Przejdź do treści

Nocna zmiana serca. „To pan jest tym kierowcą TIR-a, który przyjechał aż z Włoch z zawałem?”

starszy mężczyzna prowadzi TIR-a w jakimś ciepłym kraju - Hello Zdrowie
Fot. Adobe Stock
Podoba Ci
się ten artykuł?

S. przeżył atak serca we Włoszech, ponad tysiąc kilometrów od domu. Pisarza Mikołaja Grynberga zawał dopadł w hotelu, 200 km od szpitala. S. ma na koncie setki przepracowanych nocy. Grynberg przez 20 lat miał conocną – „nie dłuższą niż 2-3 godziny” – przerwę na czytanie. Tymczasem chroniczne, wieloletnie niedosypianie może podnieść ryzyko zawału nawet o kilkadziesiąt procent, mówi prof. Łukasz Małek.

 

S. pamięta ten dzień tak: północne Włochy, dzień powoli dobiegał końca, na pewno nie padało. Trwał załadunek: jakiś facet kupił używany tartak. Nagle zabolało go w mostku. – Nigdy takiego bólu nie czułem, a wiesz, że nie jestem słabeuszem – zaczyna. Wiem, że nie jest. Nie „umiera na katar” jak statystyczny mężczyzna w kawałach, a gdy raz podczas spawania wpadł mu do oka spory opiłek metalu, sam zawiózł się do okulisty. – Poszedłem do mojej kabiny, posiedziałem 5–10 minut. Najgorszy ból ustąpił. W tym czasie doładowali maszyny. Wyskoczyłem, spiąłem ładunek pasami, bo to też należy do obowiązków kierowcy – wyjaśnia.

Ruszył w stronę Polski, ale ujechał tylko 30-40 km. Mógł prowadzić jeszcze przez dwie godziny do kolejnej obowiązkowej przerwy, ale czuł, że powinien zjechać na parking. Chciał się położyć, ale nie mógł. – Wszystko mi wirowało – mówi. Przesiedział tę noc w fotelu, zasnął koło czwartej nad ranem. – Wpół do szóstej odpaliłem silnik, ruszyłem i znów zakręciło mi się w głowie – kontynuuje. Zjechał na postój. Chwilę po szóstej, jak zawsze w długiej trasie, pierwszy raz zadzwonił do żony. – Nie chciałem jej denerwować; sama powiedziała: “Coś jest nie tak”. Znasz mamę – mówi. Znam. Mama wszystko wyczuje. Kazała S. rozgryźć aspirynę, którą sama zapakowała mu do apteczki. – Skąd wiedziałaś, że to zawał? – pytam. – Nie wiedziałam  – odpowiada mama.

S. to mój tata. Pracuje w firmie spedycyjnej. Za granicę, głównie na południe Włoch, jeździ od 12 lat. Transportuje różne rzeczy: od okien, przez skórkę pomarańczową, którą posypuje się pączki, po stal. Miał zawał ponad 1000 kilometrów od domu, za kierownicą czerwonego TIR-a. Nie umarł.

Dr Anna Słowikowska - Hello Zdrowie

„Zawsze wiedziałem, że coś się stanie”

Trzy lata po tacie, w 2024 roku, na zawał nie umarł pisarz Mikołaj Grynberg. Napisał o tym książkę: „Rok, w którym nie umarłem”. Książka zaczyna się tak: „Zawsze wiedziałem, że coś się stanie”. Stało się w hotelu na wyjeździe z żoną: silny ból w klatce piersiowej, niemożność nabrania oddechu, narastający strach, że umiera. I drżenie całego ciała, nad którym, ku irytacji wezwanych na miejsce ratowników medycznych, nie potrafił zapanować. Medycy nie dostrzegli zawału, tylko atak paniki. Dali papierową torebkę do oddychania i zastrzyk z hydroksyzyny. Ta „pomoc” już niedługo wywoła śmiech lekarzy na stołecznej kardiologii, ale Grynberg jeszcze tam nie dotarł. Na razie ratownicy spakowali się i poszli, a uśpiony hydroksyzyną pacjent zasnął i z zawałem spał do rana.

