Przejdź do treści

Cyś: „Jestem osobą żyjącą z HIV i mogę też z tego żartować”

Cyś, czyli Marcel Lelo, z producentką Zuzą PC - Hello Zdrowie
Cyś, czyli Marcel Lelo, z producentką Zuzą PC / Fot. Nikita Maryasov
Podoba Ci
się ten artykuł?

– Nie mam prawa jazdy, nie zdałem matury z matmy, polonista ze mnie żaden, ale za to uśmiech ładny mam. Wszystko kręciło się wokół tego, czego nie mam, aż pojawił się ten „plus”. Że jestem tak pozytywny, że aż zarażam. To moja autoironia – mówi Cyś, czyli Marcel Lelo, artysta i aktywista, który stworzył album „Hałas i Volumen”. To osobisty dziennik i list do świata opowiadający o życiu z HIV.

 

Anna Korytowska, Hello Zdrowie: Jak się dzisiaj czujesz?

Cyś: Bardzo dobrze. Na początku album promowałem w masce z wielkim plusem, nie było widać mojej twarzy, nie dało się rozpoznać tożsamości. W pewnym momencie postanowiłem ją zdjąć i od tego czasu mam naprawdę dużą swobodę swojego życia. Zwłaszcza odkąd poczułem, że nie wypadłem z obiegu matrymonialnego. Okazuje się, że w tym obszarze niewiele się zmieniło.

Słyszę, że pojawiła się ulga po zdjęciu maski?

Zdecydowanie. Jestem jedną z tych osób, które po prostu nie umieją trzymać takich tajemnic. I tak było zawsze. To, że lubię chłopaków, było wiadomo już od najmłodszych lat. Pierwszy raz powiedziałem to chyba bardzo głośno, gdy miałem 10 czy 12 lat. Dosłownie rozwala mnie od środka, jeśli mam coś ukrywać. Przez wiele lat działałem jako aktywista na rzecz osób LGBTQA+ i wielokrotnie mówiłem też o osobach seropozytywnych, zachęcałem ludzi do badań. A tutaj nagle taka wtopa. Kiedy dowiedziałem się o diagnozie, towarzyszył mi wstyd i żal do siebie. Uznałem więc, że gdy już zdejmę tę maskę, to będzie tak jak wtedy, gdy powiedziałem, że jestem gejem. Daje mi to automatyczną selekcję tego, z kim mogę się spotykać, a z kim nie.

Cyś, czyli Marcel Lelo, z producentką Zuzą PC - Hello Zdrowie

Cyś, czyli Marcel Lelo, z producentką Zuzą PC przed i po zdjęciu masek / Fot. Nikita Maryasov

Oczywiście mam jeszcze dużo pracy nad swoją psychiką, bo to tam mam największe rany, obok zmian fizycznych w płucach i samego HIV. Psychicznie, wydaje mi się, że jestem najbardziej zniszczony. Wejście od razu w system randkowania czy nawet hookupów jest dla mnie o wiele trudniejsze. Mam gdzieś z tyłu głowy coś, co nie pozwala mi podejść do tego swobodnie. Włączają się też jakieś uzależnieniowe nawyki. A jednak po swoich doświadczeniach nie chcę tego powtarzać. Nie chcę wchodzić w błędne koło po raz drugi.

Tomasz Siara - Hello Zdrowie

Powiedziałeś o wstydzie i złości na siebie. Skąd to się brało?

Wydaje mi się, że pewnie z osobistych przeżyć, ale też z tych rodzinnych, które się w nas latami odkładają. Jeszcze w 2008 czy 2010 roku, gdy byłeś gejem, od razu mówiono ci, że będziesz mieć HIV. To jest smutne. Miałem świadomość, że bada się tylko część społeczeństwa, powiedzmy około 15 proc. dorosłych Polaków, a dużą część badanych stanowią osoby LGBT, głównie nieheteronormatywni mężczyźni. To właśnie dlatego, że cały czas istnieje stygmatyzacja i oczekiwanie, że „na pewno mamy HIV”. Ten wstyd brał się też z tego, że w pewnym momencie opuściłem gardę. Były momenty w moim zdrowiu psychicznym, kiedy dochodziło do zbliżeń bez prezerwatywy i wystarczało mi zapewnienie partnera, że bierze PrEP [profilaktyka przedekspozycyjna – przyp.red.], nic więcej. Miałem wiedzę, że PrEP jest bardzo skuteczną prewencją, ale nie stuprocentową. Staram się jednak z większą łagodnością podejść do tematu. Ludzie w takich chwilach są pod wpływem emocji, czasem substancji, uniesienia. Nie chcę szukać winnych.

