jest też kwestia organizacji życia – po prostu. I to na poziomie totalnie podstawowym. Mam narty. W czyjej szafie mam je trzymać? U Jadzi? U Krysi? Gdzie jest ich miejsce?

Po co nam ta monogamia?

Ilustracja: Magda Danaj | www.porysunki.blogspot.com

Podkreślasz względy organizacyjne i ekonomiczne, a to jest dramatycznie wyzute z emocji…

I mówiąc szczerze, mam w tym pewien swój zamysł, by właśnie tak to opisywać. Proponuję poddać refleksji taką rzecz – co się dzieje, kiedy odkrywasz, że to jest dramatycznie wyzute z emocji? No, pojawia się jakieś rozczarowanie. Złość. Na przykład złość na kogoś, kto tak ujmuje sprawy. Jak można być tak płytką osobą, jak można sprowadzać wszystko w taki sposób do czystej pragmatyki?

Ale jakie jest pochodzenie tej złości? No, ta złość i niesmak pochodzą właśnie stąd, że istnieje jakaś potrzeba po stronie słuchacza, żeby relacja miała jakieś szczególne, emocjonalne znaczenie. Żeby był w niej jakiś głębszy sens. Stawiam na to, że to właśnie kobieta wtedy pierwsza poczuje ten niesmak. Dlaczego? Bo chce, żeby były w tym jakieś uczucia. Żeby była w jakiś sposób wyjątkowa. Wzbudzała coś, czego inne nie wzbudzają. I chce, żeby mężczyzna coś czuł i żeby mu zależało. Tylko jeśli inne mają nie wzbudzać tego samego co ona, to po co ma być ta tak ostatnio słynna poliamoryczność? Jaką potrzebę wówczas to ma spełniać?

Człowiek tkwi w wewnętrznym konflikcie: pomiędzy swoją pożądliwością, marzeniami, fantazją a twardą rzeczywistością. Ten konflikt nie ma rozwiązania. I nie będzie miał. Ale też człowiek jest napędzany w nieskończoność właśnie tym konfliktem. W jednym z filmów Allena jest taka scena, która to doskonale pokazuje: mężczyzna i kobieta – małżeństwo. Rozmawiają sobie wieczorem, krzątają się po kuchni. Nagle ten mężczyzna, patrząc przez okno, widzi w oknie w budynku naprzeciw kobietę. Cień kobiety. Rozmawia z żoną, ale zapatruje się w tamten cień. Wiemy, o czym myśli… Myśli: co by to było, gdybym ja był z tamtą kobietą? Akcja filmu się toczy, wydarzają się rzeczy różne, los się kręci. I dochodzi do tego, że on poznaje tamtą kobietę i wchodzi z nią w jakąś relację. W końcu zamieszkują razem i zaczynają tworzyć stały związek. Pewnego wieczoru siedzą w kuchni. Rozmawiają. I w pewnym momencie on, patrząc przez okno, widzi w oknie… cień kobiety. I jego dawna żona, widziana z tej perspektywy, wygląda tak samo tajemniczo, jak kiedyś wyglądała ta, przy której teraz siedzi. Zrobił zamianę i jest dokładnie tak samo. Sytuacja się powtarza. Co by było, gdyby… Ten konflikt pomiędzy rzeczywistością a projekcją będzie istniał zawsze, chociaż współcześnie często próbuje się ludziom wmówić, że istnieją rozwiązania, które mogą go znieść.

No tak, jest kilka pomysłów, w tym wolne związki, otwieranie związków do tej pory zamkniętych, rozwiązania poliamoryczne…

Najzabawniejsza w poliamorii jest wiara w to, że o ile możemy mieć chęć zdradzić jedną osobę, o tyle chęć zdradzenia dwu albo więcej osób na pewno już do głowy nam nie przyjdzie. Jeśli ktoś mieszka z dwiema dziewczynami i prześpi się z trzecią, to one nie poczują się zdradzone? Jasne, że się poczują. Element zobowiązania istnieje zawsze. Wyobraźmy sobie to na najprostszym poziomie. Kobieta idzie na imprezę. Spotyka tam mężczyznę. Idą razem do łóżka. Wstają rano i pada propozycja: chodźmy na kawę, dajmy na to na Pole Mokotowskie, fajna kawiarnia tam jest. Idą napić się kawy. I już właśnie w tej chwili są instytucją. Bo przecież skoro ona weszła do tej kawiarni napić się kawy z nim, to jednak nie wyjdzie z kimś innym. I on także wyjdzie z nią. A przecież może być tak, że jest cudowne słońce, zapach tych wszystkich drzew, a obok przy stoliku siedzi dziewczyna… Sama siedzi, jest taka miła, no i te nogi ma taaaakie… I czy on w tym czasie nie pomyśli sobie, jakby to było wyjść z tej kawiarni z nią, a nie z tą, z którą przyszedł? On już pięć razy pomyślał, już jest w tym oknie z filmu, już ma projekcję. Ale wyjdzie z tą kobietą, z którą przyszedł, bo już pojawiła się struktura. Chyba że jest kompletnie szalony i niezdolny do utrzymania jakiejkolwiek struktury we własnej głowie. Wtedy nikt nie może przewidzieć, z kim on wyjdzie. Nie da się co sekundę podążać za kolejnymi impulsami, bo po prostu byśmy zwariowali. Za chwilę, po kilku wypadach na kawę, pojawia się pomysł: pojedźmy na narty na lodowiec! I co? No, żeby jechać, muszą wynająć razem kwaterę. Kolejne wspólne przedsięwzięcie, czyli wspólne zobowiązanie. Jadą. I co? Jest apres ski i może ona ma ochotę odejść sobie na bok z jakimś sympatycznym narciarzem, dajmy na to z Włoch, i zamienić kilka słów, a może nie tylko? Przecież to się nigdy nie skończy! I nie ma na to sposobu. Człowiek nie jest w stanie stworzyć kultury, jeśli nie jest w stanie stworzyć struktury. A nie da się stworzyć struktury, jeśli nie będziemy pamiętać, że: to jest Czesiek, a to jest Bożena. Ta Bożena, nie Kryśka czy Kaśka. Czesiek, ten Czesiek, a nie Roman na przykład. To jest ten człowiek. Twój człowiek.

Kiedy się czyta wypowiedzi np. na forach internetowych poświęconych związkom i relacjom, można odnieść wrażenie, że ludzie funkcjonujący w stałych, często naprawdę udanych związkach tęsknią za tym, jak to było na początku, w fazie zakochania. Bo przecież trzeba powiedzieć sobie: tych motyli brzuchu nie poczuję już nigdy, nigdy sobie na to przeżycie nie pozwolę, i to zaakceptować.

No, niestety.

Można sobie poradzić z takim wewnętrznym konfliktem?

Jeśli oddycha się kulturą, która w ogóle odrzuca pojęcie wyrzeczenia się czegoś i ograniczenia jako synonim obskurantyzmu, zabobonu i nonsensu, to z takim wewnętrznym konfliktem poradzić sobie nie można. Po prostu nie ma się wówczas w głowie żadnego elementu, który by to umożliwiał. Jeśli się przyjmie do wiadomości, że w życiu nie da się mieć wszystkiego, i to generalnie się zaakceptuje, to już jest łatwiej.

Ludzie radzą sobie na rożne sposoby. Pierwszą reakcją jest wyparcie: „Ja? Ja w ogóle nie patrzę na innych mężczyzn, w życiu! Ja nie mam takich potrzeb. Nie wiem nawet, o co chodzi, przecież ja kocham tylko swojego Wiesława!”.

Drugie rozwiązanie jest zdroworozsądkowe: „Aż mnie skręca, tak bym… się zapoznała bliżej z tym kolegą sympatycznym, ale wiem, że jeśli to zrobię, jeśli sobie na to pozwolę, to potem zacznie się to wszystko: maślane oczy, sprawdzanie telefonu, bo może dziś napisze? I pytania w domu: a co ty taka dzisiaj jesteś nieobecna jakaś, co się z tobą dzieje? Słowem, zacznie się to wszystko, więc nie, nie chcę, rezygnuję, rozsądniej będzie”. Trzecia droga to droga oszustwa, którą wiele osób kroczy, niektórzy nawet przez całe życie. Jest związek instytucja, nadrzędny, a oprócz tego przygody, przybytki, romanse, wyjazdy „integracyjne”. Niektórzy przyznają sobie nawet do tego prawo, mówiąc: „To dlatego, że mój partner ma wady. Gdyby mój partner nie miał wad, to na pewno byłoby inaczej”. Tymczasem wcale by nie było. Bo to najczęściej wcale nie chodzi o wady.

A o co?

Współcześnie wpaja się ludziom taki oszukańczy pogląd, że można zbudować na samym emocjonalnym zaangażowaniu taką samą stabilność par, jaką się kiedyś budowało na podstawie społecznych wymogów. Tymczasem to utopia. To niemożliwe. I monogamia też nie została wymyślona po to, by nas uszczęśliwić. Tyle że gdyby nie ona, nie stworzylibyśmy więzi. Nie mamy ciągłości stanu pierwszego zakochania, ale w zamian mamy wiele innych rzeczy, wcale nie mniej wartych. Żyjemy obecnie w takiej kulturze, która zakłada, że związek dwojga ludzi powinien się opierać na uczuciu. I jesteśmy zaskoczeni tym, że nie daje się podtrzymać szaleńczego zakochania przez całe życie. Ideologia współczesna jest taka, że nic nie powinno nas ograniczać. A monogamia jest ograniczająca. Tymczasem dziś wszelkie ograniczenia są wrzucane do worka: „złe”. Idziemy więc takim torem myślowym: na pewno mamy w sobie coś, co sprawi, że ten monogamiczny związek ograniczający nie będzie. Musimy mieć w sobie jakąś zdolność czucia permanentnego zakochania, takiego emocjonalnego obłędu przez cały czas trwania monogamicznego związku. Z pewnością to mamy! Przecież to niemożliwe, żeby świat był tak zbudowany, by nas zmuszać do czegoś. Na pewno, jak go lepiej zrozumiemy, to żadnego przymusu nie będzie musiało być. Na pewno mamy jakąś tajemniczą zdolność, która pozwoli nam obejść ten problem. A jeśli nie mamy, to znaczy, że jesteśmy emocjonalnie niedojrzali. No więc teraz, najlepiej na jakichś warsztatach emocjonalnego „pogłębiania się”, musimy otrzymać narzędzia, żeby to w sobie – tę zdolność ustawicznego trwania w zakochaniu – odnaleźć. Jak się w siebie już zagłębimy, to na pewno to coś znajdziemy. Zresztą na tym właśnie micie opiera się cała masa artykułów w prasie kobiecej. Otóż niczego podobnego nie znajdziemy.

A co możemy znaleźć?

Część osób może na przykład odkryć w sobie osobowość narcystyczną, przy której ciągła zmiana i ciągłe poszukiwanie nowych partnerów jest potwierdzeniem ich własnej wartości. Ktoś inny może się dowiedzieć, że cierpi na lęk zawłaszczenia przez matkę. I z tego powodu ucieka przed matką do coraz to nowych partnerek, budując jakiś fantazmat męskości. Jakaś kobieta może odkryć, że na przykład była wychowywana na „spełnienie męskiej fantazji”. I żyje i działa tak, by być postacią z takiej fantazji męskiej, a poza tym w ogóle nie wie, kim jest, bo tylko to ją określa. I dlatego uwodzenie jest dla niej tak ważne. Mnóstwo jest możliwości i kiedy się to odkryje, to jest pewnego rodzaju odkodowanie, które może sprawić, że tendencja do ciągłego poszukiwania coraz to nowych partnerów nieco spada u danej osoby. Co wcale nie oznacza, że jesteśmy już blisko tego świętego Graala i że uda nam się uchwycić tę rzekomą dojrzałość, która spowoduje, że oto nagle monogamia stanie się szczytem naszego prawdziwego, niezmąconego niczym szczęścia.

Nie da się tak?

Niestety. Bo nawet jeśli się okaże, że nie dotyczy nas ani narcyzm, ani zawłaszczająca matka, ani dziecięce uwiedzenie, ani żadna inna opcja, to i tak skok w bok będzie czasem pokusą. I kropka. Nie da się powiedzieć, że monogamia jest słuszna albo niesłuszna. Ale da się powiedzieć, że ona ma jakąś funkcję. Wyobraźmy sobie kogoś, kto mieszka w namiocie. Leży w nim sobie i słyszy, że pada deszcz. Krople bębnią o materiał. I myśli: „Po co jest na tkanina na górze, to wiem, ale po co ten słupek na środku? Przecież on wcale nie chroni przed deszczem i tylko przeszkadza mi tutaj”. Może i przeszkadza, ale wyjmiesz słupek i wtedy się dowiesz…

 

Paweł Droździak – psychoterapeuta, trener grupowy i mediator rodzinny. Współautor książki „Blisko, nie za blisko – terapeutyczne rozmowy o związkach”.

 

Podoba Ci się ten artykuł?

Tak
Nie

Zainteresują cię również:

7 rzeczy, które się staną, gdy przestaniesz uprawiać seks

para leżąca w łóku, on ją całuje w czoło

Innowacyjne prezerwatywy zabezpieczą przed infekcjami

dziewczyna w wannie z wodą i kwiatami

10 intymnych nawyków zdrowej kobiety

Anja Rubik przekazuje 1000 książek „#SEXEDPL” do polskich szkół

8 sposobów na podniesienie libido

doktor stoi tyłem, na ścianieprzednimwisi zegar i tablica do sprawdzania wzroku

Viagra może powodować zaburzenia wzroku

Para całująca się

Wielka Brytania: pary mieszane wkrótce będą mogły zawierać związki partnerskie

Mężczyzna trzyma w dłoni prezerwatywę

Coraz więcej Polaków choruje na kiłę

młoda para uprawia seks

HelloNoShame – 10 pytań o orgazm

W Poznaniu powstał całodobowy gabinet ginekologiczny. Wizyta będzie darmowa

Katarzyna Miller: Brak edukacji seksualnej skazuje dzieci na wulgaryzm i pornografię

Ewelina Tyszko-Bury: Ciało jest niesamowite, ono zawsze pamięta