Magdalena Tereszczuk-Brach, Hello Zdrowie: Coraz częściej słyszymy o rosnącej liczbie zakażeń chorobami przenoszonymi drogą płciową. Czy rzeczywiście mamy dziś do czynienia z wyraźnym wzrostem zachorowań i jeśli tak, to z czego to wynika?
Dr Edyta Lelonek: Liczba zgłaszanych w Polsce przypadków zakażeń przenoszonych drogą płciową wzrosła od 2020 roku o ponad 300 proc., więc te dane rzeczywiście mogą niepokoić. Trzeba jednak bardzo ostrożnie je interpretować. Jeśli rozłożymy je na czynniki pierwsze, okaże się, że stoi za nimi kilka różnych zjawisk. Nie jest to więc kwestia zero-jedynkowa i nie można powiedzieć, że wzrost liczby zakażeń wynika wyłącznie z większej liczby ryzykownych zachowań seksualnych, jak to zapewne łatwo można podsumować.
Z moich obserwacji wynika, że w gabinecie nie tyle pojawia się więcej osób zakażonych, ile więcej osób świadomych, które zdecydowanie częściej się badają. Ludzie więcej podróżują i są bardziej aktywni, ale jednocześnie coraz częściej pamiętają o profilaktyce i wykonywaniu badań. A im więcej osób się bada, tym większa jest także wykrywalność zakażeń.
Z jakimi chorobami spotyka się pani najczęściej?
Nie wszystkie przypadki trafiają bezpośrednio do nas, wenerologów, bo w Polsce pacjenci z chorobami przenoszonymi drogą płciową są diagnozowani przez różnych specjalistów. Kiedyś funkcjonowały bezpłatne poradnie wenerologiczne, których dzisiaj już nie ma i pacjenci czasem po prostu nie wiedzą, do kogo powinni się zgłosić. W zależności od objawów trafiają więc do ginekologa, urologa albo lekarza rodzinnego, na przykład z dolegliwościami ze strony cewki moczowej, które początkowo mogą być traktowane jak zwykła infekcja układu moczowego. Część pacjentów zgłasza się również do dermatologa-wenerologa. Warto przypomnieć, że dermatolodzy w Polsce są jednocześnie specjalistami wenerologii.
To, co obserwuję obecnie w prywatnym gabinecie, różni się też od tego, z czym spotykałam się wcześniej w szpitalu. Do szpitala trafiają zazwyczaj bardziej specyficzne i poważniejsze przypadki, między innymi pacjenci z kiłą czy z objawami AIDS będącymi następstwem zakażenia HIV. W praktyce prywatnej znacznie częściej diagnozuje się natomiast rzeżączkę, chlamydiozę czy czasami rzęsistkowicę, choć tę ostatnią często rozpoznają ginekolodzy.
Według WHO każdego dnia na świecie dochodzi do ponad miliona nowych zakażeń czterema uleczalnymi zakażeniami przenoszonymi drogą płciową – chlamydiozą, rzeżączką, kiłą i rzęsistkowicą, więc skala problemu jest ogromna. W Polsce liczby są oczywiście znacznie niższe, ale również obserwujemy wyraźny wzrost. W przypadku kiły liczba rozpoznanych przypadków wzrosła w ciągu ostatnich lat mniej więcej trzykrotnie. Podobny trend widzimy w przypadku rzeżączki czy chlamydiozy. Trzeba jednak pamiętać, że część zakażeń pozostaje niewykryta. Dobrym przykładem jest chlamydioza, która w Polsce jest prawdopodobnie mocno niedodiagnozowana w porównaniu z innymi krajami europejskimi. Możemy więc zakładać, że rzeczywista liczba zakażeń jest jeszcze większa, niż pokazują oficjalne statystyki.
Czy to wszystkie najczęściej spotykane choroby?
Nie. Warto dodać, że chorób przenoszonych drogą płciową jest znacznie więcej niż te cztery, o których najczęściej mówimy, czyli kiła, rzeżączka, chlamydioza i HIV. Do tej grupy zaliczamy także między innymi wirusowe zapalenie wątroby typu B i C, HPV, opryszczkę narządów płciowych, mięczaka zakaźnego, a także świerzb czy wszawicę łonową. W przypadku WZW A droga zakażenia jest przede wszystkim fekalno-oralna, ale wzrost liczby przypadków obserwuje się również w związku z określonymi zachowaniami seksualnymi.