Gdy byłem stereotypowym „rozpustnikiem”, dbałem o wszystkie środki prewencji, badałem się co trzy miesiące. A gdy partnerów było mniej i myślałem o stabilizacji, odkładałem badania na później. I za to też było mi wstyd.

Opowiedz mi proszę o drodze do diagnozy.

Pod koniec 2022 roku odebrałem ostatni negatywny wynik. Zaczynałem wtedy pracę jako alpinista przemysłowy. Odłożyłem muzykę i sztukę, bo okazało się, że mogę w ten sposób zarabiać i później inwestować w swoje projekty. Artystycznie działałem z doskoku. Lata mijały, a ja nie badałem się już tak regularnie przez natłok zajęć. W tym środowisku nauczyłem się jednak, że ludzie się informują, często ktoś dzwonił: „hej, widzieliśmy się jakiś czas temu, mam taki wynik”, „mam kiłę”, „mam rzeżączkę”. Wiedziałem więc, że w moim środowisku nie ma aż takiego wstydu, ludzie sobie dziękują za informacje. Któregoś razu prowadziłem marsz równości w Bielsku-Białej i zachęcałem do badań. Sam też wziąłem kasetkowy test do domu. Zrobiłem go kilka dni później u przyjaciela, którego akurat nie było, i wynik wyszedł pozytywny.

Pamiętasz tamtą chwilę?

Poczułem falę ciepła i emocji, miałem wrażenie, że zaraz zemdleję. Wyszedłem na chwilę na dwór, a potem usiadłem i zacząłem pisać piosenki.

Gdy słyszę od ludzi, że ta muzyka im pomaga, zwłaszcza tym, którzy też są „pozytywni”, czuję ogromny spokój. To znaczy, że nie są sami, że nie muszą myśleć: „mam HIV, więc nic mi się już nie należy”

To przyszło naturalnie?

Naturalnie. Moją pierwszą myślą było to, jak zrobić z tej sytuacji coś dobrego. W głowie miałem słowa ojca: „zawsze wiedziałem, że tak będzie”. Te głosy się mnożyły. Żeby je wyrzucić z siebie, zacząłem pisać. Uznałem, że muszę to obrócić w śmiech, inaczej utonę w powadze, w której nigdy nie byłem dobry. Przypomniałem sobie, jak ludzie mówili, że zarażam pozytywną energią. I właśnie słowo pozytywny stało się dla mnie punktem wyjścia. Proces twórczy to była dla mnie grecka tragikomedia. Zadzwoniłem też do mojego przyjaciela Mewska, z którym zawsze tworzyłem muzykę. Stwierdziliśmy, że robimy materiał. Dołączyli do nas świetny muzyk Arcio Petraševič oraz Zuzanna Piłasiewicz, producentka albumu.

Który jest zbiorem twoich doświadczeń.

Nie mam prawa jazdy, nie zdałem matury z matmy, polonista ze mnie żaden, ale za to uśmiech ładny mam. Wszystko kręciło się wokół tego, czego nie mam, aż pojawił się ten „plus”. Że jestem tak pozytywny, że aż zarażam. Wyobraziłem sobie sytuację w klubie, poznajemy się, podobamy sobie, rozmowa się przeciąga, drink robi się ciepły w ręce, atmosfera gęstnieje. I zanim pójdziemy dalej, mówię: uważaj, jestem tak pozytywny, że aż zarażam. To była moja autoironia.

