Przejdź do treści

„Nie jestem już tą samą córką”. O relacjach dorosłych dzieci z osobami parentalnymi mówi Magdalena Sękowska, psychoterapeutka

Magdalena Sękowska - Hello Zdrowie
Magdalena Sękowska /fot. archiwum prywatne
Podoba Ci
się ten artykuł?

„Dorosłość nie zawsze oznacza emocjonalną niezależność. Czasem mimo własnego życia, związków i decyzji wciąż czujemy się uwikłani w rolę córki lub syna, rozdarci między potrzebą autonomii a lojalnością wobec rodziców”. O tym, jak budować dojrzałą relację z postaciami parentalnymi, stawiać granice bez poczucia winy i tworzyć nowy rodzaj bliskości, rozmawiamy z Magdaleną Sękowską, psycholożką i psychoterapeutką.

 

Małgorzata Germak: Mogłoby się wydawać, że momentem, który zmienia relację rodzic-dziecko, jest wyprowadzka syna czy córki z domu. Czy to właśnie wtedy zaczyna się dorosła relacja, życie „na swoim” jako symboliczne odcięcie?

Magdalena Sękowska: Paradoksalnie tworzenie dorosłego życia nie zaczyna się w dniu, w którym dziecko zamyka za sobą drzwi rodzinnego domu, lecz dużo wcześniej, już około pierwszego roku życia. To wtedy w naturalny sposób kończy się symbioza między dzieckiem a jego główną postacią rodzicielską. Od tego momentu zaczynają się procesy separacji i indywiduacji. Dziecko eksploruje świat, testuje granice – i to właśnie wtedy kształtują się podwaliny późniejszej dorosłości.

Wyprowadzka może być momentem symbolicznym, ale nie jest początkiem dorosłej relacji. Ona jedynie odsłania to, co wcześniej działo się w tej więzi. Pokazuje, na ile rodzice są gotowi na odejście dziecka, a na ile samo dziecko odchodzi z wyboru, a nie z ucieczki, lęku czy dlatego, że zostało wypchnięte.

Dojrzałość relacji możemy zauważyć wtedy, gdy obie strony potrafią się pożegnać, ale nie czują się porzucone; kiedy dziecko wychodzi w świat z poczuciem, że ma prawo do własnych granic, które dają mu poczucie bezpieczeństwa. Jeśli symboliczne odejście przebiega w atmosferze lęku, oporu lub złości, więź pozostaje niedomknięta, a w dorosłości może ciągnąć nas w niedojrzałe schematy: albo boimy się oddzielenia, albo przeciwnie – odcinamy się z nadmierną intensywnością.

Po czym można poznać, że mimo dorosłości – pracy, partnera, dzieci, obowiązków – wciąż emocjonalnie tkwimy przy rodzicach?

Czasem przenosimy na dorosłe relacje to, czego nie domknęliśmy w relacji z rodzicami. Na przykład nienasycenie czy poczucie, że nie jesteśmy dość ważni, może wracać w związkach jako potrzeba ciągłego zapewniania o miłości. To sygnał, że szukamy u partnera tego, czego nie dostaliśmy wcześniej.

Innym sygnałem jest poczucie winy, gdy rzadziej dzwonimy, gdy żyjemy inaczej niż rodzice oczekiwali, podejmujemy własne decyzje. Wielu dorosłych ukrywa przed rodzicami różne aspekty życia: że ktoś pali papierosy, że się z kimś rozstał, zmienił poglądy, wrócił do wiary albo z niej odszedł. To pokazuje, jak wciąż działają w nas wdrukowane normy i nakazy, nawet jeśli rodzice fizycznie nie uczestniczą w naszym codziennym życiu.

Zdrowa relacja to taka, w której możemy otwarcie powiedzieć rodzicom o swoich wyborach, a jednocześnie podejmujemy decyzje dlatego, że ich chcemy, a nie dlatego, że musimy spełnić czyjeś oczekiwania. Możemy dziedziczyć wartości z domu, ale używać ich jako punktu odniesienia, a nie obowiązującego scenariusza. Różne wartości widzimy wtedy jako wybór, a nie przymus, konieczność podporządkowania się.

Co z psychologicznego punktu widzenia może nas zatrzymywać w roli dziecka, mimo że jesteśmy już dorośli i dojrzali? Dlaczego niektórzy wciąż funkcjonują głównie jako „córka” albo „syn”?