Osobnym, coraz częściej rozpoznawanym patogenem jest Mycoplasma genitalium – bakteria wywołująca zapalenie cewki moczowej, o której jeszcze kilkanaście lat temu prawie się nie mówiło, a która dziś sprawia realny problem terapeutyczny ze względu na oporność na makrolidy [grupa antybiotyków – przyp. red.]. To pokazuje, że spektrum zakażeń jest szerokie i, co ważne, nie przed wszystkimi chroni prezerwatywa. W przypadku części infekcji do zakażenia może dojść również poprzez kontakt skóry ze skórą albo kontakt z zakażonymi wydzielinami.
Jednym z największych problemów jest jednak to, że wiele chorób przenoszonych drogą płciową może przez długi czas przebiegać bezobjawowo. I właśnie dlatego diagnostyka bywa opóźniona. Pacjent może czuć się zdrowy, a jednocześnie być zakażony i przenosić infekcję dalej. Po ekspozycji, która mogła wiązać się z ryzykiem zakażenia, warto odpowiednio zaplanować diagnostykę, uwzględniając rodzaj kontaktu, badane patogeny oraz ich okna diagnostyczne. Część badań może wymagać powtórzenia po określonym czasie. Regularne badania są zalecane w określonych grupach i zależą między innymi od wieku, liczby i rodzaju kontaktów seksualnych, liczby partnerów, stosowanych metod profilaktyki oraz wcześniejszych STI [z ang. sexually transmitted infection – zakażenia przenoszone drogą płciową – przyp. red.].
Każdy dorosły powinien też przynajmniej raz w życiu wykonać test w kierunku HIV, a przy określonych ekspozycjach lub czynnikach ryzyka – regularnie. Warto wiedzieć, że od maja 2025 roku test w kierunku HIV jest świadczeniem gwarantowanym w podstawowej opiece zdrowotnej. Nie trzeba już szukać wyspecjalizowanego punktu – wystarczy poprosić lekarza rodzinnego. Regularne testowanie powinno być po prostu elementem podstawowej profilaktyki zdrowotnej.
Jakie są najczęstsze objawy chorób, które mogą zauważyć u siebie pacjenci?
Mogą one być bardzo różne. W przypadku kiły jednym z pierwszych sygnałów może być niebolesne owrzodzenie w miejscu, przez które doszło do zakażenia, czyli na narządach płciowych, w okolicy odbytu czy w jamie ustnej. Każda nietypowa zmiana pojawiająca się w miejscu kontaktu seksualnego powinna więc zapalić czerwoną lampkę. W kolejnych stadiach kiła może dawać bardzo niespecyficzne objawy, dlatego bywa nazywana „wielkim imitatorem”. Może przypominać wiele innych chorób. Jednym z bardziej charakterystycznych objawów jest wysypka obejmująca między innymi dłonie i stopy.
Rzeżączka i chlamydioza również bardzo często przebiegają bezobjawowo. Jeżeli objawy się pojawiają, mogą obejmować wyciek z cewki moczowej, ropne upławy, ból w podbrzuszu, ból jąder czy najądrzy. Problem polega na tym, że jedna osoba może nie mieć żadnych objawów, zakażać partnera lub partnerkę, a później dochodzi do ponownego zakażenia. W ten sposób tworzy się błędne koło.
Dobra wiadomość jest taka, że kiłę, rzeżączkę czy chlamydiozę można skutecznie leczyć. Problem zaczyna się wtedy, gdy zakażenie pozostaje nierozpoznane przez dłuższy czas. Nieleczona kiła może prowadzić między innymi do poważnych zmian neurologicznych czy sercowo-naczyniowych. Może również zostać przeniesiona przez łożysko i doprowadzić do kiły wrodzonej, która może mieć bardzo poważne konsekwencje dla płodu. Rzeżączka i chlamydioza także mogą prowadzić do trwałych powikłań. Nieleczone zakażenia zwiększają między innymi ryzyko zapalenia narządów miednicy mniejszej, a w konsekwencji także niepłodności. HIV natomiast początkowo może dawać objawy przypominające infekcję grypową, ale równie dobrze może przez wiele lat nie powodować żadnych dolegliwości. Człowiek może więc przez długi czas nie wiedzieć o zakażeniu. Nieleczone HIV może z czasem doprowadzić do AIDS, czyli zespołu nabytego niedoboru odporności, który wiąże się z ciężkimi infekcjami oportunistycznymi i zwiększonym ryzykiem niektórych nowotworów. Dlatego w przypadku chorób przenoszonych drogą płciową kluczowe jest nie czekanie na objawy, ale regularne wykonywanie badań. Brak objawów nie oznacza bowiem braku zakażenia.
Rolki
To pewien paradoks naszych czasów. Z jednej strony mamy ogromną otwartość na ciało i seksualność, większą swobodę, podróże, aplikacje randkowe i łatwość nawiązywania relacji. Z drugiej, kiedy pojawia się zakażenie, bardzo szybko wracają wstyd, lęk przed oceną i poczucie, że jest się „brudnym” czy „nieczystym”. Takie określenia naprawdę padają z ust pacjentów
Jak wygląda leczenie chorób wenerycznych? Czy jest to bardzo skomplikowany proces?
Leczenie zależy oczywiście od konkretnej choroby. W przypadku kiły, rzeżączki czy chlamydiozy stosujemy antybiotyki i same schematy leczenia zazwyczaj nie są szczególnie skomplikowane. W zależności od choroby i jej stadium może to być jednorazowa dawka antybiotyku albo kilkudniowa czy kilkutygodniowa terapia. Coraz większym problemem staje się jednak antybiotykooporność, szczególnie w przypadku rzeżączki. To znaczy, że pole manewru systematycznie się nam zawęża. Właśnie to, z punktu widzenia zdrowia publicznego, jest jednym z najbardziej niepokojących zjawisk.
Dlatego bardzo ważne jest, żeby nie leczyć takich infekcji „w ciemno”, bez wcześniejszej diagnostyki. Najpierw powinniśmy ustalić, z jakim patogenem mamy do czynienia, a dopiero później dobrać odpowiednie leczenie. Dzisiaj dysponujemy bardzo dobrymi testami. Najczęściej pobiera się wymaz z cewki moczowej, szyjki macicy albo bada pierwszą porcję moczu. W zależności od rodzaju kontaktów seksualnych trzeba jednak pamiętać również o wymazach z gardła czy odbytu. Jeżeli wykonamy tylko jeden test, możemy przeoczyć zakażenie znajdujące się w innym miejscu. Kluczowy jest więc dokładny wywiad z pacjentem. Dopiero wiedząc, jakie były kontakty i gdzie mogło dojść do zakażenia, możemy odpowiednio zaplanować diagnostykę. Dzięki temu leczenie jest bardziej celowane i ograniczamy także niepotrzebne stosowanie antybiotyków, które dodatkowo napędza problem antybiotykooporności.
Bardzo ważne jest również leczenie partnerów seksualnych. Jeżeli leczymy tylko jedną osobę, a jej partner czy partnerka pozostają zakażeni, bardzo łatwo dochodzi do ponownego zakażenia i tworzy się błędne koło. W praktyce właśnie tutaj często pojawia się problem, bo nie zawsze udaje się dotrzeć do wszystkich osób, które powinny zostać przebadane. Jeżeli jest to możliwe, przed rozpoczęciem antybiotykoterapii warto pobrać odpowiedni materiał do diagnostyki. Nie oznacza to jednak, że w każdym przypadku musimy czekać z leczeniem na wynik – przy charakterystycznych objawach lub wysokim prawdopodobieństwie zakażenia leczenie empiryczne może być uzasadnione.
Osobną kwestią jest HIV. Tutaj sytuacja w ostatnich latach bardzo się zmieniła, ponieważ dysponujemy skutecznym leczeniem antyretrowirusowym. Osoby żyjące z HIV mogą dziś funkcjonować przez wiele lat w bardzo dobrym stanie zdrowia. Co więcej, jeżeli dzięki leczeniu wiremia jest trwale niewykrywalna, osoba żyjąca z HIV nie przenosi wirusa drogą płciową. To jest zasada określana jako U=U, czyli „niewykrywalny = niezakażający”.
Czytałam o tym, że paradoksalnie ogromny postęp w leczeniu HIV może jednak czasami zmniejszać lęk przed ryzykownymi kontaktami seksualnymi.
To prawda. Samo to, że ryzyko HIV można bardzo skutecznie ograniczyć, nie chroni przecież przed rzeżączką, chlamydiozą, kiłą czy innymi zakażeniami. Dysponujemy dziś również profilaktyką HIV. Jedną z metod jest PrEP, czyli profilaktyka przedekspozycyjna przeznaczona dla osób, u których występuje podwyższone ryzyko zakażenia. Polega ona na przyjmowaniu leków antyretrowirusowych, które istotnie zmniejszają ryzyko zakażenia HIV. Mamy także PEP, czyli profilaktykę poekspozycyjną. Stosuje się ją już po sytuacji, w której mogło dojść do zakażenia, na przykład po ryzykownym kontakcie seksualnym czy ekspozycji zawodowej na krew. Leczenie należy rozpocząć jak najszybciej, najlepiej w pierwszych godzinach po ekspozycji, nie później niż w ciągu 72 godzin, a następnie przyjmuje się leki antyretrowirusowe przez określony czas.
Jest jeszcze jedna metoda, o której w Polsce mówi się mało: doxy-PEP, czyli profilaktyka poekspozycyjna z użyciem doksycykliny. Chodzi o jednorazową dawkę przyjętą do siedemdziesięciu dwóch godzin po kontakcie, która istotnie zmniejsza ryzyko kiły i chlamydiozy. Od 2023 roku jest obecna w rekomendacjach europejskich, a od 2024 – w polskich, kierowana przede wszystkim do osób z grup najwyższego ryzyka, które przebyły już bakteryjne zakażenie w ciągu ostatniego roku. To narzędzie skuteczne, ale nie bez kosztów: mamy uzasadnione obawy o narastanie oporności, bo już dziś ponad 60 proc. izolatów rzeżączki w Europie jest opornych na tetracykliny. Dlatego to nie jest metoda dla wszystkich – to decyzja podejmowana indywidualnie.
W Polsce działają również punkty konsultacyjno-diagnostyczne, w których można anonimowo i bezpłatnie wykonać test w kierunku HIV, a w wielu z nich uzyskać także informacje dotyczące innych zakażeń przenoszonych drogą płciową oraz dalszej diagnostyki i leczenia. Najważniejsze jest więc to, żeby nie bać się diagnozy, tylko badać się odpowiednio wcześnie. Większość tych zakażeń możemy dziś skutecznie leczyć albo bardzo dobrze kontrolować. Największym problemem pozostają te przypadki, o których pacjent po prostu nie wie.
Zastanawiam się, co jest powodem wzrostu statystyk zachorowalności na choroby weneryczne. Czy faktycznie jesteśmy mniej odpowiedzialni niż wcześniej? Nie wiem, czy nie jest to jednak zbyt prosty wniosek.
Staram się oddzielać moje własne obserwacje od statystyk, bo oczywiście grupa pacjentów, których widzę w gabinecie, jest dużo mniejsza. Pewne trendy są jednak zauważalne i w dużej mierze pokrywają się z tym, co pokazują dane z Polski i innych krajów europejskich. Jednym z czynników, o których się wspomina, jest swego rodzaju „odbicie” po pandemii. W jej trakcie ograniczone były nie tylko kontakty międzyludzkie, ale również dostęp do diagnostyki. Po pandemii ludzie ponownie zaczęli częściej podróżować, poznawać nowe osoby i rozszerzać swoje sieci kontaktów, a jednocześnie wzrosła liczba wykonywanych badań i wykrywanych zakażeń. Rzeczywiście obserwujemy także łatwość nawiązywania nowych kontaktów dzięki aplikacjom randkowym. Nie ma jednak podstaw, żeby powiedzieć, że to aplikacje są przyczyną wzrostu liczby zakażeń. To przede wszystkim narzędzie, które ułatwia poznawanie większej liczby osób. To, czy ktoś podejmuje ryzykowne zachowania seksualne, zależy już od jego decyzji. Możemy więc raczej mówić o korelacji niż o prostym związku przyczynowo-skutkowym.
Drugim problemem pozostaje edukacja seksualna i zdrowotna. Dostęp do informacji teoretycznie jest ogromny, pojawiają się kampanie społeczne dotyczące chorób przenoszonych drogą płciową, ale ich zasięg i oddziaływanie wciąż są niewystarczające w stosunku do potrzeb. Jeśli więc mielibyśmy wskazać dwie główne grupy czynników stojących za rosnącymi statystykami, z jednej strony mamy większą liczbę kontaktów i potencjalnie więcej zachowań ryzykownych, a z drugiej, większą świadomość, częstsze wykonywanie badań i tym samym większą wykrywalność zakażeń. Te dwa zjawiska zachodzą równolegle.
Jeżeli zaczynamy nową relację i myślimy o współżyciu, niezależnie od tego, czy dzieje się to na pierwszej, trzeciej czy trzydziestej randce, rozmowa o aktualnych badaniach nie powinna być czymś dziwnym czy wstydliwym
A jednocześnie mam wrażenie, że stosowanie zabezpieczeń wciąż nie jest czymś oczywistym dla wszystkich. Jak to wygląda wśród pani pacjentów? Czy często spotyka pani osoby, które na przykład rezygnują z prezerwatyw?
To wszystko bardzo zależy od konkretnego pacjenta. W gabinecie zawsze dokładnie pytam o rodzaj kontaktów seksualnych, o to, czy było stosowane zabezpieczenie, jakie i kiedy. Im więcej szczegółów mamy, tym lepiej możemy ocenić ryzyko zakażenia. Nie powiedziałabym, że większość pacjentów w ogóle nie używa prezerwatyw. Wręcz przeciwnie, wiele osób jest świadomych i stosuje zabezpieczenie, tylko nie zawsze. A czasem wystarczy jeden niezabezpieczony kontakt, żeby doszło do zakażenia.
Dochodzi też kwestia zaufania w stałych związkach. Para może się przebadać i po pewnym czasie zrezygnować z prezerwatyw. Jeżeli natomiast dochodzi do kontaktów seksualnych poza relacją, zwłaszcza bez zabezpieczenia i bez wiedzy drugiej osoby, ryzyko zakażenia ponownie się pojawia. Jest również grupa osób, które świadomie rezygnują z prezerwatyw, bo uważają, że zmniejszają one odczuwanie przyjemności. Wtedy rolą lekarza jest przede wszystkim edukacja i rozmowa. Nie chodzi o moralizowanie, tylko o uświadomienie konsekwencji i pokazanie, jakie ryzyko wiąże się z określonymi zachowaniami. Sama prezerwatywa jest bardzo dobrym narzędziem profilaktycznym, ale jej skuteczność zależy też od prawidłowego używania.
Czy prezerwatyw można używać w sposób nieprawidłowy?
Oczywiście. Może być źle dobrany rozmiar, może się zsunąć albo pęknąć. Znaczenie ma również sposób przechowywania, termin ważności, integralność opakowania, właściwa technika zakładania oraz dobór odpowiedniego lubrykantu. Wszystkie te czynniki mogą zmniejszać jej skuteczność. Trzeba też pamiętać, że prezerwatywa nie chroni przed wszystkimi chorobami przenoszonymi drogą płciową. Przykładem jest HPV, którym można zakazić się przez kontakt skóry ze skórą, także w miejscach nieosłoniętych prezerwatywą. Dlatego najważniejsze są świadomość i regularne badania.
Nie jest rolą lekarza mówienie pacjentowi, ilu powinien mieć partnerów seksualnych. Rolą lekarza jest pomóc mu możliwie bezpiecznie funkcjonować i uświadomić, że każdy kontakt seksualny wiąże się z pewnym ryzykiem. Nie istnieje metoda, która zabezpiecza w stu procentach. Poza prezerwatywami mamy też szczepienia, przede wszystkim przeciw HPV oraz wirusowemu zapaleniu wątroby typu B, a także przeciw WZW A. O tym ostatnim warto pamiętać nie tylko w kontekście podróży, bo do zakażeń może dochodzić również podczas kontaktów seksualnych. Najważniejsze jest więc połączenie kilku metod profilaktyki: odpowiedniego zabezpieczania się, szczepień, świadomości własnych zachowań i regularnego wykonywania badań.
Dzisiejsi 60- czy 70-latkowie dorastali w czasach, kiedy edukacja seksualna i wiedza o profilaktyce były znacznie mniej dostępne. Dlatego część z nich może po prostu nie brać pod uwagę, że zakażenia przenoszone drogą płciową dotyczą również ich
Sporym zaskoczeniem jest dla mnie fakt, że wzrosty zachorowań na choroby weneryczne są także w grupie osób starszych. Spotkałam się z taką teorią, że sanatoria są miejscem, gdzie dochodzi do wielu zakażeń. Czy to prawda?
Jeżeli chodzi o sanatoria, domy opieki czy inne tego typu miejsca, to nie mamy danych, które pozwalałyby powiedzieć, że są one jakimś szczególnym źródłem zakażeń. Osoby starsze nadal stanowią stosunkowo niewielki odsetek wszystkich osób, u których rozpoznaje się choroby przenoszone drogą płciową. Jednocześnie jednak także w tej grupie obserwujemy wzrost liczby zakażeń. Może za tym stać kilka czynników. Przede wszystkim osoby po 60. czy 65. roku życia są dziś znacznie dłużej aktywne, również seksualnie.
To akurat są dobre wieści.
Tak, bardzo dobre, bo bliskość, relacje i życie seksualne są ważnym elementem dobrostanu także w starszym wieku. Jednocześnie w tej grupie zmienia się sposób postrzegania ryzyka. Nie ma już obawy przed nieplanowaną ciążą, która wcześniej mogła być dodatkową motywacją do stosowania prezerwatywy. Część osób po rozwodzie albo po śmierci partnera rozpoczyna nowe relacje i wraca do aktywnego życia seksualnego, nie zawsze mając świadomość, że choroby przenoszone drogą płciową nadal mogą ich dotyczyć.
U kobiet dochodzą do tego zmiany związane z menopauzą. Ścieńczenie i większa suchość błony śluzowej pochwy mogą sprzyjać powstawaniu mikrourazów podczas stosunku, a tym samym potencjalnie ułatwiać wnikanie patogenów. Bardzo istotnym problemem jest też niedodiagnozowanie. Osoby starsze same często nie postrzegają siebie jako grupy narażonej, ale podobnie bywa po stronie personelu medycznego. Rzadziej pytamy je o aktywność seksualną i rzadziej bierzemy pod uwagę możliwość zakażenia przenoszonego drogą płciową. Co więcej, niektóre objawy mogą być przypisywane po prostu wiekowi. Problemy z oddawaniem moczu mogą zostać uznane za konsekwencję chorób prostaty czy innych schorzeń urologicznych, a zaburzenia neurologiczne – za objawy demencji. Tymczasem w niektórych przypadkach przyczyną może być długo nierozpoznana infekcja, na przykład późne stadium kiły.
Dochodzi do tego kwestia edukacji. Dzisiejsi 60- czy 70-latkowie dorastali w czasach, kiedy edukacja seksualna i wiedza o profilaktyce były znacznie mniej dostępne. Dlatego część z nich może po prostu nie brać pod uwagę, że zakażenia przenoszone drogą płciową dotyczą również ich. Myślę więc, że największym problemem nie jest sama aktywność seksualna osób starszych, tylko to, że zarówno oni sami, jak i czasami lekarze, zbyt rzadko uwzględniają możliwość takiego zakażenia.
Co sprawia, że osoby starsze są dzisiaj dłużej aktywne seksualnie?
Może tu chodzić o jeszcze jeden czynnik. Coraz więcej wiemy dziś o menopauzie i perimenopauzie, a kobiety częściej korzystają z hormonalnej terapii menopauzalnej, co może poprawiać komfort życia, samopoczucie i u części kobiet również funkcjonowanie seksualne. Z drugiej strony mamy też leki stosowane w zaburzeniach erekcji, które są dziś znacznie łatwiej dostępne niż kiedyś. Bardziej chodzi o pewne społeczne założenie, że jeśli ktoś ma 60, 70 czy 80 lat, to albo nie jest już aktywny seksualnie, albo jego zachowania nie wiążą się z ryzykiem. A przecież życie seksualne nie kończy się w określonym wieku.
Niedawno miałam nawet pacjenta po osiemdziesiątce, który właśnie brał ślub. I to jest przecież bardzo pozytywne. Jednocześnie wśród starszych pacjentów zdarza mi się spotykać osoby bardzo zaskoczone diagnozą. Pamiętam pacjentkę, u której rozpoznałam zmiany związane z zakażeniem HPV. Miała je od wielu lat i nie zdawała sobie sprawy, z czym są związane ani w jaki sposób mogło dojść do zakażenia. To pokazuje jeszcze jedną ważną rzecz, że rozpoznanie choroby u osoby starszej wcale nie musi oznaczać, że do zakażenia doszło właśnie w tym wieku. Niektóre infekcje mogą utrzymywać się przez lata albo zostać wykryte dopiero po długim czasie. Dlatego wzrost liczby rozpoznań w określonej grupie wiekowej nie zawsze jest równoznaczny ze wzrostem liczby nowych zakażeń w tej grupie.
To ważna uwaga.
Sama diagnostyka u starszych osób może być też bardziej skomplikowana, ponieważ częściej współistnieją u nich inne choroby, na przykład cukrzyca, które mogą wpływać na obraz kliniczny. Nie ma jednak prostej zasady, że choroba weneryczna będzie przebiegała inaczej u sześćdziesięciolatka niż u dwudziestolatka. W obu przypadkach zakażenie może dawać objawy albo przebiegać bezobjawowo. Zawsze trzeba patrzeć na konkretnego pacjenta.
Czy do pani gabinetu częściej trafiają mężczyźni czy kobiety?
Częściej są to mężczyźni. Kobiety zazwyczaj w pierwszej kolejności zgłaszają się do ginekologa. Zdarza się natomiast, że ginekolog kieruje je później do dermatologa-wenerologa, na przykład w przypadku zmian skórnych związanych z HPV, które wymagają usunięcia. Wtedy ta opieka odbywa się właściwie we współpracy obu specjalistów.
Pomówmy może o tej grupie najmłodszej, czyli o osobach w okolicy dwudziestki. Czy wzrost zakażeń jest tam największy?
Tak, najwięcej zakażeń obserwuje się w grupie osób między 20. a 39. rokiem życia, czyli wśród ludzi, którzy teoretycznie mają dziś bardzo szeroki dostęp do wiedzy i informacji dotyczących profilaktyki. To pokazuje, że sama dostępność wiedzy nie zawsze przekłada się na zachowania. Trudno jednak wskazać jedną przyczynę wzrostu liczby zakażeń. Dlatego najważniejsza jest regularna diagnostyka. Badanie się powinno zostać po prostu znormalizowane jako element odpowiedzialności za własne zdrowie i zdrowie partnera czy partnerki. Jeżeli zaczynamy nową relację i myślimy o współżyciu, niezależnie od tego, czy dzieje się to na pierwszej, trzeciej czy trzydziestej randce, rozmowa o aktualnych badaniach nie powinna być czymś dziwnym czy wstydliwym. Można powiedzieć wprost: podobasz mi się, chcę z tobą współżyć, ale wcześniej chciałabym zobaczyć twoje aktualne wyniki badań i pokazać ci swoje. Oczywiście odbiera to sytuacji trochę spontaniczności czy romantyzmu, ale z drugiej strony jest wyrazem odpowiedzialności. Tak jak w innych obszarach zdrowia przyjmujemy, że wykonujemy określone badania profilaktyczne, tak samo powinno być ze zdrowiem seksualnym. Zwłaszcza że zakażenie nie dotyczy wyłącznie jednej osoby, możemy nie wiedzieć, że jesteśmy zakażeni, i przekazywać infekcję dalej.
Trzeba też pamiętać, że prezerwatywa nie chroni przed wszystkimi chorobami przenoszonymi drogą płciową. Przykładem jest HPV, którym można zakazić się przez kontakt skóry ze skórą, także w miejscach nieosłoniętych prezerwatywą
Mam wrażenie, że wizyty w gabinecie wenerologa wciąż mogą być dla wielu pacjentów czymś wstydliwym.
Niestety wstyd nadal jest ogromnym problemem i bardzo często opóźnia diagnostykę oraz leczenie. Czasem już w poczekalni widzę, ile kosztowało kogoś samo przyjście. Ludzie są spięci, siedzą sztywno, unikają kontaktu wzrokowego. Wielu pacjentów na początku wizyty jest wyraźnie zestresowanych i zawstydzonych. Samo mówienie o życiu seksualnym czy konieczność badania okolic intymnych może być dla nich trudna. Dlatego zawsze najpierw długo rozmawiam z pacjentem. Staram się stworzyć atmosferę, w której pacjent może swobodnie i bez poczucia oceny opowiedzieć o problemie. Mówię wprost, że jako dermatolog-wenerolog oglądam takie zmiany codziennie i naprawdę nie jest to dla mnie nic niezwykłego. To pomaga zmniejszyć stres, ale nadal powiedziałabym, że osoby, które zupełnie nie odczuwają wstydu, są raczej w mniejszości. Jeżeli ktoś wstydzi się już samego badania lekarskiego, tym trudniejsze może być dla niego powiedzenie partnerowi czy bliskiej osobie o zakażeniu. I to jest kolejna bariera, która może sprzyjać dalszemu rozprzestrzenianiu się infekcji.
Zastanawiam się, skąd ten wstyd.
Źródeł tego wstydu jest zapewne wiele. Myślę, że częściowo są to kwestie kulturowe i społeczne, związane z tym, jak przez lata w Polsce mówiło się o seksualności, jakie mieliśmy podejście do edukacji seksualnej i jak silnie życie seksualne bywało wiązane z oceną moralną. U osób, które są od tych przekonań bardziej wolne, widzę zazwyczaj większą swobodę w rozmowie i mniejszy dyskomfort podczas badania. Zdarza się, że pacjenci jeszcze przed wizytą piszą do mnie, że się wstydzą, i pytają, czy zamiast przyjść, mogą po prostu wysłać zdjęcie zmiany. Zawsze staram się wtedy tłumaczyć, że wstyd może jedynie opóźnić rozpoznanie i leczenie.
W gabinecie lekarskim pacjent nie powinien być oceniany za swoje życie seksualne. Moją rolą jest udzielić mu pomocy medycznej, a nie oceniać jego wybory. To jest zresztą pewien paradoks naszych czasów. Z jednej strony mamy ogromną otwartość na ciało i seksualność, większą swobodę, podróże, aplikacje randkowe i łatwość nawiązywania relacji. Z drugiej, kiedy pojawia się zakażenie, bardzo szybko wracają wstyd, lęk przed oceną i poczucie, że jest się „brudnym” czy „nieczystym”. Takie określenia naprawdę padają z ust pacjentów.
Na koniec może warto, aby pani opowiedziała, jak wygląda takie podstawowe badanie u wenerologa, aby rozwiać strach i pokazać, że tak naprawdę nie ma się czego bać.
Dokładny wywiad i obejrzenie pacjenta często pozwalają postawić pierwsze rozpoznanie różnicowe i zdecydować, jakie badania należy wykonać. Sama wizyta nie jest bolesna.
Najpierw rozmawiamy o objawach, rodzaju kontaktów seksualnych, czasie, kiedy mogło dojść do zakażenia, i o tym, czy pacjent nadal współżyje z daną osobą. To ważne również dlatego, żeby ocenić ryzyko dla partnera czy partnerki. Później wykonuję badanie fizykalne. Oglądam okolice narządów płciowych, ale nie zawsze są tam widoczne jakiekolwiek zmiany. Czasami pojawia się wysypka, obrzęk czy wydzielina, ale zdarza się też, że pacjent opowiada na przykład o ropnym wycieku z cewki moczowej albo pacjentka o nieprawidłowych upławach, a w momencie badania wszystko wygląda prawidłowo.
Zwykle sprawdzam również węzły chłonne, jamę ustną i ogólny stan pacjenta, ponieważ objawy chorób przenoszonych drogą płciową nie muszą ograniczać się wyłącznie do narządów płciowych. Następnie pacjent jest kierowany na odpowiednie testy. Jeżeli badamy próbkę moczu, jest to oczywiście całkowicie bezbolesne. W zależności od wskazań materiał może być pobrany z cewki moczowej, pochwy, szyjki macicy, gardła, odbytu albo bezpośrednio ze zmiany skórnej lub śluzówkowej. Badanie to może powodować niewielki dyskomfort, ale zazwyczaj trwa bardzo krótko. U kobiet pobranie wymazu z szyjki macicy przypomina badanie wykonywane przy cytologii. Czasami potrzebne są też badania krwi.
Nie ma więc powodu, żeby bać się samej diagnostyki. W większości przypadków są to proste badania, które nie wiążą się z istotnym bólem. Po otrzymaniu wyników możemy już dobrać odpowiednie leczenie.