Go to content

Dellfina Dellert: „Sztuka nie jest luksusem. Może leczyć i są na to badania”

Dellfina Dellert - Hello Zdrowie

Dellfina Dellert / fot. archiwum prywatne

„Badania pokazują, że sztuka może redukować stany lękowe i depresję, przeciwdziałać wypaleniu, zwiększać empatię, wzmacniać samoocenę i poczucie sensu, redukować ból, poprawiać motorykę, pomagać budować autentyczne więzi ponad podziałami, a nawet wspierać proces zdrowienia” – mówi Dellfina Dellert, artystka wizualna i arteterapeutka. Opowiada o tym, dlaczego twórczość może działać jak lekarstwo, czym jest „mikrodozowanie sztuki” i dlaczego śpiewanie pod prysznicem, pisanie dziennika czy zwykłe bazgranie mogą być czymś znacznie ważniejszym niż chwilową przyjemnością.

Udostępnij
Przeczytasz w 26 min

Magdalena Tereszczuk-Brach, Hello Zdrowie: Czy pamiętasz taki moment, kiedy po raz pierwszy poczułaś, że sztuka może być wykorzystywana także w inny sposób niż ten, który powszechnie znamy?

Dellfina Dellert: Pamiętam trzy takie momenty, a w zasadzie etapy. Pierwszy to kiedy byłam dzieckiem. Wtedy jeszcze nieświadomie, bawiąc się, bo tworzenie jest zabawą, odkrywałam istotę siebie, rozwijałam wyobraźnię, odkrywałam pasje, wyciszałam się, wyrażałam emocje. Jak my wszyscy. Ale lecznicze właściwości sztuki tak naprawdę zaczęłam zauważać, kiedy zaczęłam sama tworzyć. Od ponad dwudziestu lat jestem artystką wizualną i w zasadzie, patrząc z perspektywy czasu, każdy mój projekt był „terapeutyczny”. Tym trzecim etapem było ukończenie arteterapii i rozpoczęcie pracy z ludźmi. Obserwowanie, jak twórcza ekspresja wpływa na ich stan zdrowia, samopoczucie i rozwój, sprawiło, że moją misją stała się zmiana sposobu, w jaki ludzie postrzegają i praktykują sztukę.

Jest takie przepiękne powiedzenie: „Zanim chodzisz – tańczysz, zanim mówisz – śpiewasz, a zanim piszesz – rysujesz”. Przypominam o tym ludziom. W spontanicznym tworzeniu żyje istota nas, dla której w materialno-intelektualnym świecie często nie ma miejsca. Carl Rogers, jeden z twórców psychologii humanistycznej, mówił, że w dzieciństwie zawarty jest nasz osobisty mit. Suficki poeta i mistyk Rumi twierdził, że dzieci są najbardziej duchowymi istotami. Z kolei Pablo Picasso powtarzał, że cztery lata uczył się malować jak Rafael, ale całe życie jak dziecko. Te bardzo proste narzędzia twórcze pomagają nam przypomnieć sobie, kim jesteśmy.

Niestety nasz system szkolnictwa bardzo szybko zaczyna nas formatować. I to wtedy zaczynamy rezygnować z siebie po to, żeby zadowolić innych i uniknąć ośmieszenia czy wykluczenia ze stada. Boimy się ryzykować, eksperymentować, popełniać błędy. I w zasadzie przez to rezygnujemy z rozwoju swojego unikalnego potencjału. A potem potrzeba naprawdę bardzo dużo czasu, świadomości i pracy, żeby do siebie wrócić.

Czy u ciebie też tak było, że najpierw długo poszukiwałaś, zanim odkryłaś, że chcesz zajmować się sztuką? Wiem, że studiowałaś zarządzanie.

Kiedy miałam siedem lat, zaczęłam trenować wyczynowo. Najpierw gimnastykę sportową, a potem akrobatykę. Z czasem trafiłam do kadry Polski, a to oznaczało dwa treningi dziennie, ciągłe wyjazdy i program nauczania okrojony ze wszystkiego, co artystyczne. Bo wiadomo, w szkole mamy „poważne” przedmioty, takie jak matematyka, fizyka czy biologia, oraz te „niepoważne”, czyli muzykę, plastykę czy ZPT, które można pominąć. Dlatego dopiero kiedy miałam poważny wypadek, po którym nie mogłam już wrócić do sportu, pojawił się moment zatrzymania i pytanie: „Co ja właściwie chcę zrobić ze swoim życiem?”. Miałam wtedy 16 lat.

Byłam wówczas maszyną zaprogramowaną do zdyscyplinowania, dawania rady, wygrywania, wykonywania poleceń i ignorowania tego, co czuję. Żadnej wewnątrzsterowności, miejsca na wrażliwość, swoje zdanie, kreatywność, wyobraźnię, wolność. Więc zanim odkryłam, kim jestem, skończyłam zarządzanie i marketing na UW. To była końcówka lat 90., moment zachłyśnięcia się kapitalizmem. Przez chwilę wydawało mi się, że ułożenie sobie życia to „poważna” praca ze stanowiskiem o angielskim brzmieniu, najlepiej w zagranicznej korporacji.

Wszystko się zmieniło, kiedy miałam 21 lat i wybrałam się na „Kurs doskonalenia umysłu” prowadzony przez profesora Emfazego Stefańskiego, który był wybitnym umysłem i specjalizował się między innymi w pracy inspirowanej metodą Silvy. Robiliśmy tam różne bardzo szalone ćwiczenia, których racjonalny umysł nie jest w stanie wytłumaczyć. Podczas jednego z nich weszłam w rodzaj głębokiego stanu medytacyjnego. Naszym zadaniem było wyobrażenie sobie siebie w dowolnym momencie w przyszłości i cofanie się krok po kroku do tu i teraz. I ja w tej wizji zobaczyłam bardzo wyraźnie siebie jako artystkę mieszkającą w Londynie i pracującą w duecie z partnerem. I tak się stało. Skończyłam studia, wyjechałam do Londynu i poznałam Thomasa, z którym przez dziewięć lat pracowałam w duecie artystycznym. Był też moim mężem.

Rolki



Sztuka jest już w 30 krajach przepisywana na receptę w ramach recept społecznych i uważa się, że każdy szpital, firma, szkoła powinny na stałe zatrudniać takich profesjonalistów

Porozmawiajmy trochę o samej arteterapii i o jej początkach.

Jakbym miała opowiedzieć o początkach arteterapii, to musiałabym się cofnąć do początków ludzkości. Ludzie od zawsze intuicyjnie wiedzieli, że sztuka jest ważna. Wszystkie rytuały przejścia, takie jak narodziny, małżeństwa, pogrzeby, stawanie się kobietą czy mężczyzną, były związane z twórczością. To były spotkania w kręgach, sytuacje, w których ludzie śpiewali, tańczyli, malowali, tworzyli stroje, biżuterię, ozdabiali ciała. Ta świadomość, że sztuka może nas leczyć i wspierać, zawsze w nas była.

No dobrze, to porozmawiajmy o takich największych przełomach arteterapii.

Za ojca współczesnej arteterapii uważa się artystę i dziennikarza Adriana Hilla. Będąc pacjentem z gruźlicą, zauważył, że rysowanie pomaga mu psychicznie przejść przez chorobę i izolację. Zaczął więc pracować z innymi pacjentami przewlekle chorymi i po traumach wojennych, przywracając im poczucie sprawczości i wspierając w szybszym zdrowieniu. Ale arteterapia ma też dwie matki. W tym samym czasie psycholożka i pedagożka Margaret Naumburg pracowała głównie z dziećmi i młodzieżą z trudnościami emocjonalnymi, traktując ich rysunki jak bezpośredni dostęp do nieświadomości, szczególnie tam, gdzie słowa nie działały. A malarka Edith Kramer pracowała z dziećmi po traumach i w kryzysach rozwojowych, używając w tym procesie sztuki: lepienia, malowania, niszczenia i budowania, które, jak zauważyła, porządkowało emocje i regulowało napięcie.

W latach 60. i 70. arteterapia zaczęła wychodzić poza gabinety i szpitale psychiatryczne, trafiając do szkół, ośrodków społecznych i pracy z osobami wykluczonymi. Finalnie przestawała być tylko leczeniem, a zaczęła być sposobem odzyskiwania kontaktu ze sobą. Równolegle wtedy rodziła się terapia ekspresyjna, która uznała, że człowiek twórczo nie wyraża się tylko obrazem, ale też ruchem, dźwiękiem, głosem, pisaniem, wchodzeniem w role. W zasadzie każda forma twórcza, jeśli jest prowadzona przez odpowiednio przygotowanego specjalistę, może mieć działanie rozwojowe lub terapeutyczne.

Dziś arteterapia – czy szerzej terapia ekspresyjna – ma bardzo szerokie zastosowanie. Korzystają z niej pracownicy służb mundurowych, lekarze, pracownicy socjalni, wszelacy pacjenci, zarówno terminalnie chorzy, jak i ci zdrowiejący, noworodki i seniorzy, pracownicy korporacji, osoby, które doświadczyły traumy albo zmagają się z PTSD, artyści, którzy doświadczają wypalenia lub blokad twórczych, ale też po prostu ludzie, którzy chcą przywrócić kontakt z emocjami, ciałem albo odnaleźć poczucie sensu w życiu.

Ciężko w to uwierzyć osobom, które nie miały styczności z twórczym rozwojem, ale dzięki bodźcom sensorycznym, kinestetycznym, percepcyjnym i pracy z symbolem oraz metaforą można rozwiązywać problemy, których nie jest w stanie rozwiązać psychoterapia werbalna. Ale prawdziwą rewolucją było powstanie zupełnie nowej dziedziny nauki – neuroarts, czyli Neurosztuki. I tutaj warto podkreślić, że nie chodzi o modne grafiki przypominające neurony, tylko o realny obszar badawczy.

Powiesz o tym coś więcej?

To stosunkowo nowa dziedzina, która zaczęła rozwijać się około 2019 roku. Można powiedzieć, że jest to neuroestetyka stosowana, obszar na styku nauki, sztuki i technologii, badający, w jaki sposób sztuka oraz doświadczenia estetyczne wpływają na nasz mózg, ciało, emocje i zachowanie. Ale co najważniejsze, bada także, jak tę wiedzę można wykorzystać w bardzo konkretnych praktykach wspierających zdrowie i rozwój człowieka. Zakres oddziaływania sztuki okazuje się naprawdę fascynujący. Badania pokazują, że może ona redukować stany lękowe i depresję, przeciwdziałać wypaleniu, zwiększać empatię, wzmacniać samoocenę i poczucie sensu, redukować ból, poprawiać motorykę, pomagać budować autentyczne więzi ponad podziałami, a nawet wspierać proces zdrowienia. Badania nad tym trwają od dawna, ale właśnie uporządkowanie ich w ramach neurosztuki sprawiło, że zaczęto traktować sztukę dużo poważniej, jako realne narzędzie wspierające zdrowie publiczne. Dziś nawet WHO uznaje sztukę za jeden z ważnych komponentów wspierających zdrowie i dobrostan człowieka. I to jest naprawdę ogromna zmiana w myśleniu o tym, czym sztuka właściwie jest i jaką może pełnić rolę.

Dellfina Dellert - Hello Zdrowie

Dellfina Dellert / fot. archiwum prywatne

To jest prawdziwy kamień milowy.

W 2023 roku powstało nawet specjalne centrum ds. sztuki i zdrowia przy WHO. Kieruje nim profesora Daisy Fancourt, którą absolutnie uwielbiam. Uważam, że jest przełomową naukowczynią, jeśli chodzi o badania nad wpływem sztuki na nasze zdrowie i dobrostan. Między innymi na podstawie jej badań rząd Wielkiej Brytanii podejmował decyzje dotyczące pandemii związane z luzowaniem lub zaostrzaniem obostrzeń. Jest też jedną z najczęściej cytowanych naukowczyń na świecie, a kiedy człowiek uświadomi sobie, że rocznie publikuje się około dziesięciu milionów opracowań naukowych, to skala tego osiągnięcia robi ogromne wrażenie. Kocham to, że poświęciła swoje życie udowadnianiu, że nie jesteśmy w stanie żyć bez sztuki i że sztuka może być realnym lekarstwem. Zresztą wielu innych naukowców uważa, że stoimy dziś u progu ogromnej zmiany kulturowej, momentu, w którym poszerzenie definicji sztuki i zrozumienie jej wpływu może zapewnić miliardom ludzi na świecie lepsze życie.

Zastanawiam się czy można w jakiś naukowy sposób zmierzyć, czy działa na nas sztuka.

Tych metod i badań jest naprawdę bardzo dużo. Nie wiem, czy będę pamiętała wszystkie, ale z takich najbardziej oczywistych to: EEG, rezonans magnetyczny, opaski biometryczne, badania krwi, badania śliny, badania ruchu gałek ocznych, badania podłużne i badania kohortowe [rodzaj obserwacyjnego badania medycznego lub statystycznego, w którym śledzi się losy określonej grupy ludzi przez dłuższy czas, aby ocenić, jak dany czynnik wpływa na wystąpienie określonego skutku zdrowotnego – przyp. red.]. Szczególnie te ostatnie uwzględniają ogromną liczbę czynników, dzięki czemu są bardzo wiarygodne. Oczywiście wykorzystuje się też bardziej klasyczne narzędzia, jak ankiety czy wywiady.

Co ciekawe, powstała również bardzo rygorystyczna metodologia badawcza o nazwie Impact Thinking przy Johns Hopkins University, gdzie działa inicjatywa NeuroArts Blueprint. To projekt badający wpływ sztuki, architektury i muzyki na nasze ciało, mózg oraz zachowanie. Pracuje nad tym bardzo szeroki, interdyscyplinarny zespół, około trzydziestu naukowców z różnych dziedzin. Dlatego to są naprawdę bardzo rzetelne badania.

Kiedy skupiamy się na procesie, a nie efekcie, sztuka działa prozdrowotnie. I to może być naprawdę wszystko. Poranny taniec, pisanie dziennika, śpiewanie pod prysznicem albo w samochodzie, szydełkowanie, sadzenie kwiatów na balkonie, robienie kolaży

Czy wiadomo, które rodzaje sztuki mogą działać na nasz dobrostan najlepiej albo najszybciej?

Podam kilka konkretnych przykładów. Wiemy z badań, że wcześniaki trafiające na OIOM dużo szybciej wracają do zdrowia, szybciej przybierają na wadze i wcześniej wychodzą ze szpitala, kiedy słuchają muzyki, a szczególnie wtedy, kiedy śpiewają im rodzice. Badania prowadzone w pięciu szpitalach w Anglii pokazały, że lekarze uczestniczący w zajęciach arteterapeutycznych, głównie plastycznych, mają dwukrotnie mniejsze ryzyko wypalenia zawodowego. W Stanach Zjednoczonych funkcjonują z kolei rządowe programy dla żołnierzy wracających z misji. Wielu z nich nie odnajduje się w klasycznej terapii „gadanej”, bo trauma bardzo często wiąże się z dysocjacją i ogromnym problemem z nazywaniem emocji. Dlatego kierowani są na warsztaty arteterapeutyczne, głównie oparte na dramie i tworzeniu masek. W bezpieczny sposób pomaga im to integrować trudne doświadczenia i wyrażać emocje. Są też fascynujące badania dotyczące choroby Parkinsona, prowadzone między innymi we współpracy z Royal Ballet. Okazało się, że regularne zajęcia taneczne prowadzone przez tancerzy baletowych poprawiały u pacjentów motorykę, poczucie sprawczości i samoocenę, a taniec był skuteczniejszy niż klasyczna rehabilitacja.

To fascynujące.

Inny przykład: terminalnie chorzy pacjenci prowadzący dzienniki, czyli regularnie zapisujący i wyrażający emocje, żyją średnio o jedną trzecią dłużej niż pacjenci, którzy tego nie robią. Pokazuje to nie tylko, że sztuka działa, ale też jakie konkretne działania twórcze wpływają na konkretne obszary funkcjonowania człowieka. Na przykład kolaże spowalniają spadek zdolności poznawczych, taniec łagodzi objawy chorób neurodegeneracyjnych, rysowanie pomaga wyrażać siebie, gdy brakuje słów i trzeba pobudzić ośrodek Broki [obszar w mózgu odpowiedzialny za generowanie mowy – przyp. red.], na chroniczny stres pomaga 20 minut szkicowania, które obniża poziom kortyzolu, malowanie i kolorowanie otwierają drogę do emocji. Nawet zwykłe bazgranie, za które byliśmy nieraz krytykowani, aktywują korę przedczołową, obszar mózgu odpowiedzialny za skupienie i nadawanie znaczeń informacjom sensorycznym.

Ja z tymi badaniami to mogę bez końca. Znam ich setki. Ale nie tylko działania twórcze mają na nas zdrowotny wpływ. Ogromne znaczenie ma też architektura i otoczenie, w jakich mieszkamy i przebywamy. Sam fakt, że sale szpitalne mają inne kolory ścian albo że pacjent widzi z okna zieleń, sprawia, że szybciej wraca do zdrowia. Niedawno widziałam na BBC News relację z otwarcia w Kings College Hospital oddziału OIOM dla 60 pacjentów w wielkim ogrodzie na dachu budynku. To pierwsza taka inicjatywa w Anglii. Świeże powietrze, słońce i piękno natury pozwalają najbardziej chorym pacjentom szybciej zdrowieć i szybciej wychodzić ze szpitala, co przynosi też konkretne oszczędności systemowe. Rząd Wielkiej Brytanii niedawno przeprowadził analizy, z których wynika, że już obecny poziom zaangażowania osób w wieku produkcyjnym w działania twórcze generuje oszczędności dla państwa na poziomie 18,6 miliardów funtów rocznie. A jednocześnie, kiedy spojrzymy choćby na Polskę, pierwsze cięcia budżetowe niemal zawsze dotyczą kultury. I nikt kompletnie nie zastanawia się, jakie ma to konsekwencje zdrowotne i jak obcinanie tych kosztów przekłada się później na wzrost kosztów w służbie zdrowia. Dla mnie taka krótkowzroczność jest niewiarygodna.

A czy rodzaj muzyki, jakiej słuchamy, może różnie terapeutycznie na nas działać? Ja na przykład lubię słuchać „depresyjnych kawałków” i ktoś z boku mógłby powiedzieć, że specjalnie wpędzam się w ciężkie klimaty. Ale ja wiem, że smutek działa na mnie oczyszczająco, jak katharsis, i nie ma dla mnie niczego dziwnego w tym, że po przesłuchaniu płyty Radiohead będę w wyśmienitym nastroju.

Są badania, które mówią, jakie tempo muzyki nas relaksuje (podczas medytacji lub malowania) czy motywuje (np. podczas treningu czy rehabilitacji), ale najistotniejsze jest słuchanie siebie. I dokładnie to robisz. Nie istnieje jeden rodzaj muzyki, jeden obraz, jeden wiersz czy jeden układ taneczny, który będzie działał na wszystkich tak samo. Nasz układ nerwowy kształtuje się przez całe życie i każdy z nas jest emocjonalnie kompletnie inny. Jesteśmy jak płatki śniegu. Dlatego tak ważne jest nauczyć się tego, co na nas pozytywnie wpływa. Z tej potrzeby narodził się mój pomysł stworzenia koncepcji „mikrodozowania sztuki”, czyli codziennych mikropraktyk twórczych i świadomego doświadczania piękna. Bo piękno i sztuka dla każdego oznaczają coś zupełnie innego. Metodę tę oparłam o kohortowe badania profesory Daisy Fancourt, która dowiodła, że regularne rekreacyjne praktykowanie sztuki zapobiega depresji, wypaleniu i stanom lękowym. Dlatego postanowiłam zająć się prewencją.

Opowiesz więcej o tej metodzie?

Te mikropraktyki polegają na codziennym zdrowym karmieniu naszych zmysłów, rozwijaniu wyobraźni i uczeniu się wyrażania siebie. Bardzo często mamy przekonania, które dyktują to, jak się ubieramy, jak urządzamy nasze mieszkania, jaki styl życia wybieramy. Zazwyczaj żeby gdzieś się wkomponować, przynależeć, zaimponować. Bywa też tak, że kompletnie na to nie zwracamy uwagi, bo wydaje nam się to nieistotne. W mieszkaniu mamy chaos, słuchamy czego popadnie, np. włączonego non stop telewizora lub radia, zakładamy pierwszą lepszą koszulkę. Ale jeżeli zaczniemy zwracać uwagę na estetykę naszego otoczenia, a na siebie zaczniemy patrzeć z ciekawością zamiast oceną, zaczniemy uczyć się siebie. Wtedy możemy zauważyć: „Aha, kiedy jestem smutna, potrzebuję właśnie takiej muzyki”, albo: „Kiedy nie wiem, jaką decyzję podjąć, zabieram się za prace w ogródku i to mi pomaga”, albo „Kiedy się boję i dopada mnie natłok myśli, potrzebuję pisać”. Te rozpoznania są szalenie ważne, bo potrafią chronić nas przed sięganiem po używki albo leki.

Marzy mi się, żeby ludzie zaczęli myśleć o karmieniu zmysłów i działaniach twórczych tak samo, jak myślą o zdrowym odżywianiu, sporcie czy kontakcie z naturą. Nie bez powodu mówi się dziś, że sztuka jest piątym filarem dobrostanu. Jeżeli zaczniemy traktować ją jak dbanie o zdrowie, zaczniemy zwracać uwagę na to, jak przygotowujemy posiłki, jaki mamy widok za oknem, czy ubrania są przyjemne w dotyku, czy nasze mieszkanie naprawdę daje nam poczucie domu, czy naprawdę wybieramy to, czego chcemy słuchać – będziemy żyć dużo lepiej. No i gdybyśmy nie bali się tworzyć! Jakoś nikt wsiadając na rower, nie myśli o tym, że musi wygrać Tour de France, a jak przychodzi do wzięcia do ręki kredki, pędzla czy tańczenia – ludzi blokuje ich „ale ja nie umiem”.

Terminalnie chorzy pacjenci prowadzący dzienniki, czyli regularnie zapisujący i wyrażający emocje, żyją średnio o jedną trzecią dłużej niż pacjenci, którzy tego nie robią

Wiele osób uważa, że aby robić coś artystycznego, trzeba być profesjonalistą.

A badania jasno pokazują, że niezależnie od poziomu talentu, wiedzy czy doświadczenia, działania twórcze redukują poziom kortyzolu, czyli hormonu stresu, zwiększają poziom oksytocyny i dopaminy i bardzo pozytywnie wpływają na układ nerwowy. Najważniejsze jest jednak to, żeby przestać myśleć o sztuce jak o produkcie. Niestety dziś wszystko podlega logice rynku, więc wydaje nam się, że sztuka jest tylko dla tych „wybranych”, którzy mają talent i potrafią ją sprzedać. Tymczasem kiedy skupiamy się na procesie, a nie efekcie, sztuka działa prozdrowotnie. I to może być naprawdę wszystko. Poranny taniec, pisanie dziennika, śpiewanie pod prysznicem albo w samochodzie, szydełkowanie, sadzenie kwiatów na balkonie, robienie kolaży. Dzięki tym małym twórczym działaniom przede wszystkim poznajemy i wyrażamy siebie. Przestajemy się oceniać i porównywać. Zaczynamy zauważać: „Aha, teraz mam na to ochotę”, albo: „Chcę wejść do sklepu plastycznego i kupić kredki takie jak w dzieciństwie”.

Smuci mnie to, jak często te przyjemności i zabawy sobie odbieramy, bo wydają nam się zbędnym luksusem. Obcinamy domowe budżety na koncerty, festiwale, wystawy, warsztaty, materiały do tworzenia, bo wydaje nam się, że to nie jest „naprawdę potrzebne”. A prawda jest taka, że człowiek nie jest w stanie funkcjonować wyłącznie w świecie intelektu, produktywności i materii. Bez kontaktu ze zmysłami, emocjami i twórczością po prostu zaczynamy umierać wewnętrznie. Stąd depresje, wypalenie, stany lękowe. Sztuka nie jest luksusem. Jest jedną z naszych podstawowych potrzeb.

Powiedz proszę, jak wyglądają sesje i warsztaty arteterapii, które prowadzisz?

Prowadzę sesje indywidualne, warsztaty, a także długoterminowe programy, np. warsztaty dla nastolatków 15+, gdzie młodzi ludzie uczą się kompetencji przyszłości, warsztaty dla pracowników służby zdrowia przeciwko wypaleniu, dla artystów, którzy chcą rozwinąć warsztat twórczy lub doświadczają blokad, dla kobiet, dla biznesu w obszarze psychologicznego bezpieczeństwa, czyli robienia przestrzeni na bezpieczne wyrażanie siebie, mówienie tego, co się naprawdę myśli i czuje, i kreatywnego rozwoju. Bo (szok!) okazuje się, że firmy bardzo dużo tracą, kiedy pracownicy boją się odezwać, boją się popełniać błędy i boją się eksperymentować. Ten temat ma ogromne przełożenie również na finanse i efektywność organizacji.

Pracuję także z seniorami i to jest niezwykle wdzięczna praca. Po jednym z takich cykli warsztatowych grupa emerytów poprosiła mnie, żebym prowadziła z nimi zajęcia na stałe, bo chcieliby stworzyć własny teatr. Bardzo wzruszył mnie wtedy pan Eryk, który ma 86 lat i powiedział mi, że całe życie marzył o tym, żeby grać na pianinie, ale zawsze robił „ważniejsze rzeczy”. I że teraz w końcu chce się nauczyć.

Ale też, i to warto podkreślić, przychodzą do mnie mamy, ojcowie, kobiety, mężczyźni, partnerki, partnerzy, po prostu ludzie, którzy w natłoku zawodowych i rodzinnych zobowiązań, narzuconych oczekiwań, w ciągłej presji czasu nie robią nic dla przyjemności, dla siebie, dla zabawy i zapomnieli, kim tam w środku są i czego tak naprawdę od życia chcą. A chcą zwykle poczuć, że żyją, zanim będzie za późno.

Jest takie przepiękne powiedzenie: „Zanim chodzisz – tańczysz, zanim mówisz – śpiewasz, a zanim piszesz – rysujesz”. Przypominam o tym ludziom

Wspaniale!

I to jest właśnie coś, co daje działanie twórcze i twórcza ekspresja: poczucie mocy, sprawczości i sensu i że wszystko znowu zaczyna być możliwe. Że przestajemy myśleć przez pryzmat ograniczeń.

Często na warsztatach używam cytatu Michała Anioła, który zapytany o to, jak tworzy, powiedział, że kiedy patrzy na blok marmuru, widzi w nim już Dawida uwięzionego w środku i po prostu usuwa wszystko to, co Dawidem nie jest. I ja myślę sobie, że dokładnie tak samo jest z nami. W ciągu życia obrastamy w ogromną ilość ograniczeń, lęków i przekonań na własny temat, które blokują nas przed życiem pełnią życia. Dlatego bardzo często moje warsztaty nie polegają na skupianiu się na tym, „co jest z nami nie tak”, ale raczej na zdejmowaniu kolejnych warstw i przeszkód, które oddzielają nas od poczucia, że tacy, jacy jesteśmy, już jesteśmy wystarczający.

Oczywiście czym innym są warsztaty dla nastolatków, czym innym dla kobiet, które doświadczyły traumy, a czym innym warsztaty dla biznesu. Narzędzia dobieram bardzo precyzyjnie do konkretnej grupy i konkretnych potrzeb. Ale finalnie wszyscy jesteśmy po prostu ludźmi. To nie jest tak, że biznesmen jest inną rasą człowieka niż lekarz czy przedszkolanka. W gruncie rzeczy wszyscy mamy bardzo podobne potrzeby, podobne wartości i podobne blokady niezależnie od tego, jaki zawód wykonujemy. I chyba właśnie to jest dla mnie największą wartością tych warsztatów i arteterapii, że pomagają nam znowu poczuć się sobą.

Od czego zazwyczaj zaczynają się takie warsztaty albo sesje?

Jeżeli mówimy o indywidualnej arteterapii, to badania, a ja bardzo lubię opierać się na badaniach, pokazują, że takim optimum jest dwanaście sesji. Spotkania odbywają się raz w tygodniu, więc cały proces trwa mniej więcej trzy miesiące, czasem jest to pół roku. Na początku ustalamy cele i określamy zasady współpracy oraz przebieg sesji. Każda z nich ma podobną strukturę, ale jednocześnie bardzo dostosowuję proces do konkretnej osoby. Z czasem ludzie sami zaczynają odkrywać swoje narzędzia i techniki, bo nie wszystko działa na każdego tak samo, między innymi dlatego, że nasze układy nerwowe są bardzo różne, jak mówiłam wcześniej. Taka sesja składa się z trzech głównych etapów. Pierwszy etap to integracja i wyciszenie. Czasem jest to medytacja, czasem praca z oddechem, czasem inne techniki. Chodzi o stworzenie przestrzeni, w której ktoś może się zatrzymać, uspokoić i osadzić w „tu i teraz”. Bardzo często ludzie przychodzą z całym światem na plecach, więc staram się pomóc im odłożyć na chwilę to, co było, i to, co będzie. Druga część to właściwy proces twórczy, praca z różnymi metodami, najczęściej kilkoma jednocześnie. To jest przestrzeń, która trwa minimum czterdzieści minut. Dlatego moje sesje trwają półtorej godziny, bo pięćdziesiąt minut czy godzina to po prostu za mało na taki proces. Niektórzy przychodzą też na dłuższe procesy terapeutyczne. W tej części pojawiają się bardzo różne narzędzia, takie jak malowanie, rysowanie, lepienie, ruch, pisanie, praca z głosem. Trzecia część to integracja doświadczenia. Czyli rozmowa o tym, co pojawiło się podczas tworzenia i co dana osoba odkryła czy poczuła. Bardzo zależy mi na tym, żeby nikt nie wychodził z warsztatu czy sesji z „otwartym procesem”, bez domknięcia emocjonalnego.

Jeśli chodzi o warsztaty grupowe, to są one bardzo różne. Prowadzę zarówno krótkie, dwugodzinne spotkania, jak i całodniowe czy kilkudniowe procesy. Niedawno prowadziłam na przykład czterodniowe warsztaty w Niemczech dla profesjonalnych muzyków, oparte na pracy z wewnętrzną ciszą, rozwojem intuicji i umiejętności słuchania siebie i innych na głębszym poziomie. To przy improwizacji bardzo ważne. Okazało się, że taki kontakt ze sobą niesamowicie wpływa na sposób tworzenia muzyki i współpracy w grupie. To było przepiękne doświadczenie. Tworzę też programy dla biznesu, które często łączą indywidualne sesje z warsztatami grupowymi, liczącymi kilkanaście osób. Z kolei kiedy pracuję na festiwalach, zdarza się, że mam grupy liczące osiemdziesiąt czy dziewięćdziesiąt osób. Wtedy pracuję zupełnie inaczej, nie wchodzę w bardzo głębokie procesy terapeutyczne, tylko skupiam na budowaniu relacji, rozwoju empatii, afirmacji, poczuciu mocy i sprawczości, i szukaniu tego, co wspólne ponad podziałami.

Wiemy z badań, że wcześniaki trafiające na OIOM dużo szybciej wracają do zdrowia, szybciej przybierają na wadze i wcześniej wychodzą ze szpitala, kiedy słuchają muzyki, a szczególnie wtedy, kiedy śpiewają im rodzice

A zdarza się, że trafiają do ciebie na warsztaty artyści? Paradoksalnie jest to dość obciążona psychicznie grupa.

Tak, trafiają do mnie również artyści. Pomijam już warsztaty z muzykami, o których mówiłam wcześniej, ale tak, zgłaszają się do mnie artyści na sesje indywidualne. Ja sama jestem artystką od ponad dwudziestu lat i bardzo dobrze wiem, czym są blokady twórcze oraz z czego mogą wynikać. Z ogromnym wzruszeniem obserwuję, jak artyści wracają do siebie, do swojej siły, i znowu zaczynają tworzyć. Ja w ogóle bardzo często mówię, że żyjemy w świecie ośmiu miliardów artystów, bo uważam, że każdy z nas nim jest. I czasem słyszę wtedy pytanie: „No dobrze, ale skoro wszyscy jesteśmy artystami, to po co nam sztuka?”. A ja właśnie myślę, że dlatego jest nam tak bardzo potrzebna. Dopiero kiedy sami doświadczamy procesu tworzenia i czujemy, czym on naprawdę jest, zaczynamy dużo głębiej rozumieć artystów i ich pracę. Bo jeśli sami nigdy nie mieliśmy kontaktu z tworzeniem, a przecież w szkołach tych zajęć artystycznych praktycznie nie ma, a później większość ludzi sobie na nie nie pozwala, to trudno jest naprawdę poczuć, czym sztuka jest, i mieć potrzebę otaczania się nią. Pewnie dlatego masowo drukowana fotografia Nowego Jorku w Ikei ma takie wzięcie. A przecież o wiele przyjemniejsze jest znalezienie artysty, który z nami rezonuje, spotkanie się z nim w jego pracowni czy na targu i kupienie obrazu, zdjęcia, rzeźby czy nawet kubka na kawę albo talerza, które są dla nas wspomnieniem, historią, osobistym doświadczeniem. Tu znowu wracamy do mikrodozowania sztuki.

Jestem przekonana, że kiedy sami zaczynamy tworzyć, inaczej patrzymy na to, co tworzą inni. I mam poczucie, że gdyby coraz więcej ludzi doświadczało takich procesów, to zmieniłby się także nasz stosunek do samej sztuki i do artystów oraz ich status materialny.

Co ciekawe zgłaszają się też do mnie bardzo często arteterapeuci, których interesują moje techniki i metody pracy. Raz w roku na jesieni prowadzę dla nich czterospotkaniowe szkolenia. Prowadzę też zajęcia z fotografoterapii na Akademii Umiejętności Społecznych na kierunku „Arteterapia przeciw wykluczeniu”. To bardzo bliskie mi medium.

Czy podejście do arteterapii w krajach zachodnich bardzo różni się od tego, co jest w Polsce?

Zdecydowanie. W wielu krajach arteterapia jest obecnie uznawana za zawód przyszłości. Sztuka jest już w 30 krajach przepisywana na receptę w ramach recept społecznych i uważa się, że każdy szpital, firma, szkoła powinny na stałe zatrudniać takich profesjonalistów. W Polsce to wciąż temat raczkujący. Ludzie zarządzający szpitalami, instytucjami czy naszym krajem kompletnie nie rozumieją, jak ogromne korzyści zdrowotne i finansowe mogliby z tego czerpać. Podam przykład. Od ponad roku próbuję stworzyć program dla weteranów wojennych. Mam narzędzia, wiedzę, badania, które za tym stoją, i od roku jestem przerzucana od instytucji do instytucji, bo nikt nie chce podjąć decyzji nawet o uruchomieniu pilotażowego programu. Podobnie bywa w szpitalach (poza psychiatrycznymi), czy w bibliotekach. Wysyłam konkretne pomysły, linki do grantów, wyniki badań, gdzie takie programy zostały przeprowadzone, i cisza. Jakby nikomu nie chciało się zawracać sobie głowy dodatkowymi działaniami. Tymczasem za granicą takie programy działają świetnie. Na przykład biblioteki prowadzą projekty wspierające samotnych seniorów, łączące pokolenia i budujące lokalne społeczności. Programy istnieją, finansowanie istnieje, badania istnieją.

Gdyby jakakolwiek firma stworzyła lek o takim spektrum działania, o jakim rozmawiamy od godziny, byłoby to uznane za cud medycyny. Kosztowałby fortunę, byłby opatentowany i wszyscy chcieliby go mieć. A my to wszystko już mamy. Mamy to na wyciągnięcie ręki, praktycznie za darmo, bez skutków ubocznych, jako spersonalizowaną metodę wspierającą zdrowie psychiczne, fizyczne, dobrostan, rozwój, budowanie relacji i przywracające poczucie sensu, a do tego działające prewencyjnie. Tylko po prostu z tego nie korzystamy, bo wydaje nam się to niepoważne. Dlatego tak cholernie ważne jest dla mnie zmienianie sposobu, w jaki ludzie postrzegają sztukę.

Dellfina Dellert – artystka wizualna i arteterapeutka, założycielka laboratorium twórczego rozwoju Flow.Lab+ART. Miejsce w sieci: @dellfina.

Powiązane tematy:

i
Treści zawarte w serwisie mają wyłącznie charakter informacyjny i nie stanowią porady lekarskiej. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem.