Miłość Doroty i Pawła w cieniu choroby afektywnej dwubiegunowej. „Czasem po prostu muszę zawieźć żonę do kliniki, zamiast uprawiać bohaterstwo”
Dorota i Paweł, małżeństwo z 17-letnim stażem. Ona – psycholożka, dziennikarka, malarka. On – inżynier, fan winyli, górskich wędrówek i gotowania. Mieszkają w Szwajcarii. Mimo że choroba afektywna dwubiegunowa Doroty niczym tsunami zmiotła ich poukładane życie, nie zdołała zrujnować miłości. – Bywamy nieszczęśliwi, nawet głęboko nieszczęśliwi, ale bywamy też szczęśliwi – mówią zgodnie.
Aleksandra Zalewska-Stankiewicz, Hello Zdrowie: Pamiętacie, gdzie spędziliście swój miesiąc miodowy?
Dorota Solarska: W Tajlandii, Kambodży i Malezji. To było 17 lat temu. Udaliśmy się na niezapomniany wyjazd nurkowo-przygodowy.
Dorota: Moja choroba dwubiegunowa jest lekooporna, charakteryzuje się ultraszybką zmianą faz. Raz jestem hiperaktywna i bardzo twórcza, po czym przeżywam epizod depresyjny połączony z myślami samobójczymi. W związku z tym dla nas taki „miesiąc miodowy” oznacza, że mój stan jest stabilny. Tak było w zeszłym roku – wiosną i latem. Dzięki temu mogłam robić to, co lubię: chodzić na basen, pojawić się na przesłuchaniach do sztuki mojego autorstwa, skończyć książkę czy spotykać się ze znajomymi. Z kolei Paweł w czasie „miesiąca miodowego” jest odciążony, ponieważ nie musi mi w zbyt wielu rzeczach pomagać, więc skupia się na swoich aktywnościach – majsterkowaniu czy na naprawach vintage’owego sprzętu audio, na który poluje na targach staroci. To dla niego chwila oddechu.
Paweł Solarski: Gdy Dorota ma stabilną fazę, to wszystko staje się dla niej znacznie bardziej osiągalne, ale i realistyczne – z jednej strony ma więcej energii, z drugiej męczy się jak człowiek, więc i skromni śmiertelnicy mogą za nią podążać. Wiele wtedy możemy, a mniej musimy. To są dobre momenty.
Choroba Doroty charakteryzuje się tym, że ma różne fazy, często wymagające natychmiastowej hospitalizacji. Czy można się do nich jakoś przygotować?
Dorota: Ostatnio ciężka faza depresyjna spadła na mnie we wrześniu 2025. Wyjeżdżaliśmy wtedy do Włoch, pierwszy raz od dziesięciu lat na dłużej niż pięć dni. Na ten urlop mogliśmy pozwolić sobie dzięki oszczędnościom z mojej renty. Cieszyłam się na ten wyjazd, choć czułam, że nadchodzi gorsza faza. W związku z tym miesiąc przed urlopem zaczęłam brać antydepresanty, ale wydawało mi się, że pobyt na słonecznej wyspie i kontakt z morzem, które uwielbiam, pomogą mi się wykaraskać albo chociaż trochę podnieść. Nie doszacowałam jednak, że nowe miejsce, nagłe załamanie pogody i inne sytuacje będące poza moją kontrolą zupełnie mnie przygniotą.
Co zrobiliście w tej sytuacji?
Paweł: Choroba Doroty ma charakter przewlekły i nieprzewidywalny. W związku z tym zawsze jesteśmy zabezpieczeni w leki doraźne oraz w kontakty do psychiatry czy asystenta psychiatrycznego. Otwarcie rozmawiamy o objawach Doroty, dzięki temu możemy szybko i odpowiednio zareagować. Wtedy we Włoszech najpierw ograniczyliśmy jazdę samochodem, która stresowała żonę – na Elbie jest mnóstwo serpentyn. Przejąłem również spacery z naszym psem – chihuahuą Stefanem, ponieważ Dorota bała się, że wyjdzie i nie będzie wiedziała, jak wrócić.
