Przejdź do treści

Monika Nowicka o pracy na misjach w Afryce: „To, że kobiety urodziły się w innej części świata, nie znaczy, że mają mieć gorsze życie”

Monika Nowicka podczas jednej ze swoich misji w Afryce - Hello Zdrowie
Monika Nowicka podczas jednej ze swoich misji w Afryce /fot. archiwum prywatne
Podoba Ci
się ten artykuł?

– W Tanzanii, gdzie pracowałam, jeśli dziewczyna zaszła w ciążę z chłopakiem z tej samej klasy, była wyrzucona ze szkoły. Nie miała prawa wrócić przez rok, dwa, dopóki dziecko nie stało się w jakimś sensie samodzielne. Chłopak w tym czasie mógł dalej się uczyć, studiować, żyć normalnie. Nie ponosił żadnych konsekwencji. To było i nadal jest skrajnie niesprawiedliwe – mówi Monika Nowicka, polska położna, która od kilkunastu lat wyjeżdża na misje do Afryki. 

 

Anna Korytowska: Pamiętasz moment, w którym poczułaś, że chcesz być położną?

Monika Nowicka: W mojej drodze nie było jednego przełomowego momentu. Już jako nastolatka wiedziałam, że mój przyszły zawód musi być związany z medycyną i adrenaliną. Wahałam się między ratownictwem medycznym a położnictwem, ale ostatecznie postawiłam na położnictwo. Urodziłam się w domu, poród przyjmował mój tata, i przez całe życie słuchałam, że był to najpiękniejszy dzień w jego życiu. Myślę, że ogromny wpływ na moją decyzję miało też pierwsze doświadczenie Afryki.

Do której wyjechałaś pierwszy raz zaraz po maturze?

O wyjeździe myślałam już jako nastolatka. Miałam około 15 lat, kiedy do mojej parafii przyjechali misjonarze i opowiadali o misjach w Afryce. Później, razem z grupą wolontariuszy, zaczęliśmy działać w centrum wolontariackim. Organizowaliśmy różne akcje fundraisingowe, zbiórki na budowę studni, remonty szkół. Skoro tak dużo robiliśmy w Polsce, postanowiliśmy wyjechać na miesiąc na krótki projekt, żeby pomóc w remoncie szkoły. To był 2008 rok. Dla mnie był to też moment rozeznania. Ludzie, którzy byli tam wcześniej, bardzo często mówią, że albo Afrykę się kocha, albo nienawidzi i rzeczywiście tak jest. Ja wtedy zakochałam się totalnie. Wiedziałam, że wrócę do Polski, skończę studia położnicze i wyjadę tam na dłużej. Chciałam poświęcić część swojego życia Afryce.

Jak postanowiłaś, tak zrobiłaś. Jak wyglądało przygotowanie do wyjazdu na misję?

Organizacyjnie działo się bardzo dużo: ubezpieczenie, prawo pobytu. Sporo formalności. Na wizie turystycznej nie mogłabym spędzić trzech lat, a na tyle jechałam. Ogromnie ważne były też przygotowania mentalne: pożegnanie z rodziną i przyjaciółmi. Wtedy dostęp do komunikatorów internetowych nie był taki jak dziś. Wyjeżdżałam jako dwudziestoparoletnia osoba, kiedy moi znajomi jeszcze szaleli. Była w tym pewna strata. Trzeba powiedzieć, że nie jest tak, że nic się nie traci, wyjeżdżając na misję. Oczywiście zyskiwałam niesamowite doświadczenia i relacje, ale budowałam tam też swój nowy dom. Przez trzy lata stworzyłam sobie codzienność. Miałam swoją panią na targu, fryzjerkę, dentystę. Radość bycia tam była ogromna, choć tęsknota też. A kiedy po trzech latach wracałam do Polski, bardzo cierpiałam, bo miałam wrażenie, że już nigdy do Afryki nie wrócę. Tymczasem wracam regularnie.

Jakie wyzwania spotkały cię na miejscu?

Miałam niewielkie doświadczenie zawodowe zdobyte w Polsce, musiałam więc na nowo zweryfikować swoją wiedzę. Zakres moich obowiązków jako położnej znacznie wykraczał poza to, co robiłam lub robiłabym w Polsce. Pracowałam w małej placówce zdrowia, czymś pomiędzy przychodnią a niewielkim szpitalem. Mieliśmy oddziały, salę porodową. Poza jedną siostrą zakonną, która była pielęgniarką, i mną, nie było innych osób z wykształceniem medycznym po studiach. Było dwóch felczerów oraz pielęgniarki przygotowane do pracy przez praktykę, bez ukończonej szkoły medycznej. Zostałam rzucona na bardzo głęboką wodę. Przyjmowałam pacjentów z absolutnie wszystkimi dolegliwościami. Z biegunką, po ukąszeniach węża, po wypadkach, z zapaleniem ucha i wieloma innymi schorzeniami. Na początku siedziałam w przychodni z książkami i sprawdzałam wszystko krok po kroku. Tak, żeby pomóc im najlepiej jak potrafię. Ministerstwo Zdrowia przygotowało różne przewodniki i pomoce naukowe, żebyśmy wiedzieli, jak działać, jakie leki podawać.