Tych czynników może być wiele. Jednym z nich jest poczucie, że rodzic bez nas jest nieszczęśliwy, że jego życie w dużej mierze opierało się na relacji z nami. To szczególnie częste w sytuacjach, gdy rodzic nie znalazł spełnienia w innych obszarach – w relacji partnerskiej, pracy, pasjach – i odejście dziecka zostawia po sobie pustkę. Rodzice nie zawsze mówią o tym wprost, ale dziecko to widzi: pogorszenie zdrowia, smutek, wycofanie z życia, komentarze otoczenia w stylu: „odkąd się wyprowadziłaś, twoi rodzice bardzo się zmienili”. Wtedy uruchamiają się tzw. więzi lojalnościowe: poczucie, że miało się w tej rodzinie ważną rolę, że nie można po prostu odejść bez konsekwencji.

Bardzo pomocne bywa zdanie: „Moi rodzice zrobili wszystko, co mogli - z tym, co mieli i co potrafili w tamtym czasie.” Byli wystarczający w kontekście swoich możliwości i realiów. A my, jako dorośli, mamy dziś wpływ na to, jak zaspokajamy swoje potrzeby - przede wszystkim w dorosłych relacjach, które tworzymy, a nie poprzez ciągłe odwracanie się do rodziców.

Drugim mechanizmem jest poczucie długu wobec rodziców, przeświadczenie, że powinniśmy być im wdzięczni. Na przykład wtedy, gdy matka zrezygnowała z pracy, by opiekować się dzieckiem, albo gdy dziecko długo chorowało. Na poziomie nieświadomym może pojawić się przekonanie: „jestem im coś winna, muszę to spłacić”. To sprawia, że dorosłe dziecko zostaje emocjonalnie uwikłane w relację.

Zatrzymywać w roli dziecka może też styl wychowania, w którym rodzic myślał, decydował za dziecko. Wejście w dorosły świat pełen ryzyka i niepewności bywa wtedy bardzo trudne. Dorosła osoba wciąż konsultuje decyzje z rodzicami, szuka ich zgody, wsparcia, aprobaty. Zdarza się, że ta postać parentalna wchodzi do relacji partnerskiej swojego dziecka jako „trzeci uczestnik”, co bywa bardzo obciążające dla związku.

W tym kontekście często pojawia się pojęcie separacji emocjonalnej. Co ono oznacza?

Na pewno nie chodzi o zerwanie więzi ani brak uczuć wobec rodziców. W separacji kluczowe jest poczucie własnej oddzielności. O to, by relacja z rodzicami przestała być dla nas głównym źródłem regulacji emocjonalnej.

Separacja emocjonalna oznacza uznanie, że własne potrzeby – bliskości, miłości, wsparcia – realizuję przede wszystkim w swoich dorosłych relacjach: w partnerstwie, przyjaźniach, pracy. To także domknięcie faktu, że coś w relacji z rodzicami dostałam, a czegoś być może nie, i że nie będę już próbowała tego odzyskać.

Rodzice stają się wtedy bardziej realni, mniej idealizowani. Są tacy, jacy są. Mają swoje ograniczenia. Ja nadaję im miejsce w swoim życiu, ale nie potrzebuję ani ciągłej zależności, ani dramatycznego odcinania się, żeby móc być sobą.

To moment, w którym postaci rodzicielskie przestają być naszymi głównymi żywicielami emocjonalnymi. Zaczynamy sprawdzać siebie w świecie dorosłych relacji: czego chcę, na co się zgadzam, gdzie stawiam granice. To już nie jest idealistyczne, często magiczne myślenie z pozycji dziecka: „może jak jeszcze bardziej się postaram, to w końcu zostanę zauważona”, ale realne budowanie życia opartego na autentycznych wyborach.

Warto szukać uznania, znaczenia i potwierdzenia w świecie, który nas otacza tu i teraz. To stamtąd możemy dostać prawdziwe wzmocnienia, które pozwalają nam dorastać psychicznie i budować relacje oparte na równości, a nie na zależności.

Czy na proces separacji ma duży wpływ to, jak zostaliśmy wychowani? To, czy ktoś był „córeczką mamusi” albo „synkiem tatusia”, rzutuje na dorosłą relację z rodzicami?

