„Szlachetne zdrowie, ten tylko się dowie, ILE KOSZTUJESZ, aż się zepsujesz”. Tą parafrazą fraszki Jana Kochanowskiego rozpoczynamy cykl tekstów o biedzie medycznej.
Bieda medyczna kojarzy się z seniorami, którzy muszą wybierać: leki albo jedzenie. Tymczasem może dotknąć każdego – gdy zachorujemy nagle lub przewlekle, nie mamy abonamentu prywatnego lub dostępu do świadczeń NFZ. Pojawia się też wtedy, gdy w teorii nas stać, a w praktyce odkładamy leczenie – badania, wizyty, leki czy rehabilitację – bo inne wydatki, np. na dzieci, są pilniejsze.
W raportach GUS i NFZ termin „bieda medyczna” nie funkcjonuje – mówi się o ubóstwie usługowym, w tym ograniczonym dostępie do usług publicznych. W zagranicznej literaturze używa się określenia catastrophic health expenditures („katastrofalnych wydatków zdrowotnych”) – takich, które pochłaniają znaczną część domowego budżetu i zagrażają zaspokojeniu innych podstawowych potrzeb.
Ile kosztuje dziś leczenie zębów, tarczycy, psychiki, otyłości? Czy dbanie o zdrowie stało się luksusem klasy średniej? Temu przyjrzymy się w tym cyklu. Zaczynamy od najczęstszej choroby tarczycy – hashimoto.
Gabi: Płacę za to, że lekarka ma dla mnie czas
– Nie jestem idealna, co innego moje TSH – przez większość życia wynosiło książkowe 1,5 mIU/l. Popsuło się kilka lat temu. Na początku są znaki. U mnie to był znak STOP. Metabolizm zamarł, zaczęłam tyć „od powietrza”, od rana do wieczora byłam zmęczona, chodziłam wolno jak staruszka – wspomina 41-letnia Gabi.
Do internistki zapisała się w ramach prywatnego pakietu współfinansowanego przez pracodawcę. Lekarka zleciła komplet badań, w tym sprawdzenie poziomu TSH – najczulszego wskaźnika pracy tarczycy. Wynik: 59,400 mIU/l [norma dla dorosłych: ok. 0,4–4,5 μIU/ml – przyp. red.]. Gabi dostała pilne skierowanie do endokrynologa. W ramach jej prywatnego abonamentu wolne terminy miał tylko jeden lekarz. – Zawsze czytam opinie w sieci, a przy nim zachwyty mieszały się z ostrzeżeniami. Normalnie szukałabym dalej, ale nie było czasu ani siły – mówi.
Przyjął ją starszy lekarz w zmęczonej życiem materiałowej maseczce. – Wypisał lewotyroksynę w końskiej dawce. Po pół roku TSH spadło do niewykrywalnego poziomu. Pojawiło się kołatanie serca, drżenie rąk, uderzenia gorąca, zlewne poty. Byłam pewna, że to menopauza. Zerknął na wyniki i warknął: „Brawo, dorobiła się pani Gravesa-Basedowa. Nie ma wątpliwości” – relacjonuje kobieta.
Gabi znała tę chorobę z opowieści. – Wole na szyi, wytrzeszcz oczu. Pomyślałam: jestem chora i to mnie oszpeci. Nie rozumiałam też, jak to możliwe – przed chwilą niedoczynność, teraz nadczynność. Wyszłam z gabinetu przerażona, z jednym zdaniem w głowie: „Brawo, dorobiła się pani…”. Po kilku dniach przyszło otrzeźwienie. – „Ale jak to się dorobiłam? Przecież to nie ja prowadzę leczenie”. Postanowiłam, że tam nie wrócę.
Znalazła lekarkę polecaną przez pacjentki. – Pierwsza wizyta: 300 zł. Badania przed kolejną, w tym USG u starannie wybranej radiolożki – ponad 500 zł. W kilka miesięcy wyrównała mi TSH i wykluczyła Gravesa-Basedowa. Wyjaśniła, że przy dużych dawkach leków można wpaść z niedoczynności w nadczynność.
Na trzecią wizytę Gabi przyszła po roku. – Na terminalu: 420 zł. Pomyślałam, że już mnie nie stać. Ale nadal się u niej leczę – bo mnie pamięta i ma dla mnie czas. Płacę za ten czas i luksus prawdziwej opieki – kończy kobieta.
Motyl, który może wywołać tsunami
Tarczyca to niewielki gruczoł z przodu szyi, kształtem przypominający motyla. Waży tylko 20–30 gramów, ale steruje pracą całego organizmu – od metabolizmu, przez serce i mózg, po płodność. Produkuje tyroksynę (T4), trijodotyroninę (T3) i kalcytoninę.
Szacuje się, że problemy z tarczycą może mieć nawet 15 proc. dorosłych. – Najczęstsza jest niedoczynność, a jej najczęstszą przyczyną – choroba Hashimoto – wyjaśnia endokrynolożka dr Luiza Napiórkowska, która prowadzi popularny profil zdrowotno-edukacyjny na Instagramie @okiem_doktor_luizy i bloga.

dr Luiza Napiórkowska / fot. archiwum prywatne
Chorobę opisał w 1912 roku japoński lekarz Hakaru Hashimoto. W badanych tkankach tarczycy zauważył zmiany zapalne i nacieki limfocytarne – coś, czego wcześniej nie opisywano. Zasugerował, że choroba może mieć związek z układem odpornościowym, choć w jego czasach uważano, że organizm nie atakuje sam siebie. Na uznanie zapalenia tarczycy Hashimoto za pierwszą w historii medycyny chorobę autoimmunologiczną trzeba było poczekać cztery dekady.
Źle działająca tarczyca potrafi wywołać w ciele tsunami objawów. Jak mówi doktor Napiórkowska, to „cały worek internistycznych problemów”. Bywają niespecyficzne i łatwo je zrzucić na zmęczenie czy stres. Chorują głównie kobiety – stanowią nawet 85 proc. pacjentów. Najczęściej zgłaszają: przewlekłe zmęczenie, przyrost masy ciała, problemy z koncentracją czy tzw. mgłę mózgową. – Mamy dwie sytuacje: jawną niedoczynność i subkliniczną. W pierwszej TSH jest podwyższone, a FT4 obniżone. To 1–3 proc. przypadków. Znacznie częściej widzimy podwyższone TSH przy prawidłowych obwodowych hormonach – i to już 4–8,5 proc. dorosłych – tłumaczy lekarka.
Rolki
To była rzecz, którą mają wszystkie koleżanki. Jak słyszałem o facetach, to głównie o tych przed czterdziestką, którym nie wychodzi staranie się o dziecko. Najpierw bada się kobietę od stóp do głów, a potem ktoś wpada na pomysł: „a może jego też zbadajmy?”
mimo wyrównanego TSH, nadal ma objawy. W przypadku hashimoto zawsze, ale tutaj szczególnie, trzeba pracować nad rytmem snu i czuwania, stresem, stylem życia. – Leczenie tarczycy przypomina budowę domu, który powstaje z połączenia materiałów i ekipy. Materiały to sen, dieta i ruch. Ekipa to leki. Jeśli mamy tylko ekipę, a materiały są kiepskie, dom będzie się sypał – podsumowuje lekarka.
Hashimoto, czyli biznes
Hashimoto to choroba przewlekła i nieuleczalna. W jej przebiegu następują okresy wznowy i remisji. Leczenie polega na przyjmowaniu syntetycznych hormonów tarczycy, najczęściej lewotyroksyny. Sama tabletka jest refundowana i tania, za opakowanie 50-100 sztuk płaci się kilka-kilkanaście złotych. Kosztem jest co innego: czas oczekiwania na endokrynologa na NFZ albo konsultacje i badania, które trzeba wykonywać prywatnie minimum dwa razy w roku, a najlepiej raz na kwartał.
Według danych z lutego 2026 roku, średni czas oczekiwania na wizytę z NFZ u endokrynologa w skali całej Polski wynosi 295 dni. Jeszcze większe wrażenie robią różnice regionalne. W woj. podlaskim czeka się „tylko” 79 dni, a w opolskim, gdzie kolejki są najdłuższe – aż 667 dni! Wynika to z nierównomiernego rozmieszczenia placówek świadczących usługi w ramach kontraktu z NFZ. Podczas gdy w woj. mazowieckim funkcjonuje 116 poradni, w lubuskim jest ich zaledwie 16.
Kto nie chce lub nie może czekać na okienko w systemie, diagnozuje się i leczy na własny koszt. Na wizytę u endokrynologa w dużym mieście trzeba dziś wydać 300–500 złotych. Do tego dochodzą badania: laboratoryjne oraz USG tarczycy, co łącznie z konsultacją daje jednorazowo nawet 800–1200 zł (przy rozszerzonych panelach tarczycowych).
Słaba przepustowość publicznego systemu ochrony zdrowia, „moda na tarczycę” (nadal duża, jak potwierdza mi dr Napiórkowska) oraz częstość rozpoznania wśród kobiet szukających wiedzy i wsparcia – to świetne warunki dla biznesu, w którym grupa konsumencka będzie obszerna i lojalna. W Polsce biznes wokół hashimoto kwitnie: od rozbudowanych pakietów diagnostycznych po specjalne aplikacje i diety pudełkowe. Nie brak płatnych kursów i webinarów oraz zamkniętych grup z „opieką” eksperta.
Wyraźną gałąź tego biznesu tworzą influencerzy i celebryci, którzy budują własne linie produktów wokół narracji: „wygrałam z hashimoto”. Głośny przykład to linia suplementów promowana przez Dodę – artystka publicznie twierdziła, że „wyleczyła się” z hashimoto wyłącznie dietą i suplementami, podważając sens klasycznej farmakoterapii lewotyroksyną. Sprawa trafiła do prokuratury po zawiadomieniu GIF, który ocenił działania jako „wyjątkowo szkodliwe społecznie”.
Julia Jeschke-Jabłońska: „Nie stać mnie” równa się wstyd
Julia Jeschke-Jabłońska, psycholożka i psychoterapeutka, sama choruje na hashimoto od kilkunastu lat. Jeszcze nie znalazła lekarza, którego mogłaby z czystym sumieniem polecić. Usłyszała już m.in.: „moje pacjentki tak nie wyglądają”, gdy po ciąży zostało jej kilka nadmiarowych kilogramów.
W jej gabinecie temat chorób przewlekłych pojawia się często. – Zdarza się, że ktoś przychodzi z lękami, zaburzeniami koncentracji, „nie poznaje siebie”. Czuje, że ma depresję, prosi o diagnozę ADHD, testy neuropsychologiczne. Robimy… i nic. Proponuję wtedy wykonać badania z krwi i często wychodzi: hashimoto, insulinooporność, tężyczka. Można się długo leczyć na zaburzenia lękowe i nie wiedzieć, że część objawów da się uregulować lekami od endokrynologa – podpowiada.

Julia Jeschke-Jabłońska / fot. archiwum prywatne
Nieraz dochodzi jednak do tego, że zaczyna brakować środków lub czasu na wykonywanie wszystkich zaleceń lekarzy. – Psychoterapia. Osteopata. Fizjoterapia na napięcia. Mata z kolcami. Zdrowa, nieprzetworzona żywność. Kosmetyki i zabiegi, bo włosy wypadają, skóra sucha, nadwaga. Mityczny work life balance, żeby mieć kiedy spać osiem godzin i się „nie stresować”. Do tego presja, że wszyscy na Instagramie już ten balans znaleźli, tylko nie ty. Jak złożysz to w jedno, wychodzi ogromny koszt. Ale rzadko która pacjentka przychodzi z myślą: „nie stać mnie na hashimoto”. To wychodzi dopiero na którejś sesji – zdradza psychoterapeutka.
Zdaniem Julii Jeschke-Jabłońskiej część zaleceń lekarzy jest nie do pogodzenia z codziennością: pracą, dziećmi, relacjami. Jeżeli pacjentka słyszy głównie „musisz”: spać 8 godzin, nic słodkiego, żadnego jedzenia po 18, zero ekranów, codziennie ruch, to wchodzi w tryb życia pod dyktando choroby. Dlatego swoim klientkom proponuje zasadę 75 do 25. – Przez 75 proc. czasu starasz się naprawdę dbać o siebie, a 25 proc. zostawiasz na margines błędu. Inaczej wytwarzasz kolejny stres: „Nie mogę zjeść ciasta, nie mogę zostać na spotkaniu, przecież zaraz muszę iść spać”. I układ nerwowy jest cały czas w pogotowiu – mówi.
Widzi, jaką złość i poczucie niesprawiedliwości może wywołać choroba przewlekła. – Doświadczeniem wielu z nas jest też bagatelizowanie hashimoto. Ja usłyszałam od lekarza świetnego w USG: „Pani to powinna z główką popracować. Pani jest za wrażliwa, wy młodzi tacy słabi. Może psycholog?”. Nie ulega wątpliwości, że stres wpływa na organizm. Problem stanowi ton wypowiedzi, który często przybiera formę, którą pacjentka odbiera jako oceniającą. To jest ten stary ton wobec „kobiecych nerwic”. Tarczyca jest dla części mężczyzn – partnerów, ojców, braci, lekarzy – ale też części kobiet (sic!) kolejnym wymysłem. Tyjesz? „Weź się za siebie”. Jesteś zmęczona? „A od czego ty jesteś zmęczona?” – ironizuje.
Powiedzenie: „nie stać mnie na leczenie” jest według niej obarczone dużym wstydem. – W Polsce największym priorytetem są zazwyczaj dzieci – wakacje, zajęcia dodatkowe, żeby w grupie nie odstawały. W hashimoto nic nie boli, krew się nie leje, objawy są miękkie. Trudno to postawić wyżej niż dziecko – kończy psycholożka.
Tarczyca jest dla części mężczyzn – partnerów, ojców, braci, lekarzy – ale też części kobiet (sic!) kolejnym wymysłem. Tyjesz? „Weź się za siebie”. Jesteś zmęczona? „A od czego ty jesteś zmęczona?”
Piotr: Jak zostałem biednym kuzynem na NFZ
32-letni Piotr ma za sobą i leczenie prywatne, i na NFZ. Dobrego endokrynologa znalazł dopiero w systemie publicznym.
Diagnoza choroby Hashimoto była przypadkiem. – Miałem irytujące krostki na plecach. Poszedłem do dermatolożki prywatnie, chociaż miałem wtedy abonament [do prywatnej placówki zdrowia – red.], ale w tych abonamentach wcale nie jest łatwo dostać się do dobrego specjalisty – zauważa. Lekarka obejrzała skórę i… zapytała o tarczycę. Nigdy nie badał. Zleciła TSH i badanie w kierunku kiły. Kiły nie miał, ale TSH wyszło podwyższone.
Tarczyca kojarzyła mu się z czymś kobiecym. – To była rzecz, którą mają wszystkie koleżanki. Jak słyszałem o facetach, to głównie o tych przed czterdziestką, którym nie wychodzi staranie się o dziecko. Najpierw bada się kobietę od stóp do głów, a potem ktoś wpada na pomysł: „a może jego też zbadajmy?” – śmieje się.
Początkowo leczył się w ramach abonamentu. Podczas żadnej z wizyt nie widział na żywo lekarza. – Mnóstwo osób czeka, więc masz konsultację na czacie albo przez telefon. A potem zrezygnowałem z pracy w korporacji i straciłem prywatny pakiet. Nie wiedziałem, czy w ogóle jestem ubezpieczony, jak skorzystać z przychodni NFZ, nic nie wiedziałem – przyznaje.
Koleżanka wyjaśniła mu, jak zapisać się do lokalnej przychodni zdrowia. – Internistka ciągle coś klikała na komputerze, była roztrzepana, ledwo na mnie spojrzała. Powiedziałem, że mam zdiagnozowane hashimoto, nie jem mięsa. Dostałem skierowanie do endokrynologa i na cały pakiet badań: morfologię, biochemię, B12, potas, sód. Niczego nie kwestionowała.
Uprzedziła, że miesiąc wcześniej zmarła jedna z dwóch endokrynolożek z przychodni i terminy są najwcześniej za pół roku. Wtedy Piotr wszedł na tajemną stronę: „Terminy NFZ”. – Ludzie przekazują ją sobie jak hasło do sezamu. Zacząłem przeglądać, a tam wizyty nawet na jutro! Ale gdy dzwoniłem pod podane adresy, często okazywało się, że terminy są nieaktualne – opowiada.
Aż trafił na coś zaskakującego. – Wyświetliła mi się prywatna przychodnia, która miała podpisaną umowę z NFZ. Była na drugim końcu miasta, ale jak tam zadzwoniłem, terminy były za dwa dni albo za trzy tygodnie – relacjonuje Piotr.
To tam pierwszy raz poczuł się potraktowany serio. – Wszedłem do gabinetu, a lekarz wstał zza biurka i podał mi rękę. Prawie zemdlałem z szoku, że jest od początku zainteresowany moją osobą. Przeczytał wyniki, osłuchał mnie, wypytał o historię chorób w rodzinie, co robię, czy uprawiam sport, czy palę. Przyznałem, że tak. Spojrzał na mnie i spytał: „A jak będzie pan miał 35 lat, to myśli pan, że też będzie palił?”. Powiedziałem, że nie. Zapisał w karcie: „planuje rzucić”. Zmotywował mnie tym jednym zdaniem! – Piotr jest pod wrażeniem.
Po trzech miesiącach TSH znowu poszło w górę. Piotr: – Dopiero wtedy lekarz wdrożył leki. Wytłumaczył, co robi tarczyca, co przysadka. Wyjaśnił, że to choroba przewlekła, nieuleczalna, a ludzie się denerwują taką diagnozą, szukają rozwiązań, ale żeby ufać medycynie opartej na dowodach. Martwił się też, czy uda mi się znaleźć termin dokładnie za trzy miesiące, więc wypisał receptę awansem. Dla mnie to było wręcz niezręczne. Nigdy nie spotkałem lekarza, który tak się stara, jeśli nie płacisz mu 500 zł za wizytę. Jak już go spotkałem, to go nie opuszczę! – zapewnia gorąco.
Początkowo, korzystając z prywatnej przychodni w ramach NFZ, czuł się jak intruz, biedny kuzyn. Bał się, że potraktują go gorzej, bo „nie płaci”.– Potem zrozumiałem, że przychodnia zarabia na mnie tak czy tak, a ja po prostu nie przepłaciłem.
Dziś powtarza innym: – Nie musisz wydawać kasy, możesz to zrobić na NFZ i mieć nawet lepszy efekt niż prywatnie. Tylko że to było dla mnie dostępne, bo sprawnie posługuję się Google’em i nie przeszkadzało mi, że muszę daleko pojechać. Trzeba maksymalizować system i korzystać z niego, jak się da. Jednocześnie to absurd, że trzeba się tak nagimnastykować, żeby skorzystać z prostej konsultacji. Że w jednym miejscu masz endokrynologa za trzy dni, a w przychodni pod domem za dwa lata.
Natalia: „Wypierzy się pani”
Natalia ma 38 lat, z rozpoznaniem choroby przewlekłej żyje od dwóch dekad. Leczyła się w Polsce, potem w Londynie, a dziś w Niderlandach. Jej historia pokazuje, jak różnie może wyglądać system opieki nad pacjentką z niedoczynnością tarczycy.
Diagnoza zaczęła się od omdlenia. – Na wizytę poszłam z mamą. Neurolożka zwróciła się do niej: „A pani wie, czemu córka jest taka otyła?”. Sposób podania był okropny, ale to doprowadził na właściwą ścieżkę – wspomina.
Zrobiła badania, TSH było wysokie. – Prywatny endokrynolog spartolił sprawę. Powiedział, że jestem jeszcze młoda. „Wypierzysz się”. Jak ptaszek. Nie trzeba podawać żadnych leków – opowiada.
Na studiach, gdy objawy – odczuwanie zimna, obniżenie nastroju, sucha skóra – stały się zbyt uciążliwe, poszła do innego specjalisty. – Oburzył się, że wcześniejszy doktor nie wdrożył leczenia. „Co to za podejście? Z czego niby miała się pani wypierzyć?”. Na miejscu zrobił USG i biopsję. Znalazł guzki na tarczycy. Bardzo się przejęłam. Byłam młodą dziewczyną, przed chwilą wbito mi igłę w szyję, guzy brzmiały strasznie. Od razu dostałam lewotyroksynę. Zaczęłam ją brać, byłam długo pod jego okiem. Dzięki lekom guzki się zmniejszyły – opowiada Natalia z ulgą.
Dalej w historii Natalii Polska miesza się z Wielką Brytanią i Niderlandami. – W obu krajach problemami z tarczycą zajmuje się lekarz pierwszego kontaktu. Endokrynolog jest od naprawdę zaawansowanych przypadków – wyjaśnia.
Leki niezbędne do życia, do których zalicza się również lewotyroksyna, Natalia otrzymuje za darmo. W aptece ma powtarzalną receptę – gdy kończy się opakowanie, idzie po kolejne, bez konieczności odwiedzania lekarza, wystarczy poprosić o powtórzenie recepty w systemie online przychodni. To, co w Polsce wymagałoby kilku wizyt, w Niderlandach jest ustawione systemowo. – To duże odciążenie i dla ochrony zdrowia, i dla pacjentki. Nie masz wizyt ani badań co chwilę. Raz do roku dostaję wezwanie, żeby zbadać poziom hormonów tarczycy. Jak wszystko jest w normie, kontynuuję tę samą dawkę – mówi Natalia.
Koszt leków, badań i wizyt jest pokrywany z ubezpieczenia. Holenderska ochrona zdrowia działa tak: – Musisz mieć wykupione ubezpieczenie zdrowotne, płacisz miesięczny abonament. Jeżeli jesteś poniżej pewnego progu zarobków – ok. 40 tys. euro rocznie – dostajesz na to zapomogę od państwa, tzw. Zorgtoeslag. Sama wybierasz ubezpieczyciela i pakiet. Prywatnych gabinetów prawie nie ma, nikt by do nich nie chodził. Niby dlaczego, skoro już płaci się za ubezpieczenie? – wyjaśnia.
Po latach życia między systemami Natalia sama łapie się na ambiwalencji. – Z jednej strony chciałabym robić regularne USG, a tu niełatwo dostać na nie skierowanie. Z drugiej myślę: czy to jest w ogóle potrzebne? Czy nie można zaufać bazowemu poziomowi opieki? W Polsce mówi się o naddiagnozowaniu. Świetnie, bo wykrywalność jest wczesna. Ale nie wiem, czy to nie powoduje większego napięcia i większych kosztów dla kobiet – zastanawia się.
W Niderlandach nikt też nie bombarduje jej komunikatem „napraw swoją tarczycę”. – I to jest komfort. Gdyby mnie to otaczało, miałabym poczucie, że robię za mało. Obietnica, że wyzdrowiejesz, karmi przekaz, że możesz odwrócić nieodwracalne. Ja jestem pogodzona z tym, że będę brała leki do końca życia – mówi Natalia.
Pośrednim kosztem choroby jest dla niej czytanie komentarzy w sieci, że „teraz wszystkie grube baby mają problem z tarczycą, a powinny po prostu mniej żreć”. – Jestem wdzięczna za lekarzy, u których to nie jest temat. Tylko raz moja lekarka powiedziała: „Mogłabym dać pani większą dawkę, może by pani wtedy straciła na wadze, jeśli by pani chciała. Ale może się rozwinąć nadczynność, a tego nie chcemy. Więc nie daję. Żyje pani, ma się dobrze i z tego się cieszymy” – wspomina.
***
Nie każda osoba z hashimoto musi chodzić do endokrynologa do końca życia.
– Jeśli pacjent ma dobrze dobraną dawkę, prawidłowe stężenie TSH, stabilne USG gruczołu tarczowego i wie, co robić, może prowadzić go lekarz pierwszego kontaktu. Średnio co 3-6 miesięcy zaleca się oznaczenie TSH oraz zawsze w przypadku złego samopoczucia, najczęściej raz na rok–dwa, USG gruczołu tarczowego. Do mnie wraca, jeśli coś się zmienia – mówi dr Luiza Napiórkowska.