Dorota: Sytuacja była poważna – miałam napady lękowe i myśli samobójcze. Telefonicznie konsultowałam się z moim psychiatrą – zwiększyliśmy dawkę leku. Ostatecznie, gdy już widać było, że nie ma co liczyć na przełom, skróciliśmy pobyt o kilka dni. Z kąpieli w morzu korzystałam tylko wtedy, gdy byłam pewna, że aktualnie chcę żyć. W gorszych momentach nie chciałam ryzykować, nie wiedziałam, co ostatecznie przyjdzie mi do głowy.
Pawle, jak nikt potrafisz rozpoznać pierwsze sygnały zbliżającego się epizodu psychotycznego u Doroty. Na jakie symptomy zwracasz uwagę?
Paweł: Szczegółowo opisałem je w jednym z rozdziałów książki Doroty „Artystka przetrwania. O życiu z chorobą psychiczną”. Przeważnie to nie jest aż takie trudne do rozpoznania, ale oczywiście ogromnie ciężkie w doświadczeniu. Bliska ci osoba zaczyna bardzo się czegoś bać, często czegoś, czego nie ma. Nie wie, gdzie jest i kim ty jesteś. Szarzeje i blednie, jakby się kurczyła. Mówi ci, że czuje się, jakby jej nie było i już nie wie, czy jest prawdziwa… Stany psychotyczne Doroty zwykle są zwieńczeniem rozwijających się, narastających, wychodzących poza kontrolę epizodów. Dorota wie, że może mi zaufać, więc mi pomaga, mówiąc otwarcie, co się z nią dzieje. Na szczęście przez ostatnie półtora roku te stany w zasadzie się nie zdarzały.
Jakie strategie działania najlepiej sprawdzają w przypadku ataku psychotycznego?
Dorota: Lodowaty prysznic i lek antypsychotyczny, czyli tak zwany nokaut. Jeśli chodzi o łagodzenie symptomów depresyjnych czy hipomaniakalnych, mam szereg własnych strategii, Paweł oczywiście w niektóre jest zaangażowany, tak jak w przypadku zrobienia mi czegoś ultrasłodkiego do jedzenia czy przewiezienia mnie nad jezioro, abym mogła pomorsować – morsuję w szwajcarskich jeziorach i rzekach, które są często tak zimne, że zdarza się, że Paweł nie wchodzi do wody nawet w lecie. Poza wodą sprawdza się u mnie ruch – joga, spacer, wycieczka, taniec – do tego muzyka na słuchawkach, medytacja, samodzielne farbowanie włosów (miałam już na głowie wszystkie dostępne kolory, od czarnego po platynowy blond, po drodze różowy, rudy, miedź, fiolet, granat, nawet zielony) czy zakup jakiejś nowej pary spodni w promocji, oczywiście on-line, bo wizyty w sklepach mnie stresują. Natomiast gdy jest mi już tak ciężko, że nie mam siły wyjść z domu, proszę Pawła, aby przejął ode mnie spacer z psem albo zrobił pranie.
”[W Szwajcarii] nie płacimy ani za wizyty, ani za leki, ani za terapię. Natomiast choroba oznacza koszty. Te bezpośrednie, jak utrata pracy czy dodatkowe wydatki, ale też pośrednie – jak to, że konsekwentnie rezygnowałem z ofert zmiany pracy, bo zawsze wybierałem stabilność i bezpieczeństwo nad przygody i tłuste oferty w egzotycznych miejscach”
Czyli dzielicie się obowiązkami jak w innych związkach.
Dorota: Do pewnego stopnia tak, inne pary też sobie nawzajem pomagają, jednak u nas takie potrzeby pojawiają częściej i w sposób dość nieprzewidywalny, co jest obciążające i to dla obu stron. W widoczny sposób dla Pawła, który nagle ma kilka obowiązków więcej na głowie, oraz w niewidoczny dla mnie, z powodu poczucia winy i wstydu.