Tego samego wieczoru napisałem też „Hałas i Volumen”. Lubię inteligentne niedopowiedzenia i zależy mi, żeby w tekstach był protest. Pisanie piosenek było dla mnie terapią, porządkowaniem emocji i chronologii wydarzeń. To był proces leczenia i uzdrawiania. Utwór „Pozytywny” powstał jako pierwszy, ale na albumie jest ostatni, bo jako jedyny mówi o akceptacji.

czerwona kokardka - symbol światowego dnia AIDS - w Warszawie - Hello Zdrowie

A droga do akceptacji była długa?

Myślę, że jeszcze się nie skończyła. Jestem na etapie coming outu. Konsekwencje dopiero odczuję. Już widzę komentarze ludzi, pseudomądre opinie, stereotypy, że „nic dziwnego”. To mnie irytuje. Ale jestem przy sobie, przy swoich emocjach i prawdzie.

I próbujesz zmienić narrację wokół.

Tak. Jestem osobą żyjącą z HIV i mogę też z tego żartować.

Pracując nad albumem, współpracowałem z ludźmi, którzy rozumieli moją wrażliwość. Każdy dźwięk i każde słowo mają znaczenie. To moja droga, do diagnozy i po niej. Nie mogłem się doczekać, kiedy powiem o tym światu.

Praca nad albumem była powrotem do siebie?

Tak. To było wracanie do siebie, analizowanie każdej części utworów, także muzycznie. Dużo rozmawialiśmy, płakaliśmy. Musiałem pamiętać, że choć cieszę się na myśl, jak będą przez innych odebrane, to robię to przede wszystkim dla siebie. Pojawiały się też obawy, że to będzie jedyna rzecz, która mnie definiuje.

Kiedy dowiedziałem się o diagnozie, towarzyszył mi wstyd i żal do siebie. Uznałem więc, że gdy już zdejmę tę maskę, to będzie tak jak wtedy, gdy powiedziałem, że jestem gejem

Chcesz pokazać, że choroba cię nie definiuje?

Jestem osobą z HIV, ale nie chcę, żeby to mnie zamknęło. Gdy słyszę od ludzi, że ta muzyka im pomaga, zwłaszcza tym, którzy też są „pozytywni”, czuję ogromny spokój. To znaczy, że nie są sami, że nie muszą myśleć: „mam HIV, więc nic mi się już nie należy”. Jeśli to ich choć trochę wzmacnia i daje dystans, to jest dla mnie ogromny sukces. A poza tym uważam, że to naprawdę dobry muzycznie album i swobodnie mógłby lecieć w radiostacjach. Przez autoironię, nie jest tak ciężki.

Twoja sztuka stała się też oddolną kampanią edukacyjną, ponieważ napisałeś list, który zostawiałeś w różnych miejscach w Polsce.

Podobno czegoś takiego nie było wcześniej w Europie. Potrzebowałem powiedzieć coś światu, Polsce, ale też trochę temu chłopakowi. Na początku byłem wściekły, jak mógł mi nie powiedzieć? Jak mógł tak zlekceważyć moje życie? A potem pomyślałem o jego strachu. I pojawiło się we mnie coś w rodzaju zrozumienia. Jak on musiał się czuć, skoro być może nie miał takiego wsparcia jak ja? To była próba mojej empatii.

To chyba ważny krok w akceptacji.

Najważniejszy. Bez współczucia, zrozumienia i empatii nie ma dobrej muzyki ani dobrego działania. I nie da się przerwać błędnego koła.

Ty je w zasadzie przerwałeś. Czujesz już ten impakt?

Pisanie listu było dla mnie domknięciem, zrozumieniem, że mogę czuć żal, ale to tylko etap, a nie miejsce, w którym chcę zostać. Chciałem, żeby ludzie wiedzieli, że nikogo nie ścigam. Mój album jest precedensem. Jeśli zostanę zamknięty w roli kampanii i osoby z HIV, to umrę jako kampania. A ja nie chcę umierać, muzyka jest wieczna, muzyka mnie uzdrawia.

Podoba Ci się ten artykuł?

Powiązane tematy:

i
Treści zawarte w serwisie mają wyłącznie charakter informacyjny i nie stanowią porady lekarskiej. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem.
Podoba Ci
się ten artykuł?