W plemieniu Dinka, z którym pracowałam, wciąż funkcjonuje wielożeństwo i aranżowane małżeństwa. Trzynastoletnie dziewczynki bywają oddawane za żony osiemdziesięcioletnim mężczyznom, zmuszane do małżeństwa. Niemożność posiadania dzieci jest traktowana jak przekleństwo. To nie jest więc tak, że one nie chcą mieć dzieci. One bardzo chcą. Ale ten moment, ten wiek, bardzo często jest wymuszony przez społeczeństwo i przez mężczyzn.

To było trudne do udźwignięcia?

Wtedy chyba nie odczuwałam tego jako ogromnego obciążenia psychicznego. Traktowałam wszystko bardzo zadaniowo. Wiedziałam, że muszę to zrobić i koniec. Cieszyłam się, że zdobywam doświadczenie. Oczywiście były też porody, głównie naturalne, więc mogłam rozwijać się stricte położniczo. Pamiętam jednak, że był to dla mnie, jako młodej położnej, czas bardzo wymagający.

A bariera językowa?

Przed wyjazdem musiałam przejść kurs języka suahili. Uczyłam się przez cztery miesiące w szkole językowej, więc opanowałam go na tyle dobrze, że mogłam normalnie rozmawiać z pacjentami.

Potrzeby zdrowotne w Afryce nadal są ogromne?

Tak, potrzeby są olbrzymie. Ale pojawia się problem wolonturystyki. Niektórzy wyjeżdżają bardziej po „content” niż z prawdziwej potrzeby pomocy. Oczywiście nie wszyscy.

Monika Nowicka podczas jednej ze swoich misji w Afryce - Hello Zdrowie

Monika Nowicka podczas jednej ze swoich misji w Afryce /fot. archiwum prywatne

Twoja praca była i jest bardzo potrzebna.

Ja mam dobre, poukładane życie i czuję, że po prostu chcę się tym dobrem dzielić. Z dziewczynami i kobietami, które są tam na miejscu i często nie mają dostępu do podstawowej opieki medycznej. Chcę pomóc im przejść przez ciążę i poród w możliwie najlepszy sposób. Śmiertelność okołoporodowa w Afryce jest ogromna. Kiedy patrzę na powikłania poporodowe, które prowadzą do śmierci kobiet, a jednocześnie wiem, że kilka tysięcy kilometrów dalej, w Polsce, są to sytuacje absolutnie do opanowania i pacjentki nie muszą z ich powodu umierać, to myślę sobie, że chcę dać im choć trochę swojego czasu, umiejętności i wiedzy. One na to zasługują. To, że urodziły się w innej części świata, nie znaczy, że mają mieć gorsze życie albo gorszy dostęp do opieki medycznej.

Jak wygląda droga do macierzyństwa i porodu w miejscach, w których pracowałaś?

To się po prostu się wydarza. Macierzyństwo przychodzi bardzo naturalnie, równolegle z momentem dojrzewania. W miejscach, w których pracowałam, w Sudanie Południowym, Zambii czy Tanzanii, w pierwszą ciążę zachodzą bardzo młode dziewczyny. Najczęściej są w wieku 15-16 lat. W Sudanie Południowym zdarzało się, że nawet w wieku 13 lat. To jest specyficzne miejsce. W plemieniu Dinka, z którym pracowałam, wciąż funkcjonuje wielożeństwo i aranżowane małżeństwa. Trzynastoletnie dziewczynki bywają oddawane za żony osiemdziesięcioletnim mężczyznom, zmuszane do małżeństwa. Niemożność posiadania dzieci jest traktowana jak przekleństwo. To nie jest więc tak, że one nie chcą mieć dzieci. One bardzo chcą. Ale ten moment, ten wiek, bardzo często jest wymuszony przez społeczeństwo i przez mężczyzn.

I zostają z tym same?

Rozmawiałam z dziewczynkami dużo, bo prowadziłam zajęcia w szkołach średnich i wiem jedno: one nie chcą zostawać mamami tak wcześnie. Nie mają dostępu do edukacji seksualnej, nie mają dostępu do antykoncepcji. Z drugiej strony są chłopcy albo dużo starsi mężczyźni, którzy je szantażują. Mówią: „pójdź ze mną do łóżka, to kupię ci sukienkę”. Te dziewczyny żyją w ogromnej biedzie, więc często się na to godzą, nie myśląc o konsekwencjach. Zachodzą w ciążę, a potem bardzo często zostają samotnymi matkami.

Monika Nowicka podczas jednej ze swoich misji w Afryce - Hello Zdrowie

Monika Nowicka podczas jednej ze swoich misji w Afryce /fot. archiwum prywatne

W Tanzanii, gdzie pracowałam, jeśli dziewczyna zaszła w ciążę z chłopakiem z tej samej klasy, była wyrzucona ze szkoły. Nie miała prawa wrócić przez rok, dwa, dopóki dziecko nie stało się w jakimś sensie samodzielne. Chłopak w tym czasie mógł dalej się uczyć, studiować, żyć normalnie. Nie ponosił żadnych konsekwencji. To było i nadal jest skrajnie niesprawiedliwe. Dlatego potrzeba edukacji seksualnej jest tam ogromna.

W czym jeszcze objawia się jej brak?

Dziewczyny, które poznałam, nie miały pojęcia, że istnieje coś takiego jak dni płodne. Wiedziały o miesiączce tylko tyle, że jest i że boli. Nie wiedziały, jak sobie z nią radzić. Nie było ich stać na podpaski, dlatego wkładały sobie do bielizny kawałki materaca, wyrywały gąbkę z łóżek, czasem wkładały siano do majtek, żeby cokolwiek wchłaniało krew. To były sytuacje absolutnie porażające.

Dziś dostęp do podpasek i tamponów jest trochę większy, ale jeszcze kilka lat temu było to ogromnym problemem. I wciąż są miejsca, gdzie nie ma żadnych placówek medycznych, żadnych projektów edukacyjnych, żadnych szkół. Są dziewczynki, które nadal nie chodzą do szkoły i nie potrafią pisać.

Maja Kotala - projektantka mody, założycielka

Jak ty sobie radzisz z tymi historiami?

Myślę, że z czasem bardzo przesunęła się granica mojej odporności. Dziś naprawdę musi wydarzyć się coś bardzo dramatycznego, żebym całkowicie się rozsypała. Każdą z tych historii przeżywam, mam jednak świadomość, że nie zbawię świata. Robię to, co mogę, w takim zakresie, w jakim mogę. Na studiach jedna z anestezjolożek przez cały semestr powtarzała: „pamiętajcie, nie każdego da się uratować”. Strasznie mnie to wtedy złościło. Dziś to zdanie mnie ratuje. Robię wszystko, co potrafię, ale nie jestem w stanie uratować wszystkich. To, co robię, czyli szkolenia, spotkania z młodymi dziewczynkami, edukacja seksualna, szkolenie nowych położnych, to jest kropla w morzu. I mam tego świadomość.

Czy temat zdrowia psychicznego w Afryce jest w ogóle zaopiekowany?

W Tanzanii ogromny nacisk kładzie się na tłumienie emocji, szczególnie u kobiet. Pamiętam sytuację, kiedy mama przyszła do szpitala z dzieckiem w zaawansowanym stadium malarii. Dziecko zmarło jej na rękach. A ona nie mogła zapłakać. Rodzina natychmiast ją uciszała. Nie było przestrzeni na żałobę. Być może płakała sama w domu, w nocy, ale publicznie nie wolno jej było pokazać emocji. To było dla mnie wstrząsające.

W Zambii zetknęłam się z inną tragedią. 16-letni chłopiec popełnił samobójstwo po kłótni z mamą. Od sióstr zakonnych dowiedziałam się, że samobójstw wśród młodych ludzi jest tam bardzo dużo. Nie ma żadnej opieki psychologicznej. O ile specjalizacje medyczne powoli się rozwijają, pojawia się coraz więcej położnych, pielęgniarek, ginekologów, chirurgów, o tyle zdrowie psychiczne jest tematem zupełnie nietkniętym.

Do wyświetlenia tego materiału z zewnętrznego serwisu (Instagram, Facebook, YouTube, itp.) wymagana jest zgoda na pliki cookie.Zmień ustawieniaRozwiń

Ludzie są tam samotni ze swoim problemem

To jest bardzo złożone. Z jednej strony tak, szczególnie kiedy mówimy o problemach psychicznych. Ale z drugiej strony ja tej samotności w Afryce w klasycznym, europejskim rozumieniu właściwie nigdy nie doświadczyłam. Tam żyje się bardzo wspólnotowo. Wszystkie siostry twojej mamy i taty są twoimi mamami. Bracia mamy i bracia taty są twoimi ojcami. Do tego dochodzą kuzyni, ciotki, wujkowie. Wszyscy są częścią jednego, dużego systemu. To daje ogromne poczucie przynależności i bezpieczeństwa. W codziennym życiu ta wspólnotowość jest bardzo silna. Jeśli ktoś choruje fizycznie, jeśli chce iść do lepszej szkoły, jeśli potrzebuje pieniędzy na leczenie czy edukację, cała społeczność potrafi się złożyć, żeby mu pomóc. Problem zaczyna się w momencie, kiedy pojawia się kryzys psychiczny. Wtedy człowiek zostaje zupełnie sam. Nie ma dostępu do psychologa, terapeuty czy psychiatry. Nie ma też języka, którym można by ten problem nazwać. Nikt wcześniej nie powiedział tym ludziom, że istnieje coś takiego jak terapia, że są specjaliści od zdrowia psychicznego, że można i wolno szukać pomocy.

Na studiach jedna z anestezjolożek przez cały semestr powtarzała: „pamiętajcie, nie każdego da się uratować”. Strasznie mnie to wtedy złościło. Dziś to zdanie mnie ratuje. Robię wszystko, co potrafię, ale nie jestem w stanie uratować wszystkich. To, co robię, czyli szkolenia, spotkania z młodymi dziewczynkami, edukacja seksualna, szkolenie nowych położnych, to jest kropla w morzu. I mam tego świadomość.

Jaka jest Afryka z twojej perspektywy?

Afryka jest dla mnie miejscem, w którym czuję się bardzo kochana i akceptowana. Mam poczucie, że zawsze mogę tam wrócić, że to jest miejsce, do którego moje serce naturalnie ciągnie. To jest takie doświadczenie, że serce bije tam trochę inaczej. Że tak naprawdę różnimy się tylko zewnętrznie, a wewnętrznie jesteśmy bardzo podobni. Za każdym razem, kiedy wracam po kilku latach, wciąż spotykam osoby, które są dla mnie jak siostry i bracia. I to jest dla mnie chyba najpiękniejsze w Afryce.

Masz już zaplanowany kolejny wyjazd na misję?

Jestem w trakcie planowania. Chciałybyśmy pojechać większą czteroosobową ekipą do Zambii. W ostatnich latach jeździłam tam zazwyczaj na miesiąc, a teraz planujemy wyjazd na dwa, trzy tygodnie. Siostra Mira, która pracuje tam na miejscu i jest chirurgiem, zbiera pacjentki ginekologiczne, które mogą poczekać na zabieg. Chciałybyśmy zorganizować coś w rodzaju campu ginekologicznego. Przez dwa tygodnie operować codziennie pacjentki, które czekają na planowe zabiegi. W ekipie byłyby dwie ginekolożki, instrumentariuszka. Ja pracowałabym głównie na sali porodowej. Takie wyjazdy są bardzo efektywne, bo w krótkim czasie można pomóc wielu kobietom. Wiem też, że osobom pracującym w Polsce trudno jest wyrwać się na dłużej niż dwa, może trzy tygodnie. Kiedyś sama mogłam wyjeżdżać na kilka miesięcy, brałam urlopy bezpłatne albo pracowałam na kontraktach, ale dziś nie mam już takiej możliwości.

Monika Nowicka podczas jednej ze swoich misji w Afryce - Hello Zdrowie

Monika Nowicka podczas jednej ze swoich misji w Afryce /fot. archiwum prywatne

Skąd bierzesz siłę na misje?

Myślę, że właśnie z tych wyjazdów. Paradoksalnie to dla mnie ogromny odpoczynek psychiczny od tego, co dzieje się w Polsce. Tam naprawdę potrafię się odciąć, skupić na relacjach, na ludziach, na byciu „tu i teraz”. Te wyjazdy dają mi niesamowite ładowanie baterii. Napędza mnie energia tamtejszych ludzi, ich otwartość, relacje, które się tworzą. Z czasem stało się to po prostu częścią mojego życia. Moją pasją, misją, a może nawet powołaniem. Jestem osobą wierzącą, więc to ma dla mnie również wymiar duchowy. Bardzo ważne jest dla mnie to, żeby dzielić się swoim życiem z drugim człowiekiem i pomagać tam, gdzie mogę, na tyle, na ile potrafię.

Zobacz także

Podoba Ci się ten artykuł?

Powiązane tematy:

i
Treści zawarte w serwisie mają wyłącznie charakter informacyjny i nie stanowią porady lekarskiej. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem.
Podoba Ci
się ten artykuł?