Nie znam drugiej pary, która tak otwarcie mówiłaby o chorobie psychicznej. Pierwsza książka Doroty sprawiła, że mocno wyszliście do ludzi z tematem zdrowia psychicznego. Jakie reakcje was spotykały?
Dorota: Motywujące – czytelnicy kontaktowali się ze mną, pisząc, że książka pomogła im albo ich rodzinie czy znajomym. Jednocześnie w sieci pojawił się również hejt, który mnie początkowo znokautował, ale jednak tych wspierających wiadomości od czytelników oraz pozytywnych recenzji było dużo więcej. No cóż, jeśli ktoś uważa nas za frajerów, a mnie za wszelkie źródło nieszczęść, to zapewne nie uwierzyłby w momenty, w których płaczemy razem ze śmiechu albo ściskamy się za rękę, oglądając po raz setny „Obcego”. Owszem, bywamy nieszczęśliwi, nawet głęboko nieszczęśliwi, ale bywamy też szczęśliwi – kto miałby ocenić, jaki balans tych dwóch stanów jest OK, a jaki określa, że już trzeba się rozejść?
Paweł: Ja mam ciut prościej niż Dorota, gdyż to ona woła na świat. Ja oznajmiam, bardzo lokalnie, a jeśli spotykam się z reakcjami rozczarowującymi, to nie boli mnie to aż tak bardzo.
”W przypadku ataku psychotycznego najlepiej się u mnie sprawdzają lodowaty prysznic i lek antypsychotyczny, czyli tak zwany nokaut”
Jakie stereotypy dotyczące chorób psychicznych złoszczą was najbardziej?
Dorota: Mnie mierzi język. Ostatnio jeden polityk powiedział do drugiego, i to z mównicy sejmowej, „ty świrze”. To była żenująca sytuacja, tak samo jak kampania z 2019 roku pod hasłem „Nie świruj – idź na wybory”. Nawet zamierzałam napisać list do pana Ministra Spraw Zagranicznych, że używając takiego określenia pogardliwie w przestrzeni publicznej, wzmacnia stereotypy i wyrządza wielką krzywdę osobom zmagającym się z chorobami psychicznymi. Jednak złapałam się na tym, że mam obawy, że zostanę wyśmiana i potraktowana jak przewrażliwiona histeryczka. Ale przyznam, że po słowach polityka poczułam się „świrem”, mimo że nikt nie zwracał się do mnie. Ale dostałam rykoszetem, poczułam pogardę w stosunku do siebie.
Pawle, jak dbasz o bezpieczeństwo w najtrudniejszych momentach, gdy pojawia się ryzyko, że Dorota mogłaby zrobić sobie krzywdę?
Paweł: Gdy pierwszy raz zobaczyłem, że Dorota traci kontakt z rzeczywistością, że jej nastrój zmienia się w ciągu minut z euforii w rozpacz, że ma stany lękowe, a do tego nagle twierdzi, że się świetnie czuje, zawiozłem ją na pogotowie. Jeśli sytuacja jest taka, że trzeba zapewnić bezpieczeństwo, to znaczy, że trzeba chorującego hospitalizować, a nie uskuteczniać bohaterstwo. I to radzę wszystkim – chorującym, rodzinom, krewnym i znajomym. Jeśli chodzi o rozwiązania gwarantujące bezpieczeństwo, podjęliśmy wspólnie decyzję o zamykaniu leków w sejfie, aby żona nie sięgnęła po nie podczas myśli samobójczych. Ktoś może powiedzieć, że to jest stygmatyzacja. I wiesz co? Trochę się z tym zgadzam. Ale tak oboje zdecydowaliśmy. I to działało. Zorientowałem się, że nie stosowaliśmy tego od dobrych dwóch lat!
Dorota: To nie jest tak, że Paweł sam mi coś zabiera albo chowa. Ja się na to zgadzam i to zanim będzie źle. Takie postanowienia najlepiej robić w stabilniejszych fazach. Ale faktycznie, od pewnego czasu przestałam mieć epizody psychotyczne. A gdyby występowały, wraz z tendencjami samobójczymi jak kiedyś, nie będę czekać zbyt długo, tylko udam się do kliniki. Pewnie dlatego bywam tam średnio raz w roku przez kilka tygodni.
”Gdy Dorota ma stabilną fazę, to wszystko staje się dla niej znacznie bardziej osiągalne, ale i realistyczne – z jednej strony ma więcej energii, z drugiej męczy się jak człowiek, więc i skromni śmiertelnicy mogą za nią podążać. Wiele wtedy możemy, a mniej musimy. To są dobre momenty”
Pawle, często mówisz o Dorocie: „Dam Radę”. Co kryje się za tym określeniem?
Paweł: Dorota ma wbudowaną funkcję, która jest jednocześnie wadą i zaletą, błogosławieństwem i obciążeniem. Dorota „Dam Radę” to ktoś pomiędzy himalaistą w strefie śmierci, który musi iść, bo inaczej zginie, ale robi to z gracją, bo nie chce mnie martwić, zgodnie z powiedzeniem: „Winnetou by nie płakał”. Dorota „Dam Radę” jest w stanie rano ogarnąć odkurzanie, sprzątanie, pranie, naczynia i psa, w południe już będzie wyczerpana, poszarzała, ale kilka godzin później zacznie wymyślać kolejne aktywności na wieczór, a może i na przyszły weekend albo i miesiąc… Ja mogę jej wtedy dać mnóstwo czułości i wyrozumiałości. Wyczulenia na małe sygnały.
Jak wasza neuroróżnorodność wpływa na codzienne funkcjonowanie waszego związku?
Dorota: Jesteśmy neuroróżnorodni w całkowicie odmienny sposób. Paweł ma zdiagnozowane ADHD i bierze leki, natomiast ja – ze względu na obciążenie PTSD – muszę mieć wszystko ustrukturyzowane, zaplanowane, uporządkowane, na swoim miejscu, linearnie, sekwencyjnie, bezpiecznie. Jesteśmy na absolutnie przeciwnych biegunach i moim zdaniem 90 proc. naszych konfliktów jest właśnie na tym tle: na tle kolizji potrzeb. Na szczęście zależy nam na sobie na tyle, że chcemy o tym rozmawiać, nawet jeśli jest to tysięczna męcząca rozmowa na ten sam temat.
Paweł: Podstawą jest to, że się kochamy, szanujemy i świadomie chcemy podróżować przez życie razem. Wspólne rozkodowywanie, dlaczego druga osoba zareagowała w określony sposób, to z jednej strony ciężka praca, a z drugiej świetna zabawa, wyzwanie i przygoda. Może nawet nie trzeba do tego neuroróżnorodności.
Pawle, masz zdiagnozowaną depresję, przeszedłeś terapię. Co doradziłbyś innym partnerom w kwestii znalezienia równowagi między wspieraniem drugiej osoby a dbaniem o własne zdrowie psychiczne?
Paweł: To bardzo trudne zagadnienie. Nasza sytuacja jest specjalna – choroba Doroty jest ciężka i nie bardzo chce się leczyć. Charakteryzuje się, z definicji, wielką zmiennością i nieprzewidywalnością. I to jest moim głównym obciążeniem. Moja depresja jest oznaką tego, że nie do końca zadbałem o siebie i system się przeciążył. Mnie najbardziej wzmacnia spotkanie na strzelnicy z kolegą czy samotny spacer, ale każdemu pomoże co innego. Jednym wystarczą dwa popołudnia w tygodniu tylko dla siebie, dla innych lepsza będzie grupa wsparcia. Ktoś może wypalać stres na siłowni, a inny – wędkując. Na pewno warto znaleźć dobrego psychiatrę, zadbać o swoje ciało i o dobry sen.
Jak ty, Doroto, wspierałaś Pawła, gdy miał gorszy czas?
Dorota: Nie mam poczucia, że w jakikolwiek sposób wspieram Pawła, gdy ma gorszy czas. Pewnie dlatego, że ja gorszy czas mam jako poziom bazowy i prawie nigdy nie jestem w stanie wspierać nikogo na dłuższą metę. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to to, że staram się dbać o siebie i o dom oraz „zejść mu z drogi”, żeby dodatkowo nie musiał się mną przejmować.
Paweł: Ale zaraz, zaraz, ty też mnie wspierasz. Gdy mam dużo gorszy czas, Dorota „Dam Radę” zamienia się wtedy w Dorotę „Okej, przechodzimy w tryb awaryjny”. A jak jest tylko trochę gorszy, to ja wiem, że Dorota mi da bodziec. Bodziec, by zmienić leki, ustalić dodatkowe konsultacje albo umówić się z przyjacielem na wieczór w tureckim barze.
”Mnie mierzi język. Ostatnio jeden polityk powiedział do drugiego, i to z mównicy sejmowej, „ty świrze” (...) przyznam, że po słowach polityka poczułam się „świrem”, mimo że nikt nie zwracał się do mnie. Ale dostałam rykoszetem, poczułam pogardę w stosunku do siebie”
A jak choroba wpływa na wasze życie zawodowe, rodzinne i finansowe? Czy można mówić o realnym, także materialnym koszcie choroby?
Dorota: Oczywiście, jest to ogromny koszt. Ja mam orzeczoną niezdolność do pracy, jestem na rencie i zasiłku ze względu na niepełnosprawność. Jego kwota jest tak niewysoka, że pokrywa jedynie moje ubezpieczenie zdrowotne, zakup biletu miesięcznego, opłatę za telefon i drobne wydatki.
Kochałam swoją pracę, gdy byłam zdrowa. Naprawdę uwielbiałam pracować z ludźmi jako psycholożka. Po diagnozie próbowałam kontynuować działalność zawodową, ale dałam radę przez 7 miesięcy. Potem brałam udział w rekrutacjach na różne stanowiska, następnie byłam w programie integracji zawodowej, ale już wtedy było mi ciężko zjawiać się na zajęciach każdego dnia. W porozumieniu z prowadzącymi zgłosiliśmy mnie do orzecznictwa o niepełnosprawności. Proces trwał osiem lat.

Dorota i Paweł Solarscy / fot. archiwum prywatne
Rozumiem, że wtedy nie zarabiałaś?
Dorota: Przez osiem lat nie miałam dochodów. W międzyczasie próbowałam podjąć się wolontariatu, na przykład w domu opieki – dałam radę kilka dni, albo w ramach zajęć dla uchodźców – z powodu objawów depresyjnych trwało to tylko kilka tygodni. Miałam też otrzymać stanowisko pracy chronionej, ale musiałam już wtedy iść do kliniki. Obecnie jestem w stanie jedynie malować albo pisać, i to w domu.
Po wydaniu pierwszej książki udzielałam maksymalnie dwóch wywiadów w miesiącu – na więcej brakowało mi sił. W zeszłym roku miałam sześć wystaw malarskich. Wernisaż to święto dla artysty, jednak ja, jeśli już w ogóle mam siłę się na nim pojawić, jestem tam jedynie półtorej godziny. Kilka razy w roku udaje się sprzedać jakiś mój obraz, a z pisania nie da się w żaden sposób utrzymać, chyba że pisze się bestsellery. Tak więc bez Pawła w ogóle nie miałabym z czego żyć. Od kilkunastu lat mieszkamy w nieodremontowanym, dwupokojowym mieszkaniu, bo na większe nas nie stać. Nie mamy oszczędności, więc gdy ostatnio przyszła faktura za leczenie psa, to padł na nas blady strach. Ludzie widzą Szwajcarię jako raj, ale w Szwajcarii też można być… no cóż, niezamożnym.
Za to podkreślacie, że w Szwajcarii pacjenci mają bardzo dobrą opiekę medyczną, w tym psychiatryczną.
Dorota: Sieć wsparcia jest tutaj dobrze rozwinięta. Są różne możliwości – szpital publiczny, prywatna klinika opłacana z podstawowego ubezpieczenia (tyle, że na przyjęcie czeka się dłużej), ośrodek interwencji kryzysowej.
Paweł: Kiedy zaproponowano mi pracę w Szwajcarii to myślałem, że będę królem życia. Na miejscu okazało się, że raczej królikiem. Wiele razy zastanawiałem się, co by było gdybyśmy trafili np. do Emiratów Arabskich, skąd również miałem ofertę pracy. Albo gdybyśmy zostali w Polsce. I wtedy myślę, że mieliśmy szczęście, bo mimo że żyjemy skromnie, to jednak ten system wiele nam oferuje: opieka medyczna jest na najwyższym poziomie w ramach standardu. Nie płacimy ani za wizyty, ani za leki, ani za terapię. Natomiast choroba oznacza koszty. Te bezpośrednie, jak utrata pracy czy dodatkowe wydatki, ale też pośrednie – jak to, że konsekwentnie rezygnowałem z ofert zmiany pracy, bo zawsze wybierałem stabilność i bezpieczeństwo nad przygody i tłuste oferty w egzotycznych miejscach.
Doroto, twoja kolejna książka „Brzydsza córka życia. Eseje o chorowaniu psychicznym” w sposób bardzo wyrazisty pokazuje, jak zmieniają się fazy twojej choroby. Czy Paweł zawsze jest pierwszym czytelnikiem twoich książek?
Dorota: Tak, zawsze. To nie znaczy, że zawsze się zgadzam z jego opiniami czy sugestiami dotyczącymi poszczególnych rozdziałów, które podsyłam mu na raty, ponieważ wiemy oboje, że moje pisanie jest dla niego ciężkie w czytaniu. Nawet nie jestem pewna, czy przeczytał „Brzydszą córkę życia” w wersji finałowej. (Paweł kiwa głową, że tak) Żyjemy wspólnie, ale Paweł nie zawsze jest świadomy tego, jak mocno przeżywam różne doświadczenia, stąd, paradoksalnie, zna mnie – ale nie do końca, więc bardziej liczę na jego zmysł literacki i ocenę. Jego najczęstszy komentarz do mojego pisania brzmi: „No… ciężki kaliber”.
Paweł: Zgadzam się, w szczególności z tą oceną literacką. Dorota świetnie pisze i zwykle nie mam wiele do roboty.
Zobacz także
Faye Dunaway o chorobie afektywnej dwubiegunowej: „Jest tylko częścią mojego makijażu”
Pies pomaga choremu na schizofrenię. „Jest przeszkolony, by witać ludzi na komendę. Jeśli tak robi, wiem, że naprawdę tam są”
„Zawsze noszę w torebce cukierki chili”. O życiu z chorobą schizoafektywną opowiada Dorota Solarska, autorka książki „Artystka przetrwania”
Polecamy
Lęk wysokofuncjonujący jest społecznie nagradzany. Zmagające się z nim osoby słyszą: „rób jeszcze więcej”
Nocna zmiana serca. „To pan jest tym kierowcą TIR-a, który przyjechał aż z Włoch z zawałem?”
Każda kobieta ma wiele ról. I jedno zdrowie psychiczne. Zadbaj o nie – apelują Maria Seweryn i Halina Mlynkova
„Onkolog też może zachorować na raka, a ksiądz grzeszy” – mówi Maja Rosińska, psycholożka z zespołem Tourette’a i ADHD
się ten artykuł?