Ogromny wpływ mają nie tyle same postaci rodzicielskie, ale wzorce rodzinne. Nie chodzi wyłącznie o samych rodziców, których pozycja w dzisiejszym świecie jest naznaczona dużym obciążeniem, a często też winą. Uważam, że trzeba mówić o całych wzorcach międzypokoleniowych. Nasi rodzice niosą w sobie doświadczenia swoich rodziców, a my wchodzimy w dorosłe życie już z pewnym rodzinnym scenariuszem.

Ważne są więc pytania: „Jakie relacje były normą w rodzinie matki i ojca?”, „Czy ludzie mogli się rozstawać, różnić, odchodzić i wracać?”. A może obowiązywał przekaz: „u nas do końca jesteśmy razem, bez względu na wszystko”? Te wzorce bardzo silnie wpływają na to, jak później budujemy własne relacje.

Czasem próbujemy żyć dokładnie według tych scenariuszy, a czasem wchodzimy z nimi w opozycję: „ja nigdy nie będę cierpieć tak jak moja matka”, „ja będę decydować szybko, inaczej niż moi rodzice”. Ale nawet działanie w kontrze nadal oznacza pozostawanie w relacji z tym wzorcem – on wciąż nas organizuje od środka.

Dojrzałość zaczyna się wtedy, gdy pojawia się wybór. Gdy możemy przyjrzeć się temu, co z rodzinnego dziedzictwa chcemy zachować, a z czego świadomie zrezygnować. Co wzmacniało więź, a co było źródłem cierpienia. Takie życie „po swojemu” jest najbardziej autonomiczną drogą, ale żeby nią pójść, potrzebne jest przyzwolenie na eksperymentowanie, sprawdzanie siebie i podejmowanie decyzji, które nie zawsze będą zgodne z oczekiwaniami rodziny. A to bywa trudne, bo silne więzi rodzinne potrafią nas skutecznie zatrzymywać.

A co z wzorcami kulturowymi? Czy takie figury jak „dobra córka – lojalna, dyspozycyjna, zawsze gotowa opiekować się rodzicami” realnie utrudniają dorosłym dzieciom emocjonalne oddzielenie się?

Zdecydowanie tak. W naszej kulturze bardzo silnie działa idea „dobrego dziecka”, ale samo pojęcie dobra bywa mocno wypaczone. Dobry nie zawsze znaczy ten, który wszystko poświęca. Czasem opieka nad matką czy ojcem polega na tym, że nie wyręczamy, lecz zostawiamy przestrzeń na ich własne życie, decyzje i odpowiedzialność.

Wiele tych wzorców wywodzi się z czasów, gdy funkcjonowały rodziny wielopokoleniowe, a role były jasno przypisane. Dziś relacje wyglądają inaczej – dzieci mieszkają osobno, prowadzą własne życie, często w innym mieście lub kraju. Opieka nad rodzicami ma więc zupełnie inny charakter, co rodzi napięcia i konflikty.

Dodatkowym obciążeniem są społeczne oczekiwania wobec stylu życia. Osoby, które nie zakładają rodzin, nie mają dzieci, realizują się zawodowo albo podróżują, mogą doświadczać poczucia, że nie spełniają wizerunku „dobrego dziecka”, które powinno być blisko i dyspozycyjne.

Myślę, że jesteśmy dziś w kryzysie pojęć dotyczących rodziny i relacji. Stare definicje przestają pasować do współczesnego życia, a nowe dopiero się kształtują. To naturalnie generuje napięcia. Warto jednak pamiętać, że podążanie własną drogą nie oznacza braku miłości czy troski o rodziców. Można być oddzielonym, a jednocześnie pozostawać w relacji – bardziej dojrzałej, opartej na szacunku, a nie na poświęceniu.

Jak w tym wszystkim nie utknąć w poczuciu winy? Jak połączyć to, że chcę budować własne życie, a jednocześnie mieć w porządku relację z mamą czy tatą?

To jest moment, w którym trzeba przyjąć bardzo trudną prawdę: nie każdy konflikt da się rozwiązać. Czasem wybór własnego życia i własnego szczęścia będzie dla kogoś trudny, niewygodny, a nawet bolesny. I to nie znaczy, że robimy coś złego.

Jeżeli chcę budować swój związek, muszę stworzyć dla niego granice. To oznacza, że czasami nie pojadę na święta do rodziców, że nie będę tak często, jak oni by tego chcieli. Ale to nie jest działanie przeciwko nim – to jest działanie za moim życiem tu i teraz.

Ważne jest też uznanie, że każdy wybór niesie ze sobą stratę. Czasem trzeba przeżyć żałobę po fantazji, że da się wszystkim dogodzić i że zawsze będzie dobrze. Dorosłość polega na tym, że bierzemy odpowiedzialność nie tylko za rodziców, ale też za związek, za dzieci, za siebie.

Łatwiej jest, gdy rodzice są razem, bo wtedy możemy powiedzieć: oni odpowiadają za swoje życie, za swoją relację, za to, jak teraz funkcjonują. Trudniej bywa, gdy zostaje jeden rodzic i pojawia się potrzeba opieki. Wtedy to kwestia pewnych wyborów i negocjacji z partnerem, z partnerką, jak tę opiekę tworzyć, włączyć do naszego życia, z zachowanie granic naszego związku.

Poczucie winy może się pojawiać i to jest naturalne. Kluczowe jest jednak, czy potrafimy dać sobie przyzwolenie na to, by tworzyć własne życie – nie kosztem rodziców, ale w granicach, które są dla nas realnie możliwe. To oznacza dostępność, ale nie rezygnację z siebie. Czasami rodzic będzie nas bardzo potrzebował, z powodu choroby, kryzysu, starości. To jest kolejne wyzwanie: jak być lojalnym wobec relacji z rodzicem, a jednocześnie nie przerwać więzi, którą budujemy z partnerem. To są dylematy życia, a nie dowód naszej niedojrzałości.

Bardzo uwalniające bywa przyjęcie faktu, że nie wszyscy w tej relacji będą zawsze szczęśliwi.

Zdrowa relacja to taka, w której możemy otwarcie powiedzieć rodzicom o swoich wyborach, a jednocześnie podejmujemy decyzje dlatego, że ich chcemy, a nie dlatego, że musimy spełnić czyjeś oczekiwania. Możemy dziedziczyć wartości z domu, ale używać ich jako punktu odniesienia, a nie obowiązującego scenariusza. Różne wartości widzimy wtedy jako wybór, a nie przymus, konieczność podporządkowania się.

A co z 30-40-latkami, którzy nadal mieszkają w domu rodzinnym – jak można opisać taką relację i jaki ma ona wpływ na więź rodzic-dorosłe dziecko?

Powodów wspólnego życia dorosłych dzieci z rodzicami może być bardzo wiele i nie każdy z nich musi być problematyczny. Jeżeli ktoś wraca do domu rodzinnego po trudnym doświadczeniu, na przykład po rozstaniu, kryzysie czy utracie stabilizacji, taki czas może pełnić funkcję bezpiecznego przystanku. Może dawać wsparcie, pozwalać „utulić” rany i odzyskać siły.

Problem zaczyna się wtedy, gdy ten etap trwa zbyt długo. Wówczas mogą nie rozwijać się mechanizmy potrzebne do mierzenia się z wyzwaniami dorosłego życia. Świat rodzinny, nawet jeśli bywa obciążający czy konfliktowy, jest znany i przewidywalny. Ten zewnętrzny – nowy, dorosły – bywa niepewny i lękowy. W efekcie wspólne mieszkanie może nieświadomie hamować autonomię: ograniczać eksperymentowanie w relacjach, w pracy, w samodzielnym podejmowaniu decyzji.

To bywa trudne również dla rodziców. Z jednej strony mogą czuć troskę i chęć ochrony, z drugiej pojawia się frustracja, zmęczenie i pytanie: „Czy moje dziecko poradzi sobie samo?”.

Kluczowe jest znaczenie tej sytuacji dla obu stron. Jeżeli to chwilowy etap, może być zasobem. Jeśli jednak trwa latami, granice zaczynają się zacierać, a stare role i wzorce wracają. Dorosła osoba znów zaczyna funkcjonować bardziej jak dziecko niż jak autonomiczny dorosły, co nie sprzyja integracji psychicznej ani dojrzałości. Czasem warto wtedy podjąć decyzję: idę w świat, nawet jeśli jeszcze nie wiem dokładnie, jak i dokąd – bo tylko w ten sposób mogę poznać siebie i swoje realne zasoby.

Chciałabym jeszcze porozmawiać o relacji matka-córka. Bywa ona bardzo bliska i wspierająca, ale potrafi też być pełna oczekiwań, napięć i trudnych emocji. Co najbardziej komplikuje tę więź, kiedy córka staje się dorosłą kobietą?

Relacja matki i córki jest wyjątkowa, bo od początku bardzo silnie naznaczona procesami identyfikacji. To więź pierwotna, symbiotyczna, a później w związku z płcią i rolą społeczną matka staje się główną postacią odniesienia. U dziewczynek procesy separacyjne są często słabsze niż u chłopców, bo rozwój opiera się bardziej na podobieństwie niż na różnicy.

Kiedy dorosła córka zaczyna budować własne życie, integruje różne doświadczenia nie zawsze zgodne z wzorcem matki. Może wybierać inaczej: w relacjach, w pracy, w stylu życia. To bywa dla matki trudne, bo na poziomie nieświadomym rozwój córki staje się lustrem jej własnych wyborów, ról i ograniczeń. Pojawiają się porównania, pytania o to, czy córka idzie „naszą drogą”, czy wolno jej być inną.

Córka z kolei często buduje swoją autonomię w opozycji do wzorca: nie chcę żyć tak jak moja matka, nie chcę powtarzać jej cierpienia. W tej relacji działają silne procesy projekcyjne – córka widzi w matce wersję siebie, którą chciałaby albo którą chce odrzucić, a matka w córce widzi potwierdzenie albo zaprzeczenie własnej roli.

Kluczowe jest to, aby w życiu dorosłym dać sobie przyzwolenie na pójście własną drogą, I to nie będzie akt przeciwko matce, lecz dowód na to, że córka dostała wystarczająco dużo ufności w siebie i w świat. Dziecko, które się nie boi próbować, często pokazuje zasoby, jakie wyniosło z domu, nie jego braki.

Ogromne znaczenie ma tu także rola ojca. Relacji matka-córka nie da się zrozumieć w oderwaniu od całego systemu rodzinnego. Czy ojciec był obecny i wspierający? Czy tworzył koalicję z córką przeciwko matce? A może córka została wciągnięta w rolę emocjonalnej partnerki matki? Te układy bardzo silnie wpływają na to, jak córka będzie budować swoją dorosłą tożsamość i relacje.

na zdjęciu: matka z dorosłą córką rozmawiają w kuchni, tekst o polskich gniazdownikach - Hello Zdrowie

W odniesieniu do relacji córka-ojciec często można usłyszeć, że kobiety wybierają sobie partnerów życiowych na wzór ojca. Czy rzeczywiście coś w tym jest?

Czasami tak bywa. Ojciec jest pierwszym mężczyzną w życiu kobiety i to, w jaki sposób wprowadza córkę w świat relacji z mężczyznami, ma znaczenie. To, jaką więź z nami stworzył, jak nas widział, jak reagował na nasze emocje i potrzeby, może wpływać na to, jak później czujemy się w relacjach z innymi mężczyznami – czy ufamy swojej wartości, czy szukamy potwierdzenia, czy wchodzimy w rywalizację albo walkę.

Jednak im więcej mamy elastyczności, im bardziej potrafimy przyglądać się swoim decyzjom i traktować relacje jako przestrzeń poznawania siebie, swoich pragnień i granic, tym większa jest szansa, że dokonujemy wyborów, a nie tylko odtwarzamy wzorce.

Silne odniesienie do wzorca ojca często pojawia się wtedy, gdy w okresie dorastania i wczesnej dorosłości było mało okazji do eksperymentowania z relacjami, na przykład wtedy, gdy pierwszy związek staje się od razu związkiem „na zawsze”. Wówczas może pojawić się zarówno powtórzenie wzorca ojca, jak i jego przeciwieństwo. Ojciec był surowy i nieczuły, a partner jest nadmiernie opiekuńczy, wyręczający, bardzo kontrolujący. Choć wydaje się to przeciwieństwem, nadal poruszamy się w obrębie tego samego schematu.

Bardzo ważna jest też rola ojca jako osoby, która daje dziewczynce, a później kobiecie, pierwsze oczy świata zewnętrznego. Matka reprezentuje przede wszystkim świat emocji, bliskości, relacji, natomiast ojciec często wprowadza dziecko w obszar świata społecznego. Ogromne znaczenie mają komunikaty ojca dotyczące nie tylko wyglądu córki, ale także jej kompetencji, myślenia, ciekawości świata. Słowa takie jak: „lubię z tobą rozmawiać”, „zadajesz ciekawe pytania”, „masz dobre pomysły” wzmacniają poczucie wartości i afirmację dziewczęcości oraz kobiecości. Dzięki temu w dorosłym życiu łatwiej ufać sobie i swoim wyborom, zamiast szukać potwierdzenia w powielaniu wzorców.

Pamiętajmy jednak, że w dojrzałym życiu źródłem bezpieczeństwa stajemy się my sami. Budujemy je w świadomości własnych wyborów, granic i tego, że z jednymi ludźmi będzie nam bliżej, a z innymi niekoniecznie. Z takiej perspektywy łatwiej spojrzeć na relacje z rodzicami z dystansem, bez szukania winnych. Bez względu na to, jakie one były.

Rodzice byli odpowiedzialni za nasze życie na danym etapie i działali najlepiej, jak potrafili, w oparciu o własne doświadczenia i wzorce. Gdy mamy w sobie poczucie bezpieczeństwa, nie musimy ich obarczać winą.

Podczas naszej rozmowy kilkukrotnie pojawił się wątek granic. Jak stawiać granice w relacji z rodzicami, którzy je przekraczają albo nie do końca je szanują, ale w sposób, który nie brzmi: „nie wtrącaj się, to moje życie”?

Stawianie granic nie polega na wydawaniu innym instrukcji. Granice nie są komunikatem skierowanym przeciwko komuś. One są komunikatem o mnie. Stawianie granic oznacza, że ujawniam swoje potrzeby i zapraszam drugą osobę do ich uszanowania. Na przykład: „Potrzebuję, żebyście mi zaufali, że to, co teraz robię, jest dla mnie ważne. Na razie nie chcę o tym opowiadać, sama przyjdę i powiem. Czy możemy się na to umówić?”. Albo: „Mamo, wiem, że chciałabyś, żebym dzwoniła codziennie, ale teraz naprawdę potrzebuję skupić się na swoim dziecku i na sobie. Umówmy się, że będę się odzywać, a jeśli wydarzy się coś pilnego, napisz do mnie wiadomość.”

Mówimy wtedy o sobie, o tym, co jest dla nas ważne. Taki komunikat nie ma charakteru nakazu ani odrzucenia. On zaprasza do zmiany jakości relacji.

Oczywiście, stawiając granice, musimy liczyć się z tym, że druga strona może mieć z tym trudność. Czasami trzeba te komunikaty powtarzać, przypominać, nazywać swoje doświadczenie.

Prośba zawsze też niesie ryzyko – ktoś może odpowiedzieć „tak”, ale może też odpowiedzieć „nie”. I to jest ważny moment. Bo w stawianiu granic kluczowe jest to, że dbamy o siebie. Robimy coś, żeby się ochronić, nie rezygnując z relacji, ale też nie tracąc energii na złość, uleganie czy poczucie winy.

Za to, że stawiam granice, biorę odpowiedzialność. Za to, jak inni na nie odpowiedzą już nie.

„Kobiety są o wiele bliżej”

Mam wrażenie, że dziś rodzicielstwo jest mocno pod lupą – oceniane, analizowane, często obarczane winą za wszystko, co dzieje się później w życiu dorosłych dzieci. Jak to wygląda z pani eksperckiego punktu widzenia?

Najnowsze badania prof. Marcina Rzeszutka z Uniwersytetu Warszawskiego pokazują, że aż 19 procent społeczeństwa, czyli co piąty Polak prezentuje objawy należące do zespołu stresu pourazowego. To oznacza, że trauma nie jest wyłącznie doświadczeniem jednostek, ale czymś głęboko wpisanym w naszą historię i przekazywanym międzypokoleniowo.

W tym kontekście łatwiej zrozumieć, dlaczego tak często wracamy do narracji: „to przez moich rodziców”. Tymczasem mamy też jeden z najwyższych na świecie wskaźników wypalenia rodzicielskiego. Rodzice są dziś bardzo zmęczeni swoją rolą.

Badania prof. Konrada Piotrowskiego z Uniwersytetu SWPS pokazują, że rodzicielstwo bywa dziś związane także z bardzo trudnymi doświadczeniami: poczuciem niewystarczalności, bycia „nie dość dobrym” rodzicem, niespełniania nierealistycznych, perfekcyjnych oczekiwań. Część młodych rodziców otwarcie mówi nawet o żalu związanym z rolą rodzicielską.

Dlatego tak ważne jest „odbarczanie” tej roli — zarówno w odniesieniu do naszych rodziców z przeszłości, jak i do rodzicielstwa, które realizujemy dzisiaj. Jesteśmy odpowiedzialni za dzieci i swoje wybory, ale to nie oznacza, że powinniśmy nosić w sobie winę. Rzadko kto działa intencjonalnie źle. Rodzice próbują, szukają, popełniają błędy, bo uczenie się zawsze wiąże się z potknięciami.

Widzimy dziś bardzo trudne zjawiska: depresję u młodych ludzi, samouszkodzenia, ogromne kryzysy psychiczne. To są doświadczenia niezwykle obciążające również dla rodziców. I nie jest dobrą drogą linearne myślenie: dziecko cierpi, bo rodzice zawiedli.

Wiele wzorców wywodzi się z czasów, gdy funkcjonowały rodziny wielopokoleniowe, a role były jasno przypisane. Dziś relacje wyglądają inaczej – dzieci mieszkają osobno, prowadzą własne życie, często w innym mieście lub kraju. Opieka nad rodzicami ma więc zupełnie inny charakter, co rodzi napięcia i konflikty. Dodatkowym obciążeniem są społeczne oczekiwania wobec stylu życia. Osoby, które nie zakładają rodzin, nie mają dzieci, realizują się zawodowo albo podróżują, mogą doświadczać poczucia, że nie spełniają wizerunku „dobrego dziecka”, które powinno być blisko i dyspozycyjne.

To temat, który często pojawia się w pani gabinecie?

Przychodzą rodzice pełni bezradności i lęku. Próbują różnych rozwiązań, a kiedy one nie działają, pojawia się ogromny wstyd i strach przed oceną. Ta ocena często już w nich jest. Wewnętrzny głos mówi: „jestem niewydolnym, złym rodzicem”. Noszą w sobie obrazy momentów, w których nie byli tak bezpieczni, jak by chcieli.

Ale to nie oznacza, że są winni smutkowi dziecka, jego trudnościom czy kryzysom. Bardzo potrzebujemy dziś przestrzeni, w której rodzicielstwo może pokazać swoją słabość. Gdzie można powiedzieć: „Czasem jest mi z moim dzieckiem bardzo trudno”. I to nie znaczy, że go nie kocham. Czasem jestem zmęczona, zła, mam dość – a potem ta miłość wraca. To są stany, nie definicje.

Dlatego tak ważne jest odejście od idealnej wizji rodzicielstwa. Od przekonania, że dobry rodzic nigdy nie wątpi, nie złości się, nie popełnia błędów.

Warto też pamiętać, że rodzicielstwo sprzed 30 czy 40 lat wyglądało zupełnie inaczej. Nasi rodzice mieli inne warunki, inną wiedzę, inne zasoby.

Dokładnie tak. Bardzo pomocne bywa zdanie: „Moi rodzice zrobili wszystko, co mogli – z tym, co mieli i co potrafili w tamtym czasie.” Byli wystarczający w kontekście swoich możliwości i realiów. A my, jako dorośli, mamy dziś wpływ na to, jak zaspokajamy swoje potrzeby – przede wszystkim w dorosłych relacjach, które tworzymy, a nie poprzez ciągłe odwracanie się do rodziców. Niech każdy ma swoje miejsce w fotografii życia.

 


Magdalena Sękowska – psycholożka, psychoterapeutka, terapeutka terapii seksualnej. Dyrektorka Kliniki Rodzina-Para-Jednostka w Poznaniu. Prowadzi wykłady psychoedukacyjne od ponad 30 lat, szkoli przyszłych psychoterapeutów.

Zobacz także

Podoba Ci się ten artykuł?

Powiązane tematy:

Podoba Ci
się ten artykuł?