Obudził się z uczuciem, że nie depcze mu już po klatce noga słonia, tylko cały słoń. Na warszawski SOR pędzili z żoną bez słów. – Na stole zabiegowym wciąż drżałem – mówi mi Mikołaj Grynberg znad pustej już filiżanki po kawie (wolno mu pić trzy espresso dziennie), która stoi między nami na stoliku. Wtedy, na tamtym stole, lekarze zrobili mu koronarografię. Grynberg poczuł dziwny ruch w sercu: przez małą dziurkę w lewym nadgarstku chirurg wprowadził cewnik, a następnie dwa stenty – metalowe implanty, które jak rusztowanka poszerzają światło zwężonej tętnicy. Wielki ból, wielki strach, a potem wielka ulga. Usłyszał miły głos chirurga: „Dobrze, że pan do nas przyjechał, bo to by była ostatnia godzina pana życia”, a pielęgniarka pogładziła go po głowie.

Statystyki są na niekorzyść, moją. Ktoś, kto nie miał zawału, ma mniejsze szanse na pierwszy niż ja na kolejny

Mikołaj Grynberg, pisarz

Czekajcie na czeskiej granicy

W kardiologii funkcjonuje pojęcie tzw. „złotej godziny”, czyli pierwszych 60 minut od początku bólu wieńcowego lub niedokrwienia, gdy każda minuta zwłoki oznacza powiększanie się obszaru martwicy w sercu. Mój tata w tym czasie zabezpieczał pilarki i korowarki, by nie przemieszczały się na pace, uważał na włoskie znaki drogowe i manewrował na ciasnych parkingach przy stacjach benzynowych długą na 16 metrów i ok. 40-tonową ciężarówką.

Po rozmowie z mamą zadzwonił spedytor. Powiedziałem, że coś kiepsko się czuję i żeby ktoś po mnie wyjechał, ale dopiero na polsko-czeską granicę – kontynuuje. Przejechał więc jeszcze Austrię i Czechy. – Nie chciałem od razu do szpitala, tylko do domu, żeby się wykąpać – mówi. Na SOR dotarł po kolejnych paru godzinach, wieczorem. Tam zawału nie wykazało ani pierwsze, ani drugie EKG (co się zdarza), dopiero poziom troponin. To białka, które nie występują we krwi, póki nie dojdzie do uszkodzenia mięśnia sercowego. Lekarz zerknął na wynik i złapał za telefon. – Karetkę wysłali z Krakowa. Sanitariusz zagadywał. Dziwiłem się tylko, że na każdych światłach włączali koguta – opowiada.

Nieświadomość mojego taty w kwestii objawów zawału i tego, jakie pomysły można mieć w jego trakcie, da się porównać chyba tylko z jego wolą życia. „Wie pan, że miał pan zawał?” – zapytał krakowski chirurg. „Ja??? Pierwsze słyszę”, pacjent był szczerze zdziwiony. „Powiedzmy, że zawałek, ale musimy założyć dwa stenty”. – Wieźli mnie na stół, a ja szczękałem zębami z zimna – wspomina S. Po zabiegu położyli go pod oknem. Tata: – Chyba nie mieli takiego delikwenta. Przychodziły kolejne pielęgniarki i każda pytała: „To pan jest tym kierowcą, który przyjechał aż z Włoch z zawałem?”. Były zafascynowane.

Może z tej fascynacji jedna tak mocno zabandażowała mu rękę, że gdy obudził się w nocy, w ogóle jej nie czuł.

Naprawdę nie przyszło ci do głowy, że masz zawał w wieku 60 lat? – dziwię się. – Nawet przez sekundę nie. Ja się czułem młodzieniaszkiem – mówi tata. – Ludzie miewają w tym wieku zawały – nie odpuszczam. – Ale inni – ucina.

kobieta reanimowana na ostrym dyżurze w szpitalu - Hello Zdrowie

11 zawałów na czterech

„Ukoronowany” stentami i rokujący pacjent z kardiologii reanimacyjnej może przenieść się na zwykłą kardiologię. Podczas tej przeprowadzki Mikołaj Grynberg miał już cztery dni sercowego stażu i dostał łóżko najbliżej łazienki. W czteroosobowej sali zastał trzech sąsiadów: dwóch po trzech i jednego po czterech zawałach. We czterech mieli więc na koncie 11 ataków serca. „A pan ma ciężką robotę? Na nocki pan chodzi? Często od tego się te zawały robią”, zapytał ten po czterech, w książce zwany hersztem. Świadomy.

Według oficjalnych statystyk Eurostatu „zwykle w nocy” pracuje w Polsce niespełna 2 proc. ludzi – ok. 300 tys. – co daje drugi najniższy wynik w UE. Ale w praktyce przynajmniej co jakiś czas nocne godziny w grafiku dostaje prawie cztery razy więcej, aż 1,1 miliona osób. To oznacza, że 6-7 proc. mieszkańców naszego kraju regularnie musi funkcjonować w odwróconym rytmie dobowym. W nocy nie śpią zwłaszcza pracownicy ochrony i monitoringu, zawodowi kierowcy (taksówek, TIR-ów i autobusów dalekobieżnych), pielęgniarki i lekarze na dyżurach, ratownicy medyczni, sprzątacze/ki, pracownicy fast foodów, magazynów, centrów logistycznych i kilkuzmianowych zakładów produkcyjnych. Jednak na pytanie, czy nocna praca może mieć coś wspólnego ze stanem ich serc, często odpowiadają: „Nie szukałbym tu przyczyny” albo „Proszę pani, zawały to się robią od stresu, a nie od nocek. Ja wiem, bo miałem zawał. Od stresu”.

Proszę pani, zawały to się robią od stresu, a nie od nocek. Ja wiem, bo miałem zawał. Od stresu

40 procent

Nie istnieje jedna przyczyna zawałów – zaczyna kardiolog prof. Łukasz Małek. A na pytanie, czy praca nocą, odwrócony rytm dobowy i niedosypianie są dla serca groźne, odpowiada: – Zdecydowanie tak, i to bardzo. Po czym przytacza liczne, wieloletnie badania przeprowadzone stricte na pielęgniarkach, ale też szerzej na pracownikach zmianowych, które pokazują, że nocna praca wiąże się z ok. 40-proc. wzrostem ryzyka zawału lub choroby wieńcowej i ok. 20-proc. wzrostem ryzyka zgonu, głównie z powodu chorób sercowo-naczyniowych.

Przy tym nie ma znaczenia, czy ktoś nie śpi, bo co noc czyta wciągający kryminał, nie śpi, bo martwi się rosnącą ratą kredytu i chorym dzieckiem, kieruje wielką ciężarówką, czy nie śpi, bo w zakładzie produkcyjnym przy przesuwającej się taśmie składa czajniki/meble/samochody. – Ważne jest to, że organizm pozostaje w trybie czuwania i stresu – mówi prof. Małek.

Prof. Łukasz Małek / Fot. AWF w Warszawie

Ale sam fakt nocnej pracy to za mało; ważna jest jeszcze długość ekspozycji i to, że stres organizmu staje się przewlekły, czasem przechodzi w stan zapalny. Najbardziej zagrożeni są więc ci, którzy w nocy pracują latami – po pięć, dziesięć, dwadzieścia i więcej lat. Wtedy negatywne skutki się kumulują.

Prof. Łukasz Małek z nocnych dyżurów zrezygnował 10 lat temu, po 15 latach takiej pracy („Miałem wtedy małe dzieci, nie było kiedy odespać, zresztą ja nie potrafiłem od razu zasnąć, tylko wykończony przewalałem się w łóżku. Bez tych dyżurów moja jakość życia zdecydowanie wzrosła”). Dziś leczy za dnia. Jest kardiologiem sportowym, ale pod opieką ma też kierowców i kurierów, którzy pracowali nocami i nie wytrzymali tempa, oraz informatyków, którzy w jedną dobę potrafią obsłużyć trzy kontynenty – Europę, USA i Australię. – Zarabiają krocie, które potem mogą wydać na lekarzy – mówi prof. Małek.

Nocna lub zmianowa praca prowadzi organizm do rozchwiania, które prof. Małek porównuje do latania samolotem z miejsca w miejsce. – Ludzie mają typowe objawy jetlagu: rozbicie, wrażenie bycia na kacu, spowolnione myśli i reakcje, rozdrażnienie, obniżony nastrój, zaburzenia snu itd. Wszystko drażni. Organizm działa „na sztywno”, bo jedzie na rezerwie – wyjaśnia.

Co dokładnie dzieje się z sercem, które czuwa w nocy?

Po pierwsze, ciśnienie, zamiast fizjologicznie spadać o 10-20 proc., rośnie. Podnosi się też tętno. Po drugie, zwiększa się aktywność układu współczulnego; organizm zalewają hormony stresu: kortyzol i adrenalina. Przewlekły stan pobudzenia przeciąża mięsień sercowy i zwiększa obciążenie naczyń, co już po kilku nieprzespanych nocach może wywoływać kołatanie, bóle w klatce piersiowej i epizody nadciśnienia. Po trzecie, jeśli nocna praca trwa latami, zaburzony rytm dobowy i gorszy sen dzienny wzmagają nadciśnienie, sztywność tętnic i miażdżycę, a to stopniowo podnosi nie tylko ryzyko zawału, ale i udaru. Po czwarte, zaburza się metabolizm, człowiek szybciej się męczy i gorzej znosi stres czy wysiłek. Po piąte: dokładają się poważne zaburzenia snu, w tym problemy z zasypianiem. Rośnie też ryzyko zaburzeń psychicznych. Serce staje się bombą z opóźnionym zapłonem.

Nocna praca wiąże się z ok. 40-proc. wzrostem ryzyka zawału lub choroby wieńcowej i ok. 20-proc. wzrostem ryzyka zgonu, głównie z powodu chorób sercowo-naczyniowych

Spanie? Uwielbiam

Tato, wymień wszystkie nocne prace, jakie wykonywałeś w życiu – proszę.

Przez większość życia był kierowcą i rolnikiem. Dawno temu z mamą nocami sprzedawali na giełdzie główki kapusty, worki pietruszki i marchwi. Wracali nad ranem ze skarbami dla dzieci: pamiętam tekturowy róg ze słodyczami (żelkowe burgery!) i pikowane plecaczki-jeże. Przez wiele lat woził ciężarówką warzywa do uzdrowiska w Ustroniu, latem ruszał o 3 w nocy, zimą wcześniej. Czasem nas zabierał. Z siostrą spałyśmy za jego i mamy siedzeniem. Woził materiały na budowę dróg (tu pamięć kilkulatki zachowała przejazd przez piaskarnię, byłam prawie pewna, że to Sahara). – Kilka zim jeździłem na odśnieżanie Starem, a potem Kamazem z pługiem. Byłyście malutkie. Zmiany były 12-godzinne, tydzień na noc, tydzień na dzień — wylicza (o tym odśnieżaniu nie wiedziałam).

– Tato, lubisz spać?

– Uwielbiam!

– To jak radzisz sobie od tylu lat, gdy musisz wstać o 2 albo 3 w nocy?

– Czasem nie jest łatwo, ale jak trzeba, to się wstaje. Nigdy nie pracowałem całymi tygodniami na nocki.

– A gdy w czasie jazdy sen cię morzy? Pijesz kawę, energetyki?

– Kawę robię sobie tylko jedną w półlitrowym kubku termicznym i popijam ją łyczkami. Energetyków nie używam. Ostatni woziłem w schowku rok. Jak długo jadę i zachce mi się spać, to zjeżdżam na parking i śpię 30-60 minut.

– Mógłbyś pracować tylko na nocki?

– Człowiek się do wszystkiego przyzwyczai, ale raczej nie mógłbym.

– Dlaczego?

– Bo nie lubię spać w dzień. Od spania jest noc.

Mam to po nim. Też nie lubię spać w dzień.

Panie Mikołaju, a jak u pana ze spaniem? – zagaduję. Czuję, że to delikatny temat. Już raz spytałam i nie podjął tematu. – Noo… Ja przez 20 lat sporo czytałem w nocy, ale nie dłużej niż 2-3 godziny. Dziś już śpię – uspokaja.

Rytm dobowy to nie tylko kwestia światła. Powiązane są z nim: wydzielanie hormonów, metabolizm i funkcjonowanie układu nerwowego

Byle sporadycznie

Prof. Małek nie dziwi się mojej obserwacji, że ludzie niechętnie słyszą o tym, jakoby ich nocna praca była niezdrowa. – Tego się nie podkreśla albo podkreśla za rzadko, choćby dlatego, że bardzo wiele osób po prostu musi tak pracować. A powinno się o tym mówić głośno i dużo więcej – apeluje.

Nikogo, kto wykonuje nocną pracę, nie chce jednak straszyć ani zniechęcać. – Jeśli nocna praca jest sporadyczna, nie będzie miała dużego wpływu na zdrowie pod warunkiem, że jeszcze bardziej dopilnuje się snu, regeneracji, aktywności fizycznej i diety. Natomiast bardziej regularna praca co noc powinna być zarezerwowana dla młodszych osób. Na pewno nie należy fundować jej sobie przez 20-30 lat – uczula kardiolog.

Naszym organizmom najlepiej służy stabilizacja, poczucie, że rzeczy są pewne i powtarzalne. Rytm dobowy to nie tylko kwestia światła. Powiązane są z nim: wydzielanie hormonów, metabolizm i funkcjonowanie układu nerwowego. Gdy ciało i pora doby pozostają w równowadze, organizm może być w homeostazie: wie, jak i kiedy reagować, np. zwalniać i przyspieszać pracę serca. Kiedy się zrelaksować, a kiedy być w gotowości. Bez tego jest jak dziecko we mgle.

Najważniejsze, by po pracy zmianowej porządnie odespać. – Nie dwie, trzy godziny i nie osiem z trzema przerwami. Trzeba sobie zapewnić siedem godzin NIEPRZERWANEGO snu. To dla wielu osób bywa trudne, a jest kluczowe dla zmniejszenia negatywnych konsekwencji – apeluje kardiolog.

***

Mikołaj Grynberg zawału dostał w hotelu. Mój ojciec 1000 km od domu. Powiedzmy, że to ich różni. Łączy to, że pięć i dwa lata po zawale obaj zapewniają, że czują się świetnie. Grynberg: – Nie byłem w takiej kondycji od dekady, ale włożyłem w to dużo pracy. Ruszam się, ale nie to, że chodzę na spacery, tylko ćwiczę i zostałem kolarzem – mówi.

To też ich łączy: mój tata po zawale kupił sobie rower, który zabiera w trasy. Gdy TIR odpoczywa na parkingu, S. objeżdża rowerem małe włoskie miasteczka, często powciskane wysoko między górami. – W czasie postojów staram się zobaczyć, ile się da. Podobały mi się Wenecja, Monte Cassino, Sycylia, Malta, Sardynia, Finlandia. Przejeżdżałem przez Cortinę d’Ampezzo, w której teraz była olimpiada, no piękny kurort. Jak się poprawi pogoda, zaliczę jeszcze Rzym, bo jak dotąd nie było okazji – planuje.

Mężczyzna chwytający się za serce- Hello Zdrowie

Pisarz odmawia, gdy w kawiarni proponuję dozwoloną trzecią kawę i ciasto. Wykonuje dłonią znak „stop” i pokazuje na talerzyk – już zjadł kawałek.

Tata na każdy wyjazd zabiera wałówkę z domu: stos kanapek i domowe obiady w słoikach („Kanapek mama robi mi tyle, że opędzlowuję je dwa dni. Potem biorę się za słoiki, ale często nie daję rady i część przywożę”). – Co dziś jadłeś? – pytam. – Zupkę ryżową z piersią kurczaka i pół słodkiej bułki z makiem. Na kolację mam jeszcze makaron z białym serem. A na jutro zupkę kaszową z mięsem i grzybami – cieszy się. Nie je hot-dogów ani burgerów ze stacji. Woli bułkę z makrelą i jajko. Gdy skończy swoją kawę, parzy herbatę. Latem pije głównie niegazowaną wodę. Sporadycznie pozwala sobie na Pepsi.

Nie kombinować, nie siadać

Pisarz, który nie umarł: – Statystyki są na niekorzyść, moją. Ktoś, kto nie miał zawału, ma mniejsze szanse na pierwszy niż ja na kolejny. Można napisać książkę, można się pośmiać, dać się pośmiać innym ludziom – wiem, że moja książka jest na oddziałach kardiologicznych, również na „moim” oddziale ale to jest gruba sprawa: bać się, że się właśnie umiera. Mam już tę sytuację w życiorysie i ona co jakiś czas się czka. Ale już nie kombinuję: jak policzyć, ile mi jeszcze czasu zostało? Kiedyś kombinowałem, bardzo chciałem to wiedzieć, a dziś po prostu cieszę się, że żyję – kończy.

Tata, który nie umarł, drugiego zawału nie bierze pod uwagę. Ma już prawie 66 lat, jest na emeryturze i opowiedział mi to wszystko, wracając TIR-em z Włoch. Obiecał mamie, że to jego ostatni rok w spedycji. Potem poszuka czegoś, co pozwoli mu częściej być w domu. Ale z pracy nie zrezygnuje. – Zawsze to dodatkowy grosz, ale przede wszystkim szansa, że się za szybko nie skapcanieje. Lekarz mi powiedział: „Robić i żyć, póki ma pan siłę”. Jak nie siedzisz, to nie myślisz o głupotach – kończy S.

Zobacz także

Podoba Ci się ten artykuł?

Powiązane tematy:

i
Treści zawarte w serwisie mają wyłącznie charakter informacyjny i nie stanowią porady lekarskiej. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem.
Podoba Ci
się ten